cynamonowy_chochlik
01.03.07, 12:21
Temat był wałkowany wielokrotnie, wiem. Ale czegoś nie rozumiem.
Kiedy pojawia się wątek, w którym zdesperowana matka mówi o tym, że dziadkowie
przekarmiają dzieci słodyczami (nie dają raz na jakiś czas cukierka, tylko
przy każdej okazji je zasypują słodyczami i czasami same wkładają do ust i
często właśnie z tym kojarzą się dzieciom), to w odpowiedzi przeważają głosy,
że dziadkowie są od rozpieszczania, że cukierek jeszcze nigdy nikomu nie
zaszkodził, że dzieci kochają słodycze i nie należy im tego odmawiać. I jak
wspomniałam, nie chodzi tu o danie cukierka raz na jakiś czas, tylko
faszerowanie dzieci słodyczami przy każdej okazji (gdyby było raz na jakiś
czas to nikt by nie robił z tego afery i nie wyżalał się na forum, że nie może
sobie z tym poradzić).
A przy okazji takich wątków jak "8-latek ważący 80 kilo" każda forumowiczka
załamuje ręce i dziwi się, jak można biedne dziecko doprowadzić do takiego
stanu. I jest oburzona, że matka karmi syfnym jedzeniem i słodyczami, zamiast
dawać owoce i warzywa.
Skąd się to bierze? Bo ja nie rozumiem. Sama jem słodycze rzadko (choć
uwielbiam), bo mi rośnie od tego tyłek. Ostatnio sobie pofolgowałam przez 2
tygodnie i mam 3 kilo więcej.
Batony, chipsy, czekolada w nadmiarze, ciasta = tłuszcz na moim tyłku
Warzywa i owoce zamiast powyższych = zdrowie i szczupła sylwetka.
Jak się najem słodyczy, to obiadu nie ruszę (kolega raz zjadł pod rząd trzy
czekolady i przez dwa dni nic do ust nie mógł wziąć).
A jeszcze argumenty tego typu "ja jadłam i nic mi nie jest" rozkładają mnie na
łopatki. Chyba same młodziutkie matki się tak wypowiadają, albo takie co miały
rodzinę za granicą. Bo z tego co pamiętam, gama słodyczy na rynku była kiedyś
bardzo ograniczona. Dzieci zamiast lodów często jadły serki topione. A ja na
początku lat 90-tych za słodycze uznawałam jogurty fructis oraz owoce kiwi
(rodzicie byli w kłopotach finansowych i rzadko mogliśmy sobie na takie
rarytasy pozwolić).
Wytłumaczycie mi to?