estelka1
03.03.09, 18:35
W niedzielę zmarła koleżanka z klasy mojej córki. Od 2 lat chorowała
na nowotwór

Dzieciaki błyskawicznie przekazały sobie wiadomość,
mimo iż dziewczynka nawet dnia nie była w szkole, bo od początku
choroby, tj. od połowy 6 klasy była uczona indywidualnie. W
poniedziałek ustaliły iż z tak zwanych klasowych pieniędzy (składamy
się co miesiąc po kilka złotych na różne takie nietypowe okazje)
kupią wieniec od klasy i do tego każde z dzieciaków od siebie kupi
białą różyczkę. Po lekcjach dwie dziewczyny, które znały zmarłą
koleżankę jeszcze z podstawówki i podwórka, zamówiły w kwiaciarni
koło domu co trzeba i mama jednej z nich miała odebrać wieniec w
dniu pogrzebu i przywieźć do szkoły. Przez cały poniedziałek
wychowawczyni nie znalazła nawet 5 minut żeby cokolwiek ustalić z
klasą, więc nie ma co się dziwić że dzieciaki wzięły sprawę w swoje
ręce. A dzisiaj na lekcji wychowawczyni kiedy dowiedziała sie, że
one już wszystko załatwiły ... kazała im odwołać zamówienie i
zamówić wieniec w innej kwiaciarni, bo tam gdzie one chciały kupić
kwiaty pani na pewno zrobi brzydki wieniec. Chciały, nie chciały
musiały posłuchać wychowawczyni. Sprzeciwiły się tylko w kwestii
koloru kwiatów na wieńcu. Dziewczyny, nie ogarniam tego. O co tej
kobiecie chodzi? Zamiast być dumna, że 14-15 latki stanęły na
wysokości zadania i wykazały się nie lada klasą i taktem, ona je po
prostu sprowadziła do parteru.