alinaw1
05.12.07, 16:05
Wczoraj wyszłam z synem do lekarza. Narzeka na gardło, czerwone.
Dałam mu parasol (ze Spidermanem) na drogę. Idziemy, maleńki
deszczyk, właściwie niepotrzebny ten parasol. Chwytam za komórkę by
wysłać mężowi sms o tym, że idziemy do lekarza. Kretyństwo. Mogłabym
napisać po wizycie! Synek ma 6 lat, jest odpowiedzialny, opiekuje
się świetnie młodszą siostrą. Puszczam go, idzie obok pod parasolem.
Piszę ten sms. Nagle słyszę straszliwy pisk opon. Nogi z waty. Syn 5
cm przed samochodem. To trwało sekundę. Wiatr wyrwał mu parasol. A
to przecież Spiderman. Młody rzucił się za nim. Uratowała go... psia
kupa o którą się potknął, rozpłaszczył się tak, że przed oponą były
tylko (sic!) ręce. Wstał i bał się... Bał się, że miał spodnie w
kupie. No i złamał się drut w parasolu. A to przecież Spiderman. Nie
mogę wykrztusić słowa. Chowam komórkę. Dziękuję Bogu, że na pisku
opon się skończyło. No ale pozostaje jeszcze parasol. A to przecież
Spiderman...