alfa36
08.05.09, 21:32
Po poludniu przywiozłam dziecko od dziadków (byl tam 3 dni, kurowal
się) i zapytalam męża, czy ma jakieś plany na wieczor. Stwierdzil,
że nie, w takim razie ja powiedzialam, że wychodzę z koleżanką do
kina, a on zostanie z dzieckiem. A mój mąż odrzekł coś w stylu, że
nigdzie nie pojdę, bo on się nie zgadza(!!!), bo ciągle mnie nie ma,
itd. Padło kilka ostrych słów z mojej strony. Dla świętago spokoju
nie poszlam do tego kina a zabralam dziecko i wyszlam z domu (jak
wychodzilam jeszcze uslyszalam, ze ledwo przywiozlam mlodego, juz go
zabieram). Po moim powrocie moj mąz stwierdził, że jak on wychodzi
to zawsze mowi szybciej, a ja w ostatniej chwili i takie tam, że
moglam zadzwonic, bo wiedzialam o tym wyjsciu co najmniej o
trzeciej, jak wychodzilam z pracy (kurcze, jakie to ma znaczenie,
kiedy wiedzialam...). I nie dotarło do niego, że wyraznie zadalam
pytanie o jego plany (sporo ma ostatnio na glowie). Dodam, ze to
raczej normalny facet, zarówno on, jak i ja spotykamy się ze swoimi
znajomymi, nigdy nie bylo takich cyrków. Czy usprawiedliwieniem moze
być fakt, że szanowny małżonek ledwie chodzi, bo ma kontuzję kolana?
Że jest przemęczony, bo na glowie ma pracę i budowę domu? A teraz
słyszę, jak mówi do dziecka "widzisz, dla mamusi najważniejszy jak
zwykle komputer". Co sądzicie o takim zachowaniu???