Czuję się tak jakoś optymistycznie. Mimo niekwestionowanych
fizycznych cierpień i dużego pooperacyjnego dyskomfortu. Od 10 dni
siedzi sobie we mnie nowiutka endoproteza lewego biodra oraz nowa
panewka ulepiona z cementu kostnego. W sumie mam tego wszystkiego
chłamu 4 części, cięcie na 35 cm.... mam prawie równe nogi, dzięki
dobraniu odpowiedniej protezie (przed operacją miałam nogę 4 cm
krótszą i solidny przykurcz mięśni). Postępująca lewostronna
skolioza się zatrzymała. Właściwie to bardziej mnie bolą naciągnięte
mięśnie lewej nogi i kręgosłup niż sama rana (jeszcze ze szwami).
Kwestia czasu i być może (daj Boże) będę śmigać i żyć długo i
szczęśliwie. Na razie kule łokciowe w dłoń i ruszam (umiarkowanie)
na podbój mieszkania.
Poza tym - mój 7-latek dał sobie dziś zrobić EEG i przypuszczać
można, że wreszcie różnej maści "specjaliści" wmawiający mu różne
różności odp...szą się od nas.
Jest dobrze, jest dobrze, tylko.... nie oglądać się za siebie i nie
skupiać się na "minusach".
Jesteśmy w domu wszyscy razem: ja, mąż i dzieci. Czego chcieć więcej?
Acha, zapomniałabym: w przyszłym tygodniu rozpocznę współpracę z
zaj...istym rehabilitantem

. Oby była owocna