Z kilku powodów...
1. Podejście ludzi do mojego zawodu: fajnie, 18 godzin odbębnisz i masz
spokój. Ferie, wakacje, darmowe wycieczki z uczniami, żyć, nie umierać.
Wiem, że zawód nauczyciela nie jest najcięższym na świecie, ale to nie jest
tylko 18 godzin w tygodniu, a wycieczki z uczniami to nie rozrywka, a praca 24
godziny na dobę. Zresztą: dzisiaj też nie jestem w szkole (odrobione w jedną z
sobót), a dzieci musiałam wysłać do teściów, aby nadgonić z robotą (edukacja
regionalna).
2. Zaczynając tę pracę, naprawdę chciałam to robić. Teraz po paru latach nie
widzę sensu aby się wysilać. Nikogo to i tak nie obchodzi.
Totalne olanie plus wymagania: rodzic ma zawsze rację, a uczeń swoje prawa.
Ja, nauczyciel, muszę się dopasować.
3. Pensja: ja sama bym się za nią nie utrzymała, już nie mówiąc o dzieciach.
Po prostu jestem na utrzymaniu męża. I to mnie chyba dobija najbardziej.
4. Nie mam przed sobą żadnych perspektyw zawodowych. No, mogę zrobić
nauczyciela dyplomowanego, ale to już szczyt możliwości.
Wychodzi na to, że jestem sfrustrowaną nauczycielką w prawie średnim wieku