Dodaj do ulubionych

granice...długawe

11.10.07, 12:54
Mam bieżący problem tego typu... Może opiszę na konkretnym
przykładzie - będzie łatwiej. Dawno się nie udzielałam więc w
skrócie - stan "rzeczy" na dzień dzisiejszy: pasierbica lat 8, ja z
M. poślubieni w maju tego roku, obecnie w trakcie remontu
mieszkania, dzieci wspólnych brak. Mamy Małą co drugi weekend od
piątku do niedzieli, M. częściej jeśli istnieje taka potrzeba lub
jeśli mają ochotę się spotkać. Ogólnie do tej pory sytuacja była
unormowana i obywało się bez większych zgrzytów. Od niedawna
przytrafiło się że M. musi pracować czasami w sobotę lub w niedzielę
(kilka godzin). I tu mamy problem, bo w czasie kiedy on pracuje ja
siedzę z Małą. Teoretycznie "nie mam obowiązku" (to słowa M.), ale w
praktyce wczoraj usłyszałam że się na mnie zawiódł bo nie chcę
posiedzieć z Małą i mu pomóc(inaczej będzie musiał zawieść ją do
babci na inne osiedle). Ja na to że Mała przychodzi do nas głównie
po to żeby poprzebywać ze swoim tatą, nie ze mną, a wygląda to tak
że on bierze ją na piątek i sobotę (w tym konkretnym przypadku), a
na niedzielę oddaje ją Eks (bo wtedy M. ma już inne sprawy).ogólnie
wygląda to tak (z mojego punktu) - Eks gdzieś wyjeżdza daje Małą nam
w piatek i sobotę bo tak jej pasuje, mój M. w niedzielę ma jakieś
sprawy więc odda dziecko Eks ( bo jemu tak pasuje), a w sobotę z
dzieckiem posiedzę ja (kilka godzin). Tylko czy mi to pasuje?- mam
wybór : siedzieć z dzieckiem i przymknąć oko, albo wysłać dziecko do
babci ale za to mieć naburmuszonego i zawiedzionego M. Napiszcie co
o tym wszystkim sądzicie, gdzie są granice kiedy macocha może
powiedzieć nie, bez uszczerbku dla swojego związku? Takie sytuacje
będą się powtarzać w związku z pracą M.
Obserwuj wątek
    • nini6 Re: granice...długawe 11.10.07, 13:09
      Ze strony twojego M to wygląda tak: "siedzi w domu, nic nie robi i nawet się
      chwilę dzieckiem nie zajmie, żeby mi pomóc."

      Mała mojego M też jest u nas co drugi weekend - od piatku wieczorem do niedzieli
      wieczorem. Jakiś czas temu byłam mocno zdziwiona, jak sobie uświadomiłam, że
      ....brakuje mi jej w tygodniu smile W domu się jakoś pusto robi po jej wyjściusmile))

      Nie dasz rady polubić tego spędzania czasu z małą?
      Nie namawiam cię absolutnie, ale może być naprawdę miło, jeśli znajdziecie
      wspólne zainteresowania.
      Jeśli "przymykanie oka" będzie cię za dużo kosztowało - masz prawo odmówić.
      Może twoja dodatkowa niechęć do opiekowania się Małą wynika z tego, że w tym
      czasie Eks "gdzieś wyjeżdża" - czyli ona spędza czas wolna jak ptaszek a ty i M
      uziemieni z dzieckiem?

      Pozdrawiam smile
    • e_r_i_n Re: granice...długawe 11.10.07, 13:29
      mara68 napisała:

      > Napiszcie co o tym wszystkim sądzicie, gdzie są granice kiedy
      > macocha może powiedzieć nie, bez uszczerbku dla swojego związku?
      > Takie sytuacje będą się powtarzać w związku z pracą M.

      Rozumiem, że jest tak, ze dziecko w czasie, gdy tata w pracy, jest u
      babci, a potem z powrotem u Was? Czyli tata nie traci na dlugosci
      kontaktu, kwestia tylko, kto sie dzieckiem zajmuje w czasie jego
      nieobecnosci?
      Jesli tak, to IMO masz pelne prawo powiedziec, ze nie chcesz byc
      nianią jego dziecka. Kluczowe jest tu ostatnie zdanie - ze to nie
      jednorazowa sytuacja (wtedy pewnie nie mialabys oporow i z dzieckiem
      bys zostala), tylko cos, co sie regularnie bedzie powtarzac.
    • m-m-m Re: granice...długawe 11.10.07, 14:08
      Nie za dobrze temu twojemu M.?
      Moim zdaniem takie postawienie sprawy, że on się na Tobie zawiódł
      jest rodzajem szantażu: teraz Ty się musisz starać, by spełnić jego
      oczekiwania i poświecać swój czas jego dziecku.
      Bez kwasu się nie obejdzie, ale nie daj się w to wmanipulować.
      Wyjaśnij mu spokojnie, że to nie jest kwestia pomocy JEMU, tylko tak
      naprawdę to jego byłej żonie, która chce mieć wolne dwa popołudnia i
      aby spełnić jej oczekiwania on szuka bezpłatnej niańki dla ich
      dziecka (nie ważne kto nią jest - czy to Ty, czy babcia dziewczynki).
      Powiedz mu, że on musi w takch sytuacjach byłej żonie odmówić, albo
      się z nią na niańkę zrzucić jeśli koniecznie oboje w sobotę nie mają
      czasu dla swojego dziecka a nie obarczać tym dzieckiem inne osoby.
      • mamaika Re: granice...długawe 11.10.07, 15:17
        Nie zgodzę się , że to kwestia pomocy jego żonie. Facet ma obowiązek
        zajmowac się własnym dzieckiem i tyle , to nie jest kwestia
        uprzejmości wobec mamy tego dziecka. Inna sprawa , że tegoż
        obowiązku absolutnie nie ma macochy - to kwestia li i wyłącznie jej
        dobrej woli i chęci pomocy partnerowi . Nie w porządku jest tu
        jedynie zachowanie tego partnera , który de facto zrzuca na
        partnerkę swój obowiązek . I to właśnie partnerowi należałoby
        uświadomić , w końcu jego dziecko nawet jak wzieliście ślub to nie
        staje się automatycznie "wasze" .
        • m-m-m Re: granice...długawe 11.10.07, 18:28
          No, nie zrozumiałyśmy się Mamaika.
          Pomoc byłej żonie oznacza dla mnie konieczność bycia bezpłatna
          nianką dla cudzego dziecka i to na zasadzie szantażu. Oczywiście, że
          on ma obowiązek zajmować się dzieckiem i jesli ani on oni exowa e ma
          dla malej czsu niech gdzie indziej szukają dla mlodej opieki.
    • kicia031 Re: granice...długawe 11.10.07, 15:14
      Moze ja nie rozumiem, bo mam wlasne dzieci i nie jest to problemem
      dla mnie zajac sie dodatkowo jeszcze jednym, wyjezdzlama nawet na
      wakacje z wszystkimi dziecmi bez ich ojca. Tka mijeszcze przychodzi
      do glowy - 8-latka to chyba nie trzeba sie non stop zajmowac? Niech
      sie pobawi lalkami, poczyta, pooglada bajki w TV.

      Moze warto poszukac jej kolezanki w poblizu?

      Uwazam, ze Exia ma prawo do tego, by ojciec zajal sie corka raz na 2
      tygodnie. Ona tez potrzebuje odpoczynku, samotne macierzynstwo jest
      bardzo wyczerpujace.
      • m-m-m Re: granice...długawe 11.10.07, 18:32
        Tu kwestia sprowadza sie nie do tego, że dziecko można zajć
        czymkolwiek. Tu chodzi o to, ze macocha ma prawo w ogóle nie chcieć
        mieć w taki sposób zajetej soboty i to jej święte prawo.
    • dyderko Re: granice...długawe 11.10.07, 15:17
      Proponuję przynieść z pracy (swojej) coś do domu, po czym dać to mu
      do zrobienia, a samej zająć się czymś innym (nie przyjemnościami...
      w domu jest tyle do zrobienia), jak nie zabierze się do zrobienia
      tego to go poinformuj że się na nim zawiodłaś bo liczyłaś że Cię
      wyręczy w Twoich obowiązkach. Jak zrobi bez gadania to poinformuj go
      że tak będzie co tydzień... Jeśli i to nie zrobi na nim wrażenia to
      przemyśl jak można tak podzielić Wasze obowiązki by to wszystko
      miało w sumie sens.
      • mara68 Re: granice...długawe 11.10.07, 16:01
        Dzięki macoszki. We mnie się jednak rodzi pewien bunt w związku z
        zaistniałą sytuacją.
        Być może gdybym miała swoje dzieci to ta jedna "sztuka" więcej nie
        robiłaby różnicy.
        Ale zadałam pytanie mojemu M., gdybym co dwa tyg. prosiła go żeby
        posiedział np.
        ze swoją teściową to czy byłby zadowolony?. Chociaż jak wiadomo moja
        mama dzieckiem nie jest
        i zajmować się nią szczególnie nie trzeba. Na co mój M. odparł że
        Małą też się nie trzeba zajmować,
        należy jej puścić film i nie zwracać na nią uwagi. Niestety ja tak
        nie potrafię,bo jak to ma wyglądać -
        mam ignorować jej pytania i prośby i udawać że jest powietrzem. Mała
        nalezy do dzieci domagających
        się uwagi i moje ewentualne odmowy mogą się skończyć jedynie na
        dalszych jej prośbach i kręceniu
        dziury w brzuchu żebym z nią coś robiła. Nawet jeśli spędzamy czas
        we troje w weekendy, to ja
        również uczestniczę w zabawach, pomagam w lekcjach - kiedy oni nie
        mogą się dogadać, poświęcam też
        czas na gotowanie dla nich (żeby mogli jak najwięcej czasu spędzać
        razem). Dlatego trochę zabolało,
        że zawodzę mojego M. ponieważ nie chcę sie zgodzić na pilnowanie
        Małej
        podczas jego nieobecności w weekendy.
        • mara68 Re: granice...długawe 11.10.07, 16:19
          Jeszcze jedna refleksja. Może dobrze na początku tworzyć większy
          dystans i nie angażować się tak bardzo w życie pasierbów (tak ja w
          moim przypadku, przyjęcia urodzinowe dla Małej, wspólne wakacje,
          upominki, przez rok wszystkie weekendy z nami...). Nie mówię że to
          było zawsze poświęcanie się, bo robiłam to z własnej woli i chęci.
          A teraz się okazuje że mój M. się na mnie zawodzi bo nie chcę dać z
          siebie jeszcze więcej...
          • anastazjapotocka Re: granice...długawe 11.10.07, 16:40
            Ale znasz chyba przysłowie, że "jak dasz palec, to rękę odgryzą do
            ramienia"?

            Masz teraz taką sytuację.

            Jeszcze jest czas, żeby wszystko wyprostować. Nie zgadzaj się i tyle.
            To ma być czas na kontakty OJCA Z DZIECKIEM, a nie z macochą.
            Powiedz mężowi, że jesteś już umówiona i niestety, nie możesz mu
            służyć. Niech zawozi dzieciaka do babci.

            Tyle będziesz miała miejsca w związku, ile sobie sama wywalczysz.
            Mąż dobrowolnie nie zrezygnuje z bezpłatnej niańki do WŁASNEGO
            dziecka. On ma same plusy: zero konfliktów z byłą - przecież
            się "wywiązuje". Zero stresów z dzieckiem - siedzi w pracy.
            Tak więc on ma dobre stosunki z byłą, w oczach ogółu uchodzi za
            dobrego i troskliwego tatusia i jeszcze kasę zarabia.

            Tylko Ty taka wredna jesteś... Oportunistka. Też coś.
            Nagle zaczynasz mieć wymagania i kręcisz nosem, że to Twoim
            kosztem...

            A w przyszłości (o ile teraz zdecydowanie nie zareagujesz), będziesz
            MUSIAŁA POGODZIĆ SIĘ NIE RAZ, że Twoje wymagania można sobie pod
            tramwaj włożyć, a Twoje uczucia i odczucia - do pieca.
          • m-m-m Re: granice...długawe 11.10.07, 18:36
            W ogóle generalnie trzeba od poczatku kuć żelazo póki gorące i
            ustalić jasne zasady. Potem, czego masz juz przyklad Twoja dobra
            wola traktowana jest jak obowiązek i wręcz czynione są Ci wyrzuty,
            że tej dobrej woli nie przejawiasz.
            Powtórzę jeszcze raz: nie za dobrze temu Twojemu M. ?
            To jego dziecko i TY NIC nie musisz.
          • nangaparbat3 Re: granice...długawe 16.10.07, 16:28
            Nie, Mara, Twoj M. się na Tobie zawodzi, bo uważal, ze naprawdę zalezy Ci na
            jego dziecku - bo takie sprawiałaś wrazenie, urzadzajac dla Małej przyjecie,
            spędzajac z nia wakacje i wszystkie weekendy. Ma prawo mysleć, ze przebywanie z
            nia i nawet opieka co drugi tydzień to dla Ciebie czysta przyjemność.
    • reksia Re: granice...długawe 12.10.07, 09:01
      Pewnego dnia wycofałam się z kontaktów z pasierbami, po kilku
      akcjach ich mamci i O DZIWOsmile jest mi z tym bardzo dobrze.Na tą
      chwilę gdyby miały wrócić do normy te kontakty które miały miejsce
      wcześniej -powiedziałabym zdecydowanie "NIE".

      W przypadkach gdy nie ma porozumienia miedzy Exią a Nexią, uważam że
      należy unikać kontaktu z pasierbami, dla własnego i dzieci dobra.

      Moja Exia też zwracała się do mnie z prośbą o pomoc i zajęcie się
      dziećmi gdy miała swoje pilne sprawy do załatwienia.Potrafiła
      zadzwonić bezpośrednio do mnie i zwrócić się z prośbą o pomoc, ale
      też nigdy nie powiedziała dziękuję.

      Co więcej po pewnym czasie zaczeła sobie pokrzykiwać w moim
      kierunku.Dla mnie to było sygnałem ostrzegawczym.

      Na dzień dzisiejszy jak Exia chce by M spotykał sie z dziecmi musi
      im zapłacić za hotel gdzie mają przebywać bo w moim domu M się z
      nimi już spotykac nie bedzie.Ja sobie tego nie życzę, tak jak sobie
      nie życzę obecności jej dzieci w życiu moich dzieci.

      Starałam się ułożyć poprawne stosunki miedzy dziećmi, wykładałam
      pieniądze na wzajemne prezenty starałam sie by moje dzieci zawsze
      pamietały o wszystkich uroczystościach pasierbów (urodziny,
      imieniny, świeta).Pasierbowie przyjeżdżając do nas NIGDY nie
      przywiozły chociażby przysłowiowej czekolady dla moich dzieci.Nie
      mówiąc o tym ze NIGDY nie zadzwoniły do moich dzieci chociażby z
      głupimi życzeniami świątecznymi podczas gdy moje dwa tygodnie
      wczesniej latały by znależć jak najładniejsze kartki dla chłopców.

      Ja osobiście na ta chwilę nie wróciłabym do stanu poprzedniego.

      M ze go nie stac na wynajmowanie hoteli, nie widuje się z własnymi
      dziećmi.Jej synowie mają przez to wysoce uszczuplone kontakty z
      ojcem.Niech kobita w związku z tym ponosi sobie wszelkie
      konsekwencje swych poprzednich działań.

      Ja osobiście wreszcie jestem spokojnasmile.Na pytanie M "kochanie jak
      myslisz..czy mógłbym..?", odpowiedam najszczerzej jak potrafię "
      kochanie - wybacz smile))"
      • barbara001 Re: granice...długawe 12.10.07, 09:20
        Ja też byłam w podobnej sytuacji. Był taki okres w naszym zyciu, że
        M pracowal w kazdy weekend, od rana do późnej nocy, i wtedy ja
        siedziałam z małą. Babcia jakoś nie rwała się do opieki. I przyznam,
        byłam czasem zirytowana, ale nie robiłam z tego problemu. Mała ma 8
        lat, i teraz tez zdarza się, że tylko ja się nią zajmuję. Wychodzę z
        założenia, że tak bywa i już. Co prawda, jak czasem nie mam ochoty
        na gwar dziecięcy w domu to mówię o tym M i on stara się tak
        organizować czas, żebym mogła sobie pobyć sama, i nigdy nie
        usłyszałam że zawiodłam oczekiwania. Ale jak są obowiązki w pracy,
        ktore trzeba wypełnić, to nigdy nie powiem M, że mam dosyć jego
        córki i że nie chce mi się nią siedzieć kolejny weekend. Młoda też
        to rozumie, i teskni za tatą ale obydwie staramy się, żeby nie
        poczuł, że robimy mu wyrzuty z tego powodu,ze musi tym razem pojść
        do pracy. Bo gdyby tylko mógł zostałby w domu.
    • nsc23 Re: granice...długawe 12.10.07, 09:14
      Mara,
      Ja zostaje z moja mloda na pol godziny maks, jak W musi isc do
      skepu. Nie dlatego, ze nie chce, bo nie ma problemu, moglabym z nia
      zostawac, ale dlatego, ze jest to dwulatka, a ja nie umiem
      przewidziec co jej przyjdzie do glowy - nie moge za nia lazic po
      calym mieszkaniu, bo czesto mam cos do zrobienia, zamykac w jednym
      pokoju tez jej nie bede, bo sie mloda zanudzi na smierc.
      W zwiazku w tym powiedzialam W, ze moze sobie wychodzic na pol
      godzinki jak potrzebuje zrobic zakupy (zazwyczaj idzie po jakies
      jedzenie dla nas na obiad, albo po cos dla malej), ale jezeli
      mialabym z nia zostac na dluzej to ja sie boje i lepiej, zeby mnie
      nie zostawial.
      Jezeli nie chcesz zostawac z mala, a jednoczesnie nie chcesz zranic
      swojego meza, to moze powiedz mu, ze czujesz sie podobnie? Ze jak
      mala by sobie cos zrobila, to nie wiedzialabys co zrobic, ze nie
      masz wlasnych dzieci i doswiadczenia i ze sie po prostu boisz?
      • m-m-m Re: granice...długawe 12.10.07, 09:45
        >>>Ze jak
        mala by sobie cos zrobila, to nie wiedzialabys co zrobic, ze nie
        masz wlasnych dzieci i doswiadczenia i ze sie po prostu boisz?



        Jak znam facetów, to taki tekst M. Mary z mety zbagatelizuje, że
        niby co ma sie stać ośmiolatce, ktorej ona ma włączyc tylko TV.
        Tu chodzi o czas, ze w ogóle Mara w odczuciu jej męża ma obowiązek
        poswięcić jego dziecku, ma być darmowa opiekunką.
        • reksia Re: granice...długawe 12.10.07, 10:32
          bo to w sumie takie niby nic -zostać z dzieckiem M i zająć się nim
          przez godzinkę czy dwie i w sumie żaden to problem..gorzej gdy po
          pewnym czasie okazuje się że zaczyna to być naszym obowiązkiem,
          który ktoś egzekwuje szantażem emocjonalnym..bo to niestety ale
          zaczyna chyba świadczyć o braku szacunku dla naszej macoszej osobyuncertain
    • triss_m7 Re: granice...długawe 12.10.07, 11:46
      Oczywiste jest ze masz prawo odmowic. To nie jest Twoje dziecko i
      Twoj M nie powinien miec do Ciebie pretensji jednak... osobiscie
      jestem zwolenniczka kompromisow. Twoj M dodatkowo pracuje, jestescie
      w trakcie remontu wiec robi to po to, by bylo Wam zyc wygodniej. Nie
      spedza tego czasu na piwie z kolegami tylko w pracy. Robi cos tez
      dla Ciebie kosztem czasu swojego dziecka. To dla Twojego M tez jest
      trudne, a moze nawet trudniejsze niz dla Ciebie. Mysle, ze moglabys
      tez dac cos z siebie. Poprostu mozesz mu pomoc spedzajac kilka
      godzin z mala. Mala ma juz 8 lat wiec nie musisz jej nianczyc, moze
      sie zajac ukladanka, ksiazka czy rysowaniem. Dzieci nie gryza ale
      wyczuwaja niechec.
      Niemniej wybor nalezy do Ciebie.


      A tak swoja droga przykre jak dla mnie takie przedmiotowe
      traktowanie dziecka. Brzydko mowiac podrzucanie malej sobie wtedy
      kiedy rodzicom "pasuje".
      Jako matka wolalabym jednak by moje dziecko te kilka godzin spedzilo
      z babcia niz niechetna nexia bo ani dla dziecka ani dla next ten
      czas mily nie bedzie.
      Pozdrawiam.
      • nsc23 Re: granice...długawe 12.10.07, 13:07
        To nie jest Twoje dziecko i
        > Twoj M nie powinien miec do Ciebie pretensji jednak... osobiscie
        > jestem zwolenniczka kompromisow.

        Ja tez i mysle, ze nie glupie byloby rozlozenie tego obowiazku na
        pare osob - albo na Ciebie i eks, albo na babcie i eks, albo na Was
        trzy, generalnie na dowolna z konfiguracji. Wtedy moze wszyscy
        byliby zadowoleni (albo przynajmniej rowno niezadowoleni wink)
      • nangaparbat3 Triss 16.10.07, 16:36
        Brzydko mowiac podrzucanie malej sobie wtedy
        > kiedy rodzicom "pasuje".

        Triss, a nie przyszło Ci do glowy, ze matka moze wtedy ma dodatkową robotę, albo
        studiuje, a moze po prostu chce sie spotkać z kochankiem - i tak im pasuje?
        Matce pasuje opieka nad dzieckiem przez 12 dni, ojcu w co drugi weekend - no
        zastanów sie!
        • triss_m7 Re: Triss 17.10.07, 19:58
          > Triss, a nie przyszło Ci do glowy, ze matka moze wtedy ma
          dodatkową robotę, alb
          > o
          > studiuje, a moze po prostu chce sie spotkać z kochankiem - i tak
          im pasuje?
          > Matce pasuje opieka nad dzieckiem przez 12 dni, ojcu w co drugi
          weekend - no
          > zastanów sie!

          Moze lepiej Ty sie zastanow zanim zaczniesz krytykowac. Nie wyrywaj
          z kontekstu bo potem piszesz tego rodzaju bzdury.
          Z calym szacunkem Nanga ale czytaj ze zrozumieniem! Wszedzie
          podkreslam ze matka dziecka (exia) ma prawo do swojego czasu, a ojcu
          i nexi nic zlego sie nie dzieje jesli wtedy sie nim zajma i take
          jest moje stanowisko w tej sprawie.
          Jesli chcesz mnie krytykowac to przeczytaj uwaznie wszystkie moje
          posty w tym watku.
          Pozdrawiam.
    • anastazjapotocka Re: granice...długawe 12.10.07, 12:49
      Opieka nad dzieckiem to ciężka i niewdzięczna praca, jeśli się tego
      nie lubi i nie jest się na coś takiego przygotowanym.
      To dziecko ma oboje rodziców i tu jest koniec dyskusji.
      To, czy pan pracuje dodatkowo, aby nowej żonie sportowe autko kupić,
      czy też własnoręcznie buduje dla niej willę z basem - nie ma ŻADNEGO
      ZNACZENIA.

      Łaski nie robi, widocznie sprawia mu to przyjemność. W czasach
      prehistorycznych upolowałby dla niej mamuta.
      To sprytny pan, ślepy nie jest, widzi, że żona nie chce i nie
      potrafi zająć się jego córką. Nie ma nic złego w tym, że ktoś nie
      lubi być niańką. Pan po prostu stosuje najzwykleją manipulację
      posługując się prostą metodą: szantażem emocjonalnym. Metoda dobra i
      skuteczna, tylko, że prowadzi u obiektu manipulowanego do poczucia
      znacznego obniżenia własnej wartości. A to już jest fatalne i trudno
      się z czegoś takiego podnieść.
      M-m-m ma całkowitą rację.
      Radzę Ci posłuchać Jej rad, bo są naprawdę mądre i oparte na
      solidnych podstawach: rozsądku i własnym doświadczeniu.

      A na dobrych układach pomiędzy mężem i jego byłą NAPRAWDĘ NIE MUSI
      CI ZALEŻEĆ. A co Ci do tego? Niech się żrą.
      • barbara001 Re: granice...długawe 12.10.07, 13:05
        No to ja się nie zgodzę. Owszem, macocha nie ma obowiązku, ale jest
        żoną tego sprytnego pana, który musi iść do pracy, żeby zarobić na
        jej dom. I zwykła ludzka życzliwość, która w normalnych małżeństwach
        funkcjonuje nakazuje sobie pomagać. Nawet w czasowej opiece nad
        pasierbicą. Nie łączę tu historii, gdzie jest konflikt między
        macochą, pasierbicą, eks itd, który skutkuje walką o pieniadze i
        zakazem wprowadzania dzieci męża do domu (nie odnosze tego tez do
        zadnej ze znanych mi z forum macoch i nie jest to zaden przytyk).
        Nie jest naprawdę wielkim ustępstwem opieka nad dzieckiem, kiedy mąż
        musi iść do pracy, i zrozumieć należy, że ta pracę szanuje i skoro
        tak do niej lata, to znaczy że dzieki niej może utrzymać dom- i żonę
        i dziecko. Bo owszem, mógły sobie olac i znaleźć inną, tylko być
        może gorzej płatną i na innych mniej korzystnych warunkach. Nie
        każdy może przebierać w ofertach pracy, i nie kazdy ma majątki
        odziedziczone po szlachetnie urodzonych prababkach. Nie komentuję
        słów o zawodzie emocjonalnym tego pana, ani stanowiska jego eks, ani
        tez postawy babć. A nowa żona skoro sobie na męża wzięla pana z
        dzieckiem to powinna wczesniej zastanowić się nad konsekwencjami,
        Skoro kilka sobót poświęconych opiece jest tak trudne i męczące. Bo
        tych kilka sobót to nic, w porównianu z tym, co może przynieść życie
        z facetem + jego dziecko. Az boję się pomyśleć co bedzie dalej.
        • anastazjapotocka Re: granice...długawe 12.10.07, 13:15
          Moje prababki proszę zostawić w spokoju, jak również mój majątek po
          Nich odziedziczony oraz moje ewentualne kaprysy na temat
          wyboru/doboru (?) wykonywanej pracy.

          Nie mówimy o MNIE, tylko o konkretnym przypadku założycielki wątku.

          Tak więc proszę ze mnie zejść i trzymać się tematu BEZ OSOBISTYCH
          ZŁOŚLIWOŚCI.

          Wyraziłam swoją opinię, z którą nie musisz się zgadzać, tak jak do
          mnie nie muszą przemawiać argumenty innych pań.

          Doradzamy NIE MNIE, tylko założycielce wątku i Ona jest tu
          najważniejsza.

          To na tyle.
          • barbara001 Re: granice...długawe 12.10.07, 13:22
            Wybacz anastazjo, ale własnie połozyłam się ze śmiechusmile Nie
            wiedziałm że prababki i ich majątki tak bierzesz do siebiesmile No i
            nie wyzłośliwiałam się w Twoim kierunku.

            Autorka wątku jest najważniejsza, ale moje zdanie jest takie jakie
            jest. Inne niż Twoje, i jak sama zauważyłaś, nie musimy się ze sobą
            zgadzać. I nadal uważam, ze korona nikomu nie spadnie, jak się
            poopiekuje cudzym dzieckiem.
            • anastazjapotocka Re: granice...długawe 12.10.07, 13:41
              DODAJ, KU ZADOWOLENIU EKSI, KTÓRA W TYM CZASIE BĘDZIE SOBIE UKŁADAĆ
              ŻYCIE. Ten pan mógłby po prostu umówić się z żoną, zawrzeć taki
              nieformalny ukad: ja dla Ciebie buduję własnoręcznie willę z
              basenem, a to, że muszę się od tej pasjonujacej pracy odrywać w celu
              niańczenia własnej córki, znacznie opóźni kładzenie marmurów na
              posadzkach i sadzenie morw.

              I wtedy:
              - pani mówi "zgoda, kładź te marmury i sadź co żywo morwy"
              - pani mówi "od marmurów marzną mi stopy, a morw nie znoszę jak
              zarazy".

              Bo pani MA WYBÓR. A nie cudze dziecko na karku, w charakterze
              jakiejś głupiej transakcji wiązanej.
              • megaa Re: granice...długawe 12.10.07, 14:32
                dziecko spedza u ojca co drugi weekend. Ile to jest % czasu z zycia
                dziecka, kiedy to ta eksia moze sobie zycie poukladacwink (pewnie
                imprezuje wowczas na calego)
                Gdyby eksia nie pozwolila corce na te spotkania (co 2 weekend, co
                zreszta wczesniej ustalili) to wowczas ojciec dziecka mialby
                pretensje (i to jak najbardziej zrozumiale) ze matka te kontakty mu
                uniemozliwia lub co najmniej utrudnia.
                Mysle ze to rodzice dziecka powiinie sie dogadac w kwestii spotkan,
                chociaz dla komfortu psychicznego dziecka (glupio brzmi, komfort w
                takiej sytuacji) te kontakty powinny byc jak najbardziej regularne
                bo pewnie corka na te spotkania czeka. Jezeli faktycznie
                sporadycznie nie moze ojciec swojego obowiazku wzgledem dziecka
                wypelnic (BO TO JEST OBOWIAZEK WZGLEDEM DZIECKA NIE EKSI) wowczas
                moglby oplacic nna kilka godzin opiekunke skoro jego zona nie chce z
                dzieckiem zostawac - bo przeciez moze nie chciec
              • chalsia Re: granice...długawe 12.10.07, 14:41
                > DODAJ, KU ZADOWOLENIU EKSI, KTÓRA W TYM CZASIE BĘDZIE SOBIE
                UKŁADAĆ
                > ŻYCIE.

                a co to komu przeszkadza? Ojciec sobie już ułożył życie (bo nie
                mając dziecka u boku na codzień o to łatwiej), to matka tez chyba
                może i ma prawo. Większość z macoch tu pisze, że jak eksia ma
                poukładane prywatne życie i jest szczęśliwa, to i kłopotów z nią
                mniej smile
                • anastazjapotocka Re: granice...długawe 12.10.07, 14:59
                  Problem polega na tym, że eksia podrzuca dziecko byłemu mężowi, a
                  były mąż - nowej żonie!

                  To OJCIEC MA OBOWIĄZEK UTRZYMYWAĆ PRAWIDŁOWE KONTAKTY Z CÓRKĄ dla
                  dobra rozwoju psychofizycznego tejże. A OJCIEC PODRZUCA dziecko
                  swojej nowej żonie. Wbrew woli i talentom wychowawczym żony.

                  I tak dziewczyna zamiast iść do teatru lub kawiarni, kisi się ze
                  znudzoną kilkulatką. I jeszcze się jej wmawia, że jest wredna...
                  Eksia jest zadowolona, bo "się wywiązuje" i dziecko dała ojcu.
                  Ojciec jest zadowolony, bo dziecko wziął i zwiał do pracy (na
                  marginesie: są ludzie, którym praca sprawia większą radość niż piwko
                  z koleżkami}, a córkę podrzucił żonie.
                  Obie rodziny (matki i ojca) są zadowolone, bo mają takie OBOWIAZKOWE
                  potomstwo.
                  Tylko wredną macochę trafia szlag.

                  Ja ją rozumiem. Mnie też by trafił.
                  Można ze mną coś USTALAĆ, względnie mnie uprzejmie POPROSIĆ, ale
                  narzucać mi się ze swoimi własnymi obowiązkami i jeszcze nosem
                  kręcić? Nie. Na pewno nie.
                  • megaa Re: granice...długawe 12.10.07, 15:10
                    NIE PODRZUCA DZIECKO - a jedynie umozliwia im wzajemne kontakty.
                    Subtelna roznica. Skoro dorosli ludzie sie na cos umawiaja to
                    powinni sie tych zobowiazan trzymac.
                    Autorka watku powinna miec pretensje do meza a nie jak ty jej
                    sugerujesz zwalac wine na eksie ze corka odwiedza ich 2 razy w
                    miesiacu. Zauwaz ze sa to 4 dni (ew. 6 jezeli wliczamy w to piatek),
                    a 24 dni srednio spedza z matka. Uwazasz ze to podrzucanie wlasnego
                    dziecka. Dziwna logika.
              • nsc23 Re: granice...długawe 12.10.07, 15:02
                A nie cudze dziecko na karku, w charakterze
                > jakiejś głupiej transakcji wiązanej

                ale czymze innym jest zwiazek z dzieciatym facetem niz transakcja
                wiazana? nie masz wyboru, bierzesz faceta i dziecko. Na ile dziecko
                wplynie na Wasze wspolne zycie to osobna sprawa, ale zawsze bedzie
                to dziecko Twojego faceta i bedzie w jego zyciu.
                • reksia Re: granice...długawe 12.10.07, 15:09
                  nsc23 napisała:
                  > ale czymze innym jest zwiazek z dzieciatym facetem niz transakcja
                  > wiazana? nie masz wyboru, bierzesz faceta i dziecko.


                  ano zdziwisz się ale życie z dzieciatym partnerem nie musi byc taka
                  transakcjąsmile))))))))wyobraź sobie że rózne związki sa oparte na
                  różnych podstawach,

                  można tez zbudować związek na zdrowych relacjachwink
                • anastazjapotocka Re: granice...długawe 12.10.07, 15:14
                  Nie.
                  Chodzi o to, że SAMO dziecko jest w takim przypadku transakcją
                  wiązaną, ale OPIEKA NAD TYM DZIECKIEM, KIEDY ŻYJĄ OBOJE RODZICE -
                  już nie.

                  Oczywiście, lepiej, aby każda macocha lub kandydatka na macochę
                  miała świadomość, że w razie śmierci matki dziecka - SAMO DZIECKO
                  będzie JAK NAJBARDZIEJ JEJ PROBLEMEM.

                  Poza tym matki dzieci są często bardziej niż niechętnie nastawione
                  do nowych żon swych byłych mężów i same nie życzą sobie ścisłych
                  kontaków dziecka "z tą drugą", więc takie przebywanie sam na sam
                  macochy z negatywnie nastawianym dzieckiem może być udręką.
                  I jest. Dla obu stron.
                  Obecność (mądra i czynna) ojca neutralizuje (w każdym razie powinna
                  neutralizować) ewentualne konflikty i niedomówienia.
              • triss_m7 Re: granice...długawe 12.10.07, 15:17
                anastazjapotocka napisała:

                > DODAJ, KU ZADOWOLENIU EKSI, KTÓRA W TYM CZASIE BĘDZIE SOBIE
                UKŁADAĆ
                > ŻYCIE.

                Nic zlego w tym nie widze. Co, kobieta nie ma prawa ukladac sobie
                zycia? Raz na dwa tygodnie ojciec zabiera corke. Raz na dwa tygodnie
                ta kobieta ma czas dla siebie. Ta kobieta MA PRAWO UKLADAC SOBIE
                ZYCIE! Ojciec dziecka nie musial byc codziennie zajmowac sie mala i
                wtedy mial czas na ukladnie - ona ma tylko co drugi week-end.

                > Bo pani MA WYBÓR. A nie cudze dziecko na karku, w charakterze
                > jakiejś głupiej transakcji wiązanej.

                Tak, pani ma wybor ale jest jedno "ALE". "Widzialy galy co braly"
                Kazda z nas powinna miec swiadomosc tego, ze jesli wiaze sie z
                czlowiekiem, ktory ma juz dzieci to ma wobec nich obowiazki.
                Nie jest sztuka tupac nogami tylko dlatego ze "mam prawo".
                Zdecydowanie wieksza sztuka jest wspolne rozwiazywanie powstalych
                problemow oraz wzajemna pomoc. Partnerstwo i kompromis.
                • reksia Re: granice...długawe 12.10.07, 15:27
                  triss_m7 napisała:


                  > Nie jest sztuka tupac nogami tylko dlatego ze "mam prawo".
                  > Zdecydowanie wieksza sztuka jest wspolne rozwiazywanie powstalych
                  > problemow oraz wzajemna pomoc. Partnerstwo i kompromis.

                  partnerstwo i kompromis nie ma nic wspólnego z obowiązkiem
                  zajmowania się CUDZYM DZIECIAKIEM, to obowiązek rodziców, a nie ich
                  nowych partnerów!
                  • triss_m7 Re: granice...długawe 12.10.07, 15:42
                    > partnerstwo i kompromis nie ma nic wspólnego z obowiązkiem
                    > zajmowania się CUDZYM DZIECIAKIEM, to obowiązek rodziców, a nie
                    ich
                    > nowych partnerów!

                    Tak, zajmowanie sie dzieckiem jest obowiazkiem rodzicow. Jednak
                    mozna w ramach kompromisu i partnerstwa pomoc partnerowi w opiece.
                    Zwlasza, gdy partner tez robi cos dla drugiej osoby (w tej sytuacji
                    dodatkowa praca ojca w week-endy). Ojciec urywa ten czas dziecku.
                    Gdyby opuszczal te dni pracy to nexia krecilaby nosem ze nie dba o
                    ich wspolny dom. Czemu winne jest to dziecko? Wszyscy mysla tylko o
                    swoim czasie, a nikt nie pomyslal o tej malej. Przerzuca sie ja jak
                    towar jak komu wygodniej. Skoro ojciec ma obowiazek zajmowac sie
                    dzieckiem to nich odpusci prace w te dni gdy ma corke pod opieka.
                    • mamba30 Re: granice...długawe 12.10.07, 15:48
                      triss_m7 napisała:

                      Skoro ojciec ma obowiazek zajmowac sie
                      > dzieckiem to nich odpusci prace w te dni gdy ma corke pod opieka.
                      >


                      I to by było moim zdaniem najlepsze rozwiązanie. Bo ja równiez
                      uważam, że macocha nic nie musi, aczkolwiek może chcieć.

                      Tak czytam wszystkie wypowiedzi i tak sobie myślę, że czasami dla
                      dobra ogółu (jeżeli dziecko nie jest nastawione anty do macochy), to
                      macoszka mogłaby sie małą zająć. Ale z drugiej strony regularne
                      powierzanie jej opiece dziecka bez wcześniejszych konsultacji jest
                      nie fair. A tekst tatusia to juz w ogóle mnie powalił na kolana.
                    • m-m-m Re: granice...długawe 12.10.07, 17:06
                      >>>>Czemu winne jest to dziecko? Wszyscy mysla tylko o
                      > swoim czasie, a nikt nie pomyslal o tej malej


                      Skoro nie pomyśleli o niej rodzice to nie ma powodu by oczekiwać
                      takiego myślenie od macochy.
                      • triss_m7 Re: granice...długawe 12.10.07, 17:29
                        Dziewczyny,
                        Nie twierdze ze myslenie i zajmowanie sie dzieckiem jest obowiazkiem
                        macochy. Nie probuje rowniez ubrac macochy w fartuszek niani.
                        Niemniej uwazam, ze mozna znalezc wspolne rozwiazanie takie, by
                        kazdy mogl byc zadowolony.
                        Nie mozna tylko oczekiwac a od siebie nic nie dac.
                        • m-m-m Re: granice...długawe 18.10.07, 08:37
                          Autorka wątku dała z siebie aż za dużo. Do tego stopnia za dużo, że
                          teraz jej M. uważa, że to oczywiste i to jest wręcz jej obowiązek,
                          czemu dał wyraz szantażując ją emocjonalnie.
                  • triss_m7 Re: granice...długawe 12.10.07, 15:47
                    I jeszcze jedno: ten facet po prostu oczekiwal pomocy od swojej
                    najblizszej osoby - zony. Nie wyobrazam sobie stawania "w poprzek"
                    tylko dlatego ze "mam takie prawo" a on "ma obowiazki".
                    Mysle, ze ten facet chcial rozwiazac problem najlepiej jak potrafil
                    tak, by byl wilk syty i owca cala ale jesli nie ma ustepstw,
                    kompromisu i partnerstawa w zwiazku to ciezka sprawa bo zawsze ktos
                    bedzie niezadowolony. Wystarczy tylko odrobina dobrej woli.
                  • kasztanka5 Re: granice...długawe 12.10.07, 16:05
                    reksia napisała:

                    > partnerstwo i kompromis nie ma nic wspólnego z obowiązkiem
                    > zajmowania się CUDZYM DZIECIAKIEM, to obowiązek rodziców, a nie
                    ich
                    > nowych partnerów!

                    To NIE JEST osobista wycieczka, ale pytanie reksiu -
                    uslyszalas to od swojego meza? sad(
                    Z ojczymem jest inaczej niz z macocha?
                    • kasztanka5 Re: granice...długawe 12.10.07, 16:17
                      Juz wyjasniam, dlaczego to napisalam -
                      o ile macocha, ktora nie ma wlasnych dzieci bez skrupulow moze tak
                      podejsc do tematu, o tyle macocha, ktorej dzieci mieszkaja z nia i
                      ojczymem powinna sie troche zastanowic.
                      Ja naprawde nie wyobrazam sobie, by NM nie ugotowal dzieciom obiadu,
                      nie wyszedl z nimi gdzies, nie pomogl przy lekcjach czy innych
                      typowo RODZINNYCH zachowan.
                      Mnie sie wydaje, ze ile daje, tyle samo moge lub powinnam oczekiwac.
                    • reksia Re: granice...długawe 13.10.07, 16:19
                      kasztanka5 napisała:

                      > reksia napisała:
                      >
                      > > partnerstwo i kompromis nie ma nic wspólnego z obowiązkiem
                      > > zajmowania się CUDZYM DZIECIAKIEM, to obowiązek rodziców, a nie
                      > ich
                      > > nowych partnerów!
                      >
                      > To NIE JEST osobista wycieczka, ale pytanie reksiu -
                      > uslyszalas to od swojego meza? sad(
                      > Z ojczymem jest inaczej niz z macocha?

                      Kasztanko smile))))))))))to jest osobista wycieczka i bardzo żałosna,
                      ale cóż widocznie juz tak musisz;P

                      gdyby jeszcze była trafiona, zamiast nadinterpretowana to być może
                      byłabym w stanie odpowiedzieć-niestety chybiłaś-mój M ma bardzo
                      dobre kontakty z moimi dziecmi i bardzo chętnie sie nimi zajmujesmile


                      Dlatego raz jeszcze powtórze-jako osoba w której domu nie ma tego
                      typu problemów jak problem "zająć się dzieckiem partnera czy nie"
                      żezajmowanie się CUDZYM DZIECKIEM to OBOWIĄZEK rodziców, a nie ich
                      nowych partnerów!

                      jesli mój M zajmuje się moimi dziećmi i chce sie nimi zajmować TO
                      JEST TO JEGO WOLNA WOLA, a nie obowiązek, jeżeli ja przez wzgląd na
                      zachowanie jego Ex, nie mam ochoty na kontakt z jego dziećmi (miedzy
                      innymi dla dobra tych dzieci) mój M to rozumie i szanuje moją
                      decyzję i na te kontakty nie nalega.Wszystko w temacie.
        • e_r_i_n Re: granice...długawe 12.10.07, 15:47
          barbara001 napisała:

          > Nie jest naprawdę wielkim ustępstwem opieka nad dzieckiem, kiedy
          > mąż musi iść do pracy, i zrozumieć należy, że ta pracę szanuje i
          > skoro tak do niej lata, to znaczy że dzieki niej może utrzymać dom-
          > i żonę i dziecko.

          Dla kogo nie jest, dla tego nie jest. Nie kazdy ma ochote zajmowac
          sie cudzymi dziecmi. Ja sie na przykład do tego nie nadaje - owszem,
          w podbramkowej sytuacji nie ma sprawy. Ale wpuszczac sie w kanał
          regularnego zajmowania sie obcym dzieckiem tylko dlatego, ze ktos
          idzie po najmniejszej linii oporu? Dziewczyna jest PARTNERKĄ faceta,
          a nie bezpłatna nianią jego dziecka.

          > Bo tych kilka sobót to nic, w porównianu z tym, co może przynieść
          > życie z facetem + jego dziecko.

          To jest zaden argument. Jest stan faktyczny taki, jaki jest i na
          jego podstawie podejmuje sie decyzje.
    • triss_m7 Re: granice...długawe 12.10.07, 19:45
      > a ja się z tym nie zgodzę. Bo "oczekiwanie pomocy" w tym wypadku
      > oznacza wyręczenie, po drugie - prośba o pomoc zakłada możliwość
      > odmowy. I to odmowy przyjętej z pełną świadomością, że nie ma się
      > prawa mieć o nią pretensji.

      Oczywiscie ze autorka watku ma prawo odmowic i nie probuje
      powiedziec ze jest inaczej. Zatem... ale o co chodzi???

      > Facet nie chciał rozwiązać problemu - tylko zwalić go na kogoś
      > innego. Cóż on takiego niby rozwiązał? i gdzie tu jest wilk syty i
      > owca cała, bo nie zauwazyłam? no chyba że założymy, że macocha
      jest
      > pomijalna...

      Nie uwazam ze nalezy macoche i jej zdanie pominac w tej sytuacji
      zwlaszcza gdy oczekuje sie od niej pomocy.
      Piszac o zadowoleniu wszystkich mialam na mysli wspolne rozwiazanie
      sytucji - jeszcze raz powtarzam: KOMPROMIS.
      Malo tego, gdy czlowiek wiaze sie z partnerem z dzieckiem powinien
      miec swiadomosc ze takie sytuacje sa nieuniknione.
      Skoro partner pracuje w week-endy by zylo sie im wygodniej to niech
      nie robi tego w czasie przeznaczonym dla dziecka. Tylko zeby potem
      nexia nie wylewala kolejnych zalow ze nie dba o ich wspolny interes.
      Przy odrobinie dobrej woli mozna wszystko poukladac.
    • luna67 Re: granice...długawe 12.10.07, 22:00
      Mara68, problem u was juz powstal i ty sie juz powoli "buntujesz", gdyz nie
      podoba sie tobie taki uklad, na ktory tez bym sie nie zgodzila (wiadomo jakbys
      problemu nie miala to bys nie pisalasmile

      Korona z glowy tobie nie spadnie jak zostaniesz z mala pare godzin, ale
      warunkiem jest; ze ty tego chcesz, to jest tu najwazniejsze, nic nie robic w
      brew wlasnej woli, gdyz zaczniesz czuc niechec do tych przymusow ze strony
      twojego M, no i kryzys gotowy, a pozniej moze (nie musi) powstac niechec do tego
      dziecka (a szkoda by bylo).

      Ojczulek widzac zalazki twojego buntu, chce wywolac u ciebie wyzuty sumienia
      (znam to) mowiac tobie;"że się na tobie zawiódł bo nie chcesz posiedzieć z Małą
      i mu pomóc" i moze ciebie tez w przyszlosci z byle jakiego powodu obarczyc wina
      za kryzys miedzy wami, bo sie "stawialas" i nie czytalas w jego myslach.
      Oj manipulant z twojego Msmile.

      Najrozsadniej bedzie, pokazac twojemu M granice, ktore nie powinien przekraczac,
      jezeli teraz ulegniesz, bedzie sobie pozwalal w przyszlosci na jeszcze wiecej, i
      obojetnie co bys nie zrobila zawsze bedzie malo.


      Zycze wam wszystkiego naj....

      • dominika303 Re: granice...długawe 13.10.07, 12:03
        No więc tak- świadomie to na dziecko zdecydowli sie M i exia więc
        niech świadomie za nie odpowiadają, a nie podrzucają je macosze , bo
        im coś regularnie wypada i oni mają prawo do wywiązywania sie ze
        swoich obowiazków zawodowych (m) i rozrywek(exia).
        Ale moje drogie panie czy macohca nie ma prawa wyboru?
        Wg większości nie , bo związała sie z dzieciatym sad
        Ale przeciez to nie jej dziecko !
        To nie jej obiwiązki!

        Ja olałabym manipulacje M, bo on nie chce narażac się exi, nie chce
        narażac sie babciom - ale z pełną premedytacją naraża sie autorce
        wątku i mało tego jeszcze ją próbuje sprowadzić do parteru .

        Na miejscu autorki watku bardzo szybko znalazałbym sobie zajęcie na
        weekendy - np studia, nigdy w życiu nie marnowałabym czasu na obce
        dziecko, wolałabym ten czas wykorzystać przyjemniej dla siebie.

        Jak rodzice mają kłopot z dzieckiem to opłacają opiekunkę, a nie
        podrzucają po wszytskich znajomych. Więc nie bardzo rozumiem ,
        dlaczego po rozwodzie ich dzieckiem ma zajomować się za darmo
        maoccha? a nie opiekunka za pieniądze?

        Życzę wiecej asertywności i wiecej wiary w siebie smile
          • mara68 Re: granice...długawe 16.10.07, 09:38
            Dzięki macoszki za wszystkie opinie na temat zaistniałej sytuacji.
            Przepraszam że tak późno odpisuję ale dopiero znalazłam wolną chwilę
            na przeczytanie i refleksję. Jedne z Was radzą większy kompromis,
            drugie większą asertywność i dbałość o własne interesy.
            Z niektórymi stwierdzeniami nie zgadzam się zupełnie -np. z takimi
            że mój M. się stara i pracuje w weekendy (żeby mi było wygodniej). Z
            mojej strony to wygląda nieco inaczej - oboje pracujemy na nasze
            wspólne "wygody" (jeśli chodzi o ilość godzin ja znacznie więcej).
            Życie tak się ułożyło że ja pracuję intensywnie cały tydzień, a mój
            M. kilka dni w tygodniu i w związku z tym ma czasami pracujące
            weekendy. Ja natomiast w weekend chciałabym odpocząć itd.
            Kontakty z Małą spokojnie da się tak zorganizować, żebym ja nie
            zostawała z nią jako jedyne opiekun na pół dnia (co drugi
            weekend).
            Druga poruszona sprawa - mojej świadomości tego że M. ma dziecko.
            Wydaje mi się, że ja taką świadomość posiadam. Mała bywa u nas co
            drugi weekend podczas których ja również się nią zajmuję, mamy dobry
            kontakt i nie jest to sytuacja pt.wrogo nastawiona macocha przebywa
            z dzieckiem, oprócz tych weekendów Mała uczestniczy we wszystkich
            ważniejszych spotkaniach rodzinnych (w mojej rodzinie i rodzinie M),
            ma u nas swój pokój, spędza z nami wakacje, a tata zajmuje się nią
            także wtedy gdy ma na to ochotę lub gdy sytuacja tego wymaga.
            Jeśli komus odpowiada zajmowanie się dzieckiem męża kosztem własnych
            planów to jest to w porządku, ale skoro dla mnie ta granica już
            przesunęła się ciut za daleko to mówienie że moje "nie" jest powodem
            do rozczarowania moją osobą jest mocno nie fair (co mojemu M. już
            wyartykułowałam). Kończąc, bo się rospisałam straszliwie: życie
            napisało w ostatni weekend swój scenariusz, w związku z remontem
            musiałam zająć się pilnie innymi sprawami(które nie mogły poczekać) -
            Mała została ze swoją mamą która jak się okazało w sobotę była już w
            domu. Porozmawiałam z M. na spokojnie i ustaliliśmy że ja będę
            zostawać z Małą tylko wtedy gdy nie ma innego wyjścia (a nie jako
            pierwsza deska ratunku pod ręką. Zobaczymy co życie pokaże. Dzięki
            raz jeszcze za wszystkie wypowiedzi. pozdrawiam
    • nangaparbat3 Re: granice...długawe 16.10.07, 16:49
      burza4 napisała:
      >
      > P.S. nie przyszłoby mi do głowy wysyłać dziecko do eksa wiedząc że
      > on pracuje. Po kiego grzyba niby miałoby siedzieć z neksią, a nie
      > np. babcią jeśli już nie miałabym jej z kim zostawić? dziecko ma
      > budować relacje a z ojcem, jeśli jego nie ma - to spotkanie jest
      > bezcelowe.


      Taaaak? A Eksia nie pracuje? Dzień w dzień musi zapewnic dziecku opiekę - coś
      sie stanie, jak raz na dwa tygodnie pomysli o tym szanowny tatuś?
    • nangaparbat3 Re: granice...długawe 16.10.07, 17:49
      Bardzo ciekawy watek i nie z punktu widzenia relacji macocha/pasierbica, tylko
      żona/maż.
      Zawsze mi się zdawało, ze małzeństwo w ogole po to sie zawiera, by ludzie sobie
      nawzajem pomagali, wspierali sie w tym, co zycie przyniesie, a życie pomysłow ma
      duzo.
      Mara przed slubem spedzala duzo czasu z pasierbicą, zorganizowała dla niej
      przyjecie, zgodziła się na wspolne wakacje. Co sobie myslał - wtedy jeszcze
      przyszły - maż? ano, ze Mara jego dziecko lubi, ze przebywanie z nim to dla niej
      przyjemność. To takie dziwne, ze teraz poczuł sie rozczarowany? No wybaczcie,
      trudno sie nie poczuć - a nawet gorzej.
      A te teksty o dawaniu palca - no kpina po prostu.
      Że macocha nie ma obowiazku zajmować się CUDZYM dzieckiem?
      A co to znaczy "cudze" - należące do czlowieka, którego prawopodobnie się kocha,
      a prawie na pewno te miłość sie deklaruje?
      I ja rozumiem, ze mozna nie chciec sie w takiej dawce dzieckiem zajmować, z
      tysiąca róznych powodów. I mozna o tym z mezem pogadać, znaleźć sensowne
      wyjscie, takie ktore bedzie do przyjecia dla wszystkich. Natomiast krzyki (tu
      nie mam na myąli postów Mary, ale wielu uczesniczek dyskusji), ze on nie ma
      prawa, ona nie ma obowiazku - co to ma wspólnego z bliskim zwiazkiem dwoch
      odpowiedzialnych osob? Z zaufaniem, życzliwością, miłościa wreszcie?
      a co, jeśli Ex - oby zyła jak najdłuzej - wpadnie pod auto lub umrze na wylew?
      Bo jak dotad na nia spada prawie 90% opieki nad dzieckiem.
      Co wtedy - rozwód? Bo nie będę sie cudzym dzieckiem opiekować?
      • e_r_i_n Re: granice...długawe 16.10.07, 18:02
        nangaparbat3 napisała:

        > Mara przed slubem spedzala duzo czasu z pasierbicą, zorganizowała
        > dla niej przyjecie, zgodziła się na wspolne wakacje. Co sobie
        > myslał - wtedy jeszcze przyszły - maż? ano, ze Mara jego dziecko
        > lubi, ze przebywanie z nim to dla niej przyjemność. To takie
        > dziwne, ze teraz poczuł sie rozczarowany? No wybaczcie,
        > trudno sie nie poczuć - a nawet gorzej.

        Róznica miedzy zachowaniami wymienionymi, a tym, co 'teraz' jest taka, ze tamto
        robiła DOBROWOLNIE, tutaj jest do tego zmuszana.
        A chyba wiadomo, ze 'z niewolnika nie ma robotnika'.

        > A co to znaczy "cudze" - należące do czlowieka, którego
        > prawopodobnie się kocha, a prawie na pewno te miłość sie deklaruje?

        Dla mnie kazde dziecko, ktore nie jest MOJE, jest CUDZE. To chyba proste?

        > Natomiast krzyki (tu nie mam na myąli postów Mary, ale wielu
        > uczesniczek dyskusji), ze on nie ma prawa, ona nie ma obowiazku -
        > co to ma wspólnego z bliskim zwiazkiem dwoch osób.

        Bardzo duzo. Sa w zwiazku sprawy wspolne, sa takie, ktore sa obowiazkiem jednego
        z malzonkow, a drugi malzonek wlasnie moze, a nie musi w nich uczestniczyc.
        Wobec moich rodzicow to ja mam obowiazki (typu opieka na starosc) - moj maz moze
        mi w tym pomoc, ale nie musi. To samo dotyczy dziecka jednego z partnerów -
        pewnie, ze milo, fajnie i w ogole, gdy macocha/ojczym aktywnie uczestnicza w
        jego zyciu. Ale na dluzsza mete to działa tylko wtedy, gdy robia to, bo chca, a
        nie z poczucia obowiazku, czy 'bo tak wypada'.

        > a co, jeśli Ex - oby zyła jak najdłuzej - wpadnie pod auto lub
        > umrze na wylew?
        > Bo jak dotad na nia spada prawie 90% opieki nad dzieckiem.
        > Co wtedy - rozwód? Bo nie będę sie cudzym dzieckiem opiekować?

        Wtedy to bedzie inna sytuacja. Temat walkowany sto razy - pewnie wiele z nas
        zastanowiloby sie nad zwiazkiem ze swoim aktualnym facetem, gdyby to on
        sprawował opieke nad dzieckiem. I niekoniecznie wszystkie zwiazki by zaistnialy.
        Jednoczesnie pewnie kazda z nas liczy sie z mozliwoscia, ze dziecko z ojcem
        zamieszka, z takich czy innych powodow.
        Co nie znaczy, ze teraz nalezy wczuwac sie w role macochy w 100% zaangazowanej.
        Oraz ze w sytuacji, gdy stanie sie macocha calodobowa, po rowno bedzie sie
        dzielic obowiazkami wobec pasierba - bo nadal macocha bedzie 'do pomocy' przy
        dziecku, a nie do takich samych prac, jak ojciec.
        • nangaparbat3 Re: granice...długawe 16.10.07, 18:42
          e_r_i_n napisała:

          > Róznica miedzy zachowaniami wymienionymi, a tym, co 'teraz' jest taka, ze tamto
          > robiła DOBROWOLNIE, tutaj jest do tego zmuszana.
          I to własnie mnie fascynuje - ze to samo, co przed slubem było przyjemnoscia, po
          slubie staje się uciązliwym obowiazkiem.

          > Dla mnie kazde dziecko, ktore nie jest MOJE, jest CUDZE. To chyba proste?

          Nie. Dla mnie nie - bo nawet moje dziecko nie jest moja własnością.
          Więc w ogole kategoria wlasne/cudze odpada.
          ale domniemywam, ze wychodzi się za kogoś, kto jest dla nas wazny, wiec i to, co
          dla niego najwazniejsze, i dla nas nie jest obojetne - obce.ale widać to jakaś
          moja schiza.
          >
          > Bardzo duzo. Sa w zwiazku sprawy wspolne, sa takie, ktore sa obowiazkiem jedneg
          > o
          > z malzonkow, a drugi malzonek wlasnie moze, a nie musi w nich uczestniczyc.
          > Wobec moich rodzicow to ja mam obowiazki (typu opieka na starosc) - moj maz moz
          > e
          > mi w tym pomoc, ale nie musi.
          W zyciu w ogole NIKT NIC NIE MUSI. alemezowi, ktory by mi powiedziała "choroba
          twoich starych rodziców to nie moj problem, radź sobie sama" powiedziałabym:
          pakuj manatki. Albo sama bym spakowała swoje.

          Ale na dluzsza mete to działa tylko wtedy, gdy robia to, bo chca, a
          > nie z poczucia obowiazku, czy 'bo tak wypada'.

          Nieprawda. Bardzo duzo mozna robic z poczucia obowiazku wobec bliskich, i robi
          się. Zawsze chciałaś w nocy wstawać do dzieci? Trzymać za rączki, kiedy uczyły
          sie chodzić? Sprzatasz i gotujesz bo taka masz ochotę? Do pracy chodzisz zawsze
          i wyłacznie bo taką masz chęć?
          Ja sama jestem skrajnie nieobowiazkowa osoba - widomym znakiem ilość literówek w
          moich postach.
          Może dlatego tak łatwo mi tego obowiazku bronic, a nawet czasem tego, co "wypada".



          >
          > > a co, jeśli Ex - oby zyła jak najdłuzej - wpadnie pod auto lub
          > > umrze na wylew?
          > > Bo jak dotad na nia spada prawie 90% opieki nad dzieckiem.
          > > Co wtedy - rozwód? Bo nie będę sie cudzym dzieckiem opiekować?
          >
          > Wtedy to bedzie inna sytuacja.

          Ale dziecko bedzie to samo, i maz też.


          Temat walkowany sto razy - pewnie wiele z nas
          > zastanowiloby sie nad zwiazkiem ze swoim aktualnym facetem, gdyby to on
          > sprawował opieke nad dzieckiem. I niekoniecznie wszystkie zwiazki by zaistnialy.

          Ale chyba rozumna kobieta ma swiadomość, że to sie moze zdarzyc?
          > Jednoczesnie pewnie kazda z nas liczy sie z mozliwoscia, ze dziecko z ojcem
          > zamieszka, z takich czy innych powodow.
          > Co nie znaczy, ze teraz nalezy wczuwac sie w role macochy w 100% zaangazowanej.
          > Oraz ze w sytuacji, gdy stanie sie macocha calodobowa, po rowno bedzie sie
          > dzielic obowiazkami wobec pasierba - bo nadal macocha bedzie 'do pomocy' przy
          > dziecku, a nie do takich samych prac, jak ojciec.
          >
          To znaczy? Nie ugotuje obiadu, bo dziecko tez by go jadło?
          • e_r_i_n Re: granice...długawe 16.10.07, 18:57
            nangaparbat3 napisała:

            > Nie. Dla mnie nie - bo nawet moje dziecko nie jest moja własnością.

            To nie jest kwestia własności. To kwestia uczuć. I czegokolwiek byśmy nie
            napisali fakt jest jeden: dziecko innych ludzi jest nam obce. Nie znaczy
            obojetne i bez znaczenia - ale nadal nie moje. Jest mnostwo obcych dzieci, ktore
            sa dla mnie wazne. Ale moje nawet najwieksze uczucia do nich nie sprawiają, ze
            przestają one byc obce (czyli NIE MOJE).

            > dla nas nie jest obojetne - obce

            Obce nie znaczy obojętne.

            > alemezowi, ktory by mi powiedziała "choroba twoich starych rodziców > to nie
            moj problem, radź sobie sama" powiedziałabym:
            > pakuj manatki. Albo sama bym spakowała swoje.

            Ja bym to samo zrobiła z mezem, ktory KAZAŁBY mi sie zająć swoimi rodzicami. Bo
            nie na tym polega malzenstwo, ze sie komus cos kaze, a jesli ten ktos
            protestuje, to sie 'oburza', 'obraza', 'czuje urazonym i zawiedzonym'. I tutaj
            wszystko sie rozbija o ROZMOWE i USTALENIE, nie oczekiwanie, ze skoro jestesmy
            malzenstwem, to nie ma miejsca na odmowe.

            > Zawsze chciałaś w nocy wstawać do dzieci? Trzymać za rączki, kiedy > uczyły
            sie chodzić?

            Porownywanie obowiazkow wobec wlasnej rodziny z obowiazkami (no, sorry) wobec
            obcych ludzi mija sie z celem. Pewnie, ze nie zawsze chcialo mi sie wstac w nocy
            - tyle, ze te okresy niecheci byly sporadyczne. W przypadku robienia czegos z
            przymusu sa raczej norma. Tyle tylko, ze wszystko co robie przy moim dziecku czy
            z nim jest prosta konsekwencja decyzji o jego posiadaniu i OBOWIAZKIEM z tego wy
            nikajacym. Macocha wobec pasierbow obowiazkow nie ma.

            > Sprzatasz i gotujesz bo taka masz ochotę?

            Sprzatam i gotuje TYLKO, gdy mam na to ochotę smile.

            > Do pracy chodzisz zawsze i wyłacznie bo taką masz chęć?

            Mhm :0. Bardzo lubię moją pracę.

            > Może dlatego tak łatwo mi tego obowiazku bronic, a nawet czasem
            > tego, co "wypada".

            Ale ja nie twierdze, ze wszystko trzeba rozpatrywac w kategorii musze - robie,
            nie musze - mam w nosie. Tyle tylko, ze tak jak dajemy innym prawo oczekiwac od
            nas zrobienia czegos 'bo wypada', tak powinnismy miec prawo odmowic. Nie wypada
            mi odmówic zajęcia sie dzieckiem bliskiej kuzynki, gdy ona idzie do lekarza. Ale
            mam prawo odmowic, jesli zechce zrobic ze mnie darmowa nianie kilka razy w tygodniu.


            > Ale dziecko bedzie to samo, i maz też.

            Owszem - to samo dziecko, ten sam mąż. Ale sytuacja inna - wiec sie do niej
            bedzie dopasowywało.

            > To znaczy? Nie ugotuje obiadu, bo dziecko tez by go jadło?

            Bez absurdów.
            • nangaparbat3 :))) 16.10.07, 19:09
              Słuchaj,
              lece na nowego Tarantino, muszę konczyc.
              Gdybym nie sprzątala z poczucia obowiazku, robiłabym to 4 razy w roku (dla
              przyjemniości).
              Pracę swoja uwielbiam, ale jak mam zdazyć na osmą, kjrew mnie zalewa i robie to
              wyłącznie z poczucia obowiazku.
              My sie chyba niepotrzebnie sprzeczmamy, mam silne przekonanie, ze z Tobą
              dogadalabym sie od razu, ale pisząc wciąż masz (dla mnie) za plecami Nastusię i
              Coccolonke i jeszcze takm kogos i nie potrafie sie od tego zdystansować).
              Pozdrawiam serdecznie
              nanga
              • e_r_i_n Re: :))) 16.10.07, 19:15
                nangaparbat3 napisała:

                > ale pisząc wciąż masz (dla mnie) za plecami Nastusię i
                > Coccolonke i jeszcze takm kogos i nie potrafie sie od tego
                > zdystansować).

                Jak wrócisz to to rozwiń, proszę wink.
                Bo tak się nerwowo ogladam i nikogo za plecami nie widze (a juz na pewno nie
                Nastusię wink), ale wiesz, wzrok mi się ostatnimi czasy pogorszył, więc istnieję
                opcja, że niedowidzę wink.
                • nangaparbat3 Re: :))) 16.10.07, 22:43
                  Spieszyłam się, bo mi dziecko nad głowa stało, ze się spóźnimy, chodziło mi o
                  to, ze niby dyskutuje z Tobą, ale jednocześnie nie potrafie odciać sie od tego,
                  co Nastka i Coccolonka pisały - to oczywiscie moj problem, dostrzegam go, ale
                  nie potrafie sobie z nim poradzić, emocje mnie zalewają po prostu.
                  • m-m-m Re: :))) 17.10.07, 09:42
                    >>>nie potrafie sobie z nim poradzić, emocje mnie zalewają po
                    prostu.



                    Jakie emocje nangaparbat3? Osoby, które wymieniłaś mają po prostu
                    inne zdanie niż Ty i Ty go nie zmienisz na swoją modłę.
                    przyłączam się do tych wszystkich uczestniczek forum, które uważają
                    dziecko partnera za CUDZE dziecko, choć mieszkam z nim pod jednym
                    dachem tyle lat: czuję, że nie zostało ono ukształtowane pd pczatku
                    przeze mnie i moim zdaniem to widać. Mam tez teściowa staruszkę w
                    domu opieki. Pomagałam mojemu mężowi jak mogłam w poszukiwaniu
                    takiegoż domu, dzieliłam się moimi przeżyciami z czasów, gdy sama
                    musialam opiekować się jeszcze starszą od jego matki moją babcią.
                    jedno wiem zaś na pewno: nie wyobrażam sobie absolutnie nad nią
                    opieki takiej jaką dałam własnej babci, bo jej nie kocham i nie mam
                    takiej cierpliwości. Taka opieka nad cudzą matką, czy cudzym
                    dzieckiem wykracza daleko poaza POMOC - jest po prostu wzięciem na
                    swoje barki obowiązków, które bez uczucia miłości wobec
                    podopiecznego lub jeśli nie są one wykonywane jako zawód są potężnym
                    obciążeniem dla osoby niespokrewnionej w żadnym stopniu.
                    POMOC oznacza coś doraźnego, a nie element stały w życiorysie, że
                    zawsze w sobotę o tej i tej godzinie będziemy do dyspozycji czy to
                    pasierba, czy to małżonka, czy to jego matki, ojca, brata itd. Taka
                    stała dyspozycyjność oznacza już obowiązek, a nie doraźną pomoc.
                    Nadal nie wiem co takiego napisała Anastazja i Cocolona, że Ty się
                    emocjonujesz.
                      • m-m-m Re: :))) 17.10.07, 17:11
                        Zasadniczo mój problem tez to nie jest, natomiast Ty się
                        emocjonujesz odmiennym czyimś zdaniem, na ktore nie masz wpływu.
                        Uważam, że dobrze jest uznać czyjeś poglądy jako jedną z opcji
                        życiowych, których nikt nie ma obowiązku powielać we własnym życiu.
                        Każdy też ma mim zdaniem pełne prawo by asertywnie powiedzieć NIE i
                        nie dac sie szantazować, ani nie dać się uwikłać w roszczenia
                        partnera co do sposobu spędzania czasu pod jego nieobecność.
                          • m-m-m Re: :))) 18.10.07, 08:40
                            Jaką krzywdę ma dziecko, którego opeikunka nie zamierza być macocha,
                            które ma OBOJE rodziców, ktorym wygodniej jest zrzucić ten obowiązek
                            i do tego najlepiej bezpłatnie na kogoś. Jedyni tu winni to rodzice
                            dziecka, a nie macochy, czy głosy macoch popierających asertywne NIE.
                            To, że to dziecko jest przeżucane pod opiekę jednego, czy drugiego
                            rodzica, to ŻADEN powód, by na siebie brała to macocha/ojczym czy
                            sąsiadka.
    • coccolona Re: granice...długawe 17.10.07, 08:33
      nangaparbat3 napisala:

      "a co, jeśli Ex - oby zyła jak najdłuzej - wpadnie pod auto lub umrze na wylew?
      Bo jak dotad na nia spada prawie 90% opieki nad dzieckiem.
      Co wtedy - rozwód? Bo nie będę sie cudzym dzieckiem opiekować?"

      Na dzien dzisiejszy jestem juz pewna, ze zakonczylabym zwiazek, gdyby mojemu
      partnerowi przypadla calodobowa opieka nad jego dziecmi. I nawet nie dlatego, ze
      nie lubie jego dzieci. W te chwili nie mam wlasnych i taka sytuacja jest dla
      mnie bardzo wygodna. Gdybym "przypadkiem" zostala matka, to bylabym najlepsza
      matka na swiecie, ale dopoki moge cieszyc sie wolnoscia, to to wykorzystuje. Nie
      moglabym zajmowac sie cudzymi dzieciakami. Byloby to dla mnie zbyt uwlaczajace.
      Nikt mnie do tego nie zmusi, wiec odeszlabym od partnera. W ogole to cudze
      dzieci mnie irytuja, obojetnie czy misia czy innych ludzi smile

      I nie pisz nanga banalow o milosci, ze malzenstwo to sacrum, ze dwoje ludzie
      ludzi staje sie jednoscia, wiec dzieci partnera sa tez naszymi dziecmi. Nie
      napisalas tego tak doslownie, ale to mialas chyba na mysli. Milosc jest wazna w
      zyciu, ale sama miloscia czlowiek nie zyje. Na wielu plaszczyznach w zwiazku
      jest sie jednoscia a na wielu zachowuje sie swoja indywidualnosc, niazaleznosc.
      Tylko wtedy zwiazek ma sens. Nikt z nas nie jest wlasnoscia innego czlowieka,
      zeby totalnie sie mu podporzadkowywac. Najwazniejsze, to zyc w zgodzie z soba
      samym. Tylko wtedy mozna byc szczesliwym. Zycie jest zbyt cenne i zbyt krotkie,
      by poswiecac je cudzym dzieciom, gdy nie ma sie na to ochoty.

      Piszesz nanga: "I to własnie mnie fascynuje - ze to samo, co przed slubem było
      przyjemnoscia, po slubie staje się uciązliwym obowiazkiem."

      Nie wiesz, ze na poczatku kazda milosc jest slepa? smile Na poczatku zwiazku
      przymykamy oczy na wiele rzeczy. Zwiazek ewoluuje, nie tkwimi caly czas w tym
      samym punkcie. Nasze podejscie do roznych kwestii sie zmienia.

      Bardzo ladnie Ci napisala e_r_i_n:
      "Sa w zwiazku sprawy wspolne, sa takie, ktore sa obowiazkiem jednego z
      malzonkow, a drugi malzonek wlasnie moze, a nie musi w nich uczestniczyc. Wobec
      moich rodzicow to ja mam obowiazki (typu opieka na starosc) - moj maz moze mi w
      tym pomoc, ale nie musi. To samo dotyczy dziecka jednego z partnerów.

      Dokladnie tak. Pasierb jest na takiej samej pozycji dla macochy, co np matka
      partnera czy inny czlonek jego rodziny. Dlaczego niektorzy na tym forum usiluja
      wmawiac innym, ze pasierb to przedluzenie partnera? To dwie zupelnie rozne osoby.

      Jedna prawidlowosc na forum rzuca sie zawsze w oczy - zupelnie inny stosunek do
      pasierbow maja osoby bezdzietne a zupelnie inny osoby, ktore same maja dzieci z
      poprzednich zwiazkow. I wszystko staje sie jasne. Ci drudzy zawsze beda
      nawolywac do tego, ze dziecko partnera to przeciez sam partner albo, co gorsze,
      rowniez dziecko macochy i macocha ma wobec niego jakies zobowiazania smile
      • e_lizabeth Re: granice...długawe 17.10.07, 09:38
        coccolona napisała:

        > Jedna prawidlowosc na forum rzuca sie zawsze w oczy - zupelnie
        inny stosunek do
        > pasierbow maja osoby bezdzietne a zupelnie inny osoby, ktore same
        maja dzieci z
        > poprzednich zwiazkow. I wszystko staje sie jasne. Ci drudzy zawsze
        beda
        > nawolywac do tego, ze dziecko partnera to przeciez sam partner
        albo, co gorsze,
        > rowniez dziecko macochy i macocha ma wobec niego jakies
        zobowiazania smile
        >

        eee tam, ja mam swoje dziecko, a tak wcale nie myślę. I nigdy w
        zyciu nie obarczyłabym mojego partnera moim dzieckiem. Moje dziecko -
        moje obowiązki. Jeżeli mój M coś robi z moim dzieckiem, to tylko
        dlatego, że on tak chce. Nawet jak wyjeżdżałam słuzbowo na dłużej,
        to wtedy kiedy moje dziecko było na tyle samodzielne, że w zasadzie
        mogło zostać samo.
        • coccolona Re: granice...długawe 17.10.07, 12:24
          I slusznie. Ale bardzo wiele macoch, ktore same maja dziecko z poprzedniego
          zwiazku podkresla zawsze, jak wazne jest lubic pasierba i traktowac je niczym
          wlasne dziecko. Oczywiscie jest to w interesie tych matek a raczej ich wlasnego
          dziecka, bo maja takie same roszczenia w stosunku do partnera - oczekuja, ze
          bedzie traktowal ich dziecko, jak wlasne.

          Nie mowie tak tylko dlatego, ze sama nie mam dzieci. Nawet gdybym miala dziecko
          z poprzedniego zwiazku, liczyloby sie dla mnie tylko to, ze moj partner mnie
          kocha a istnienie mojego dziecka toleruje. Bo jezeli sie ze mna zwiazal, znaczy
          to, ze jego istnienie toleruje. I gdybym widywala dziecko raz na jakis czas, to
          zaakceptowalabym sytuacje, gdyby moj partner nie chcial miec z moim dzieckiem
          zadnych kontaktow.
          Sytuacja wyglada nieco inaczej, gdy pasierb jest pod stala opieka partnera.
          Wtedy wazne jest, aby bylo cos wiecej, niz tylko tolerowanie istnienia pasierba.
          Trzeba jakos wspolnie zyc. Ale nigdy macocha/ojczym nie powinni czuc sie w
          jakikolwiek sposob odpowiedzialni za dziecko partnera, miec jakiekolwiek
          zobowiazania wzgledem niego - chyba ze z wlasnej woli.
          • triss_m7 Re: granice...długawe 17.10.07, 16:30
            Wiesz, ja jakos nie mam dziecka z poprzedniego zwiazku ani zadnego
            interesu do zalatwienia. Po prostu uwazam, ze nie ma nic zlego w
            zaopiekowaniu sie pasierbica podczas nieobecnosci M.

            Bylo by mi przykro gdybym to ja miala dziecko z poprzedniego
            zwiazku, a moj M jedynie tolerowal jego istnienie. Nie wyobrazam
            sobie bym mogla sie z nim wtedy zwiazac. Nie oczkiwalabym by
            pokochal jak swoje ale oczekiwalabym zdrowych relacji bez
            manifestowania PRAW przy jednoczesnym szacunku!

            Jakos w te wakacje pasierbica byla u nas rowny miesiac, a moj M mial
            w tym czasie tylko tydzien urlopu. Pozostale trzy tygodnie ja sie
            nia opiekowalam (ma 15 lat). Byl to bardzo milo spedzony wspolny
            czas. Cenny dla nas czas. Nie kocham jej, ale bardzo ja lubie. Nie
            jest mi obojetne co sie z nia dzieje, nie sa mi obojetne jej emocje.
            To jest czlowiek, a nie urzadzenie, ktorym mozna sie zajac tylko
            wtedy gdy pasuje.
            Oczywiscie ze moglam M powiedziec ze mam swoj czas, swoje dzieci,
            swoje prawa etc. Ale czy na tym polega wspolne zycie? Czy na tym
            polega wspolne dzielenie sie obowiazkami, radosciami, klopotami?

            Mimo, ze exia jest jaka jest i pasierbica niewiele sie zajmuje
            (glownie robia to dziedkowie), to uwazam, ze tez ma prawo do swojego
            zycia, a w tej sytuacji i dziadkowie zatem dlaczego nie zajac sie
            nia by tez odpoczeli. U nas to tylko miesiac wakacji, co drugie
            swieta i czasami jakis dluzszy week-end. Ale gdyby mial to byc kazdy
            week-end (tak bylo przed naszym wyjazdem z kraju) tez nie bylo
            klopotu.
            Jestem zona jej ojca, mam z nim dzieci - jej rodzenstwo wiec nie
            widze powodu by traktowac ja jak smierdzace jajko.

            Ps. Moja pasierbica do swietych nie nalezy i mocno dawala popalic, a
            jednak wszystko gdy sie chce mozna poukladac.
            Pozdrawiam!
            • coccolona Re: granice...długawe 17.10.07, 16:51
              triss_m7 napisała:
              > uwazam, ze nie ma nic zlego w
              > zaopiekowaniu sie pasierbica podczas nieobecnosci M

              Nie ma nic zlego wylacznie, gdy ktos sie opiekuje cudzym dzieckiem z wlasnej woli.
              Natomiast jak najbardziej zle jest obarczanie kogos opieka nad cudzym dzieckiem,
              wbrew woli tej osoby.
              Jezeli lubisz pasierbice i masz ochote sie nia zajmowac to Twoja sprawa. Ale
              zrozum, ze sa osoby, ktore nie maja na to ochoty.
              • triss_m7 Re: granice...długawe 17.10.07, 17:03
                > Nie ma nic zlego wylacznie, gdy ktos sie opiekuje cudzym dzieckiem
                z wlasnej woli.
                > Natomiast jak najbardziej zle jest obarczanie kogos opieka nad
                cudzym dzieckiem wbrew woli tej osoby.

                O biedne, ubezwlasnowolnione macoszki smile Pewnie ze mozna odmowic!
                A tak na marginesie to to cudze dziecko jest z krwi faceta ktorego
                kochcie, z ktorym zyjecie zatem nawet jesli exia jest wredna to
                pasierbiatko ma polowe genow wszego misia. Zatem tak do konca takie
                zepsute nie jest wink))

                > Jezeli lubisz pasierbice i masz ochote sie nia zajmowac to Twoja
                sprawa. Ale zrozum, ze sa osoby, ktore nie maja na to ochoty.

                Doskonale rozumiem ze nie kazdy ma na to ochote niemniej czasem
                mozna by sie postarac o takowa. To nie boli, nie gryzie, nie truje a
                moze wszystkim ulatwic zycie.
                • m-m-m Re: granice...długawe 17.10.07, 17:21
                  >>>> tak na marginesie to to cudze dziecko jest z krwi faceta
                  ktorego
                  kochcie,


                  A co to ma do rzeczy? Podobną krew M. może mieć ze swoim bratem co
                  nie oznacza, że posiedzisz miesiąc z jego nieletnim bratem. To, że
                  się kogoś kocha absolutnie nie oznacza, że tak samo kocha się
                  wszystkich jego krewnych.


                  Doskonale rozumiem ze nie kazdy ma na to ochote niemniej czasem
                  > mozna by sie postarac o takowa.

                  No więc postarałaś sie we własnym zakresie, ale nie odbieraj prawa
                  innym do nie starania się bez względu nato jakie mają wewnętrzne
                  przeciwskazania do takiego starania się.
                  • triss_m7 Re: granice...długawe 17.10.07, 17:52
                    > A co to ma do rzeczy? Podobną krew M. może mieć ze swoim bratem co
                    > nie oznacza, że posiedzisz miesiąc z jego nieletnim bratem. To, że
                    > się kogoś kocha absolutnie nie oznacza, że tak samo kocha się
                    > wszystkich jego krewnych.

                    Jasne ze nie musisz kochac wszystkich krewnych swojego M, niemniej
                    to jego dziecko wobec ktorego ma obowiazki i mozna mu w tym pomoc.
                    To, ze facetowi zycie nie ulozylo sie "ksiazkowo" to nalezy mu
                    dokopac, w imie praw nie pomoc.

                    > No więc postarałaś sie we własnym zakresie, ale nie odbieraj prawa
                    > innym do nie starania się bez względu nato jakie mają wewnętrzne
                    > przeciwskazania do takiego starania się.

                    Przepraszam, gdzie i komu odbieram takie prawa? Prosze m-m-m czytaj
                    ze zrozumieniem. w kazdej wypowiedzi podkreslam ze macocha moze
                    odmowic. Jedyne co to staram sie przekazac to to, ze czasem mozna
                    pomoc, mozna dac cos z siebie, mozna pojsc na kompromis i nic zlego
                    w tym nie ma. Mozna sie nawet troche poswieciec i w tym rowniez nic
                    zlego nie ma.
                    • m-m-m Re: granice...długawe 18.10.07, 08:48
                      Tytez czytaj ze zrozumieniem: cokolwiek macocha/ojczym robia dla
                      pasierbów jeste EXTRASEM dla rodziców tego dziecka. Jeśli chcą się
                      poświęcić to się poświęcają, ale chodzi głownie o to, że ich odmowa
                      współuczestniczenia powinna yć przyjęta jako norma, a nie jako
                      wyrzuty, że ktoś się na kimś zawiódł.


                      >>>>niemniej
                      > to jego dziecko wobec ktorego ma obowiazki i mozna mu w tym pomoc


                      Wobec starych rodziców z demencją też ma się obowiązki, wobec
                      niepełnosprawnego rodzeństwa jak rodziców już nie ma też ma się
                      obowiązki, co nie oznacza, że należy się z tytułu tych obowiązków
                      jakiś nadzwyczajny bonus od partnera.
                      Nie ma nic złego w odmowie poświecenia się dla cudzej
                      matki/brata/dziecka.
                      • triss_m7 Re: granice...długawe 19.10.07, 11:24
                        Droga m-m-m, dyskusja z Toba zaczyna jest smiesznasmile Postanowilas
                        przepychac sie jak dziecko w piaskownicy. "Bic piane" nie wiadomo o
                        co. Przemysl to prosze. (bez zlosliwosci).
                        Ostatni raz Ci wytlumacze moje stanowisko:

                        Nie uwazam ze opieka nad dzieckiem partnera jest obowiazkiem macochy
                        czy ojczyma. Nie uwazam tez, ze macocha czy ojczym nie maja prawa
                        odmowic.
                        Poswiecenie to bardzo duzo slowo (i nietylko) zatem nie tragizuj, ze
                        kilka godzin spedzonych z dzieckiem partnera to olbrzymie naklady
                        wyrzeczen. Nie wyolbrzymiaj sprawy piszac o nadzwyczajnych bonusach.
                        Zacznij traktowac zycie po prostu narmalnie, a nie jak kalkulator
                        extrasow, bonusow, poswiecen, wyrzeczen czy innych pierdol bo w
                        partnerstwie nie o to chodzi.
                        Uwazam, ze nie ma nic zlego w pomocy partnerowi w opiece. Nie mam na
                        mysli wyreczania go w obowiazkach ale najzyklejsza pomoc.
                        Oczywiscie, ze zajmowanie sie dzieckiem jest obowiazkiem jego
                        rodzicow i zadne to odkrycie. Tak jak mozna przypilnowac dzieciaka
                        siostry czy kolezanki mozna przypilnowac dziecka partnera. I
                        kolezance i siostrze i partnerowi czlowiek ma prawo odmowic.
                        Niemniej, mozna czasem pomoc rozwiazanie sprawy.
                        Pozdrawiam.
              • chalsia Re: granice...długawe 17.10.07, 17:03
                > Natomiast jak najbardziej zle jest obarczanie kogos opieka nad
                cudzym dzieckiem
                > ,
                > wbrew woli tej osoby.

                wbrew woli tzn. JAK? Gwałtem zmusił? Zagroził, ze łeb odstrzeli?
      • nangaparbat3 Re: granice...długawe 17.10.07, 18:41
        W kontekscie nauki zwanej biologią, a zwłaszcza socjobiologią,
        pasierb to jak najbardziej przedłuzenie partnera. Nic innego. Na
        poziomie komórek, a nawet jeszcze głębiej.
        Na sacrum to ja się nie znam, za to na miłości owszem, nieźle.
        Dlatego juz wiecej na ten post nic nie napiszę.
          • bemari Re: to powyżej do Coccolony n/t 17.10.07, 20:58
            Publiczne określanie swojego partnera misiem jest po prostu
            infantylne.Mnie kojarzy się z egzaltowaną dzidzą piernik,która udaje
            słodką nastolatkę.A ten misio od razu kojarzy mi się z idiotą
            wziętym pod pantofel.W dodatku pod pantofel takiej dzidzi,która jego
            potomstwu arszeniku by podsypała - za sam fakt istnienia.
            Pal licho misia - dostał co chciał.Szkoda jednak, że bezrozumny
            tatuńcio zafundował własnym dzieciom takie cóś.
        • m-m-m Re: granice...długawe 18.10.07, 08:56
          >>>>> kontekscie nauki zwanej biologią, a zwłaszcza socjobiologią,
          pasierb to jak najbardziej przedłuzenie partnera

          Jego matka i brat też. Nic z tego nie wynika poza oczekiwaniem, że
          biorą kogoś bierze się tak samo jego rodzinę pod opiekę jakby to
          była nasza własna rodzina. Z tym się nie zgadzam, bo to jest wygodne
          jedynie dla osób obarczonych ową rodziną, dla której jakby nie
          patrzył ma się zdecydowanie więcej tolerancji niż dla osób obcych.
        • lilith76 Re: granice...długawe 18.10.07, 10:01
          > W kontekscie nauki zwanej biologią, a zwłaszcza socjobiologią,
          > pasierb to jak najbardziej przedłuzenie partnera. Nic innego. Na
          > poziomie komórek, a nawet jeszcze głębiej.


          Jeśli opieramy się już na czystej socjobiologii to w naszym interesie jest wspomaganie osobników, z którymi MY mamy wspólne geny, nie nasza ukochana osoba. Taka tylko uwaga techniczna do teorii, nie tematu wątku.
          • nangaparbat3 Re: granice...długawe 18.10.07, 20:59
            Masz racje, niepotrzebnie wyskoczyłam z tą socjobiologią, tradycyjna by
            wystarczyła, czy chocby genetyka.
            W każdym razie chodzilo mi o zdanie, ze "pasierb nie jest przedłuzeniem
            partnera". No jesli cokolwiek jest jego przedluzeniem, to własnie jego dzieci.
            Ewentualnie dzieła. Lub jedno i drugie.
            • coccolona Re: granice...długawe 19.10.07, 07:56
              Z tym "przedluzeniem", to chodzilo mi o fakt, ze rodzic i dziecko to 2 rozne
              osoby. Nawet w przypadku blizniat syjamskich, mimo ze sa ze soba zrosniete, mamy
              do czynienia z dwoma indywidualnosciami. Rozumiesz, co mialam na mysli?
              I przyjmij do wiadomosci fakt, ze sa macochy, ktore swiadomie wiaza sie z
              mezczyzna i z jego dzieckiem oraz ze sa macochy, ktore swiadomie wiaza sie TYLKO
              z mezczyzna a jego dzieci, matke czy ciotki maja w d...., bo to nie ich dzialka,
              zwlaszcza, gdy widuja je raz na miesiac albo rzadziej.
              Czy naprawde tak trudno Ci to pojac nanga?
              Postepuj zgodnie z wlasnym sumieniem i przekonaniami i pozwol robic to samo innym.
              • megaa Re: do coco... 19.10.07, 08:09
                juz raz zadalam to pytanie ale moze gdzies zawislo i nie zauwazylas.
                Pytam tak z czystej ciekawosci czy twoj nowy M (misiu czy jak tam o
                nim mowisz) wie jaki masz stosunek do jego dzieci? czy przeczytal
                kiedys Twoje wypowiedzi na forum, a jezeli nie ma do nich dostepu
                czy przy nim wypowiadasz sie rownie ostro i jednoznacznie?, zna
                Twoja sygnaturke? ot taka babska ciekawosc
                • coccolona Re: do megaa 19.10.07, 08:45
                  Misiaczek wie, ze absolutnie nie chce w tym momencie dzieci w moim zyciu - ani
                  wlasnych ani tym bardziej cudzych. Powiedzialam mu kiedys wprost, ze nie mam
                  ochoty poswiecac mojego czasu dzieciom, ani wlasnym ani tym bardziej cudzym.
                  Powiedzialam ze nie mam cierpliwosci do dzieci, ze mnie irytuja. Zeby to jeszcze
                  bardziej mu uzmyslowic, gdy widzimy gdzies cudze dzieci - w kinie czy
                  supermarkecie - gdy zachowuja sie one niestosownie, to od razu komentuje to do
                  misia - "ale paskudne bachory, wychlostac je tylko, ja ja nie cierpie
                  dzieciarow" smile
                  Jego dzieci widuje bardzo rzadko na szczescie. A gdy juz sa u nas, to zajmuje
                  sie sama soba przez wiekszosc czasu, zazwyczaj mowie, ze mam tlumaczenie do
                  wykonania (taka mam prace), zamykam sie w moim studio przy komputerze i nie chce
                  by mi przeszkadzano. Dla jego dzieci jestem uprzejma, dyplomatyczna ale chlodna
                  raczej.
                  Ostatnio postanowilam tez nie wychodzic z nimi na miasto, gdy sa u nas. Mowie,
                  ze mam okres albo migrene i zle sie czuje.
                  Niedawno bylismy tez w kinie we czworke - z tym, ze ja na jednym filmie a misiu
                  z dzieciakami na drugim. Rowniez dlatego, ze nie podobal mi sie film, ktory
                  wybraly dzieciaki.
                  Misio geberalnie przyzwyczail sie do mojego stosunku do dzieci ogolnie. Wie, ze
                  nie przepadam za dziecmi generalnie i szanuje to.

                  A co do sygnaturki - kiedys juz to wyjasnialam. Kocham bezwarunowo wszystkie
                  zwierzeta. Moj misio wie, jak bardzo. Do tego jest tez na tyle inteligenty, zeby
                  nie wymagac od kogokolwiek, by ten/ta kochala jego dzieci.
                  Swoja droga ciekawa jestem, ktora macocha kocha pasierba wink

                  To wszystko co napisalam nie ma najmniejszego wplywu na nasz zwiazek. Jest nam z
                  soba cudownie. Moj partner czesto mi mowi, ze nie wyobraza sobie zycia beze mnie
                  smile Jednym slowem sielanka smile
                  To dlatego, ze potrafimy oddzielic nasze wspolne zycie od wszystkich innych spraw.
                  • coccolona Re: do megaa 19.10.07, 09:04
                    Dodam jeszcze tylko, ze na poczatku moj stosunek do przeszlosci partnera byl o
                    wiele gorszy. Jestem macocha ze stosunkowo krotkim stazem. Na poczatku bylo dla
                    mnie w ogole nie do pomyslenia, jak mozna utrzymywac kontakt z exiara (tylko w
                    kwestii dzieci). Irytowal mnie nawet haracz placony przez misia co miesiac na
                    dzieci, przyznaje (mozna przeciez za te pieniadze zabawic sie wspolnie z misiemsmile.

                    Obecnie mam coraz bardziej obojetny stosunek do spraw partnera, zwiazanych z
                    poprzednim zwiazkiem. Dlatego, ze coraz bardziej wyznaczam moje granice w tych
                    sprawach. Coraz bardziej usuwam sie na bok, dajac partnerowi do zrozumienia, ze
                    jego przeszlosc, jego dzieci to nie moja dzialka. A misio coraz bardziej to
                    szanuje. Tak jak ja szanuje to, ze jego dzieciaki potrzebuja ojca.
                        • coccolona Re: do megaa 19.10.07, 09:42
                          Rzeczyswiscie nsc, dziekuje za poprawke. To wynik zycia za granica i
                          poslugiwanie sie coraz rzadziej jezykiem polskim smile

                          A jeszcze z ciekawosci zapytam - gdybys miala wlasne dziecko, to czy kochalabys
                          je tak samo, jak pasierbice? Taka sama miloscia?
                          • nsc23 Re: do megaa 19.10.07, 13:13
                            Nie wiem. Wiem, ze do malej zywie tak samo silne uczucia jak do
                            mojego brata. Ciesze sie kazdym nowym slowem, martwie sie kazda jej
                            lza i serce mi sie kraje jak mloda placze za mama jak jest u nas.
                            Nie dlatego, ze mi przykro, ze mnie tak nie kocha jak mamy, bo od
                            niej tego nie oczekuje, ale dlatego, ze jest mi przykro, ze zawsze
                            bedzie za kims tesknic niezaleznie od tego, gdzie jest. Znam to z
                            autopsji, bo tez mieszkam za granica od 17. roku zycia i jak jestetu
                            to tesknie za rodzina, a jak jestem w domu to tesknie za znajomymi i
                            W. Nigdzie nie czuje sie tak na 100%w domu, a oba miejsca jednak sa
                            moim domem, wiec podejrzewam, ze mala czuje sie podobnie, wiec mi
                            przykro.
                                    • chalsia Re: nsc 19.10.07, 22:38
                                      zaręczam Ci, że przyjdzie moment, gdy TO poczujesz smile

                                      Anyway - jesteś chyba najbardziej dojrzałą młodą osobą jaką
                                      znałam/znam (choć jedynie wirtualnie) i z dużą przyjemnością czytam
                                      Twoje posty.
                                    • nangaparbat3 Re: nsc 19.10.07, 22:53
                                      nsc23 napisała:

                                      > Hehe, tylko trzeba sie tych skutkow doczekac, a ja planuje sie
                                      > rozwijac kolejne 60-80 lat smile))

                                      To własnie masz szansę doczekać.
                                      Ja na przykład zawsze chcialam być stara - bo wyobrażalam sobie starość jako
                                      połączenie pogodnego spokoju z mądrością. To mi jeszcze duzo brakuje - ergo bedę
                                      baaardzo długo zyła. (Planuję 100)
                                      • nsc23 Re: nsc 19.10.07, 23:00
                                        Chyba bede tu czesciej wpadac, same komplementy dzisiaj smile Dobrze
                                        wiedziec, ze nie jestem sama w moich pogladach i ktos uwaza je nawet
                                        za pozytywne, bo czasem mialam wrazenie, ze to ja jestem 'wyrodna'
                                        macocha wink
                                        Dobra, pora sie zabrac do pracy niestety, zycie studenta jest do
                                        bani - o ile nie czekam na starosc az tak bardzo jak Nangaparbat to
                                        zycie studenckie juz by sie moglo skonczyc uncertain
                                        • chalsia Re: nsc 19.10.07, 23:13
                                          > Chyba bede tu czesciej wpadac, same komplementy dzisiaj smile Dobrze
                                          > wiedziec, ze nie jestem sama w moich pogladach i ktos uwaza je
                                          nawet
                                          > za pozytywne, bo czasem mialam wrazenie, ze to ja jestem 'wyrodna'
                                          > macocha wink

                                          jeśli chodzi o średnią przeciętną z kilku lat tego forum, to
                                          faktycznie jesteś "wyrodna" macochca smile))) i chwała Ci za to.

                                          Jesli chodzi o komplementy, to jeszcze Ci dowalę smile) - nie tylko
                                          miło czytać co piszesz, ale dyskutowac z Tobą tez - pamiętam jakis
                                          czas temu swoje "starcie" z Tobą w temacie bardziej naukowym.
                                          • nsc23 Re: nsc 19.10.07, 23:15
                                            Jak chcesz to mozemy sie jeszcze poscierac, ale tym razem utworzymy
                                            zjednoczony front przeciwko pracy, ktora mam do oddania na
                                            poniedzialek - 2500 slow na temat 'Use of BACs in the production of
                                            transgenic animals'. Moj obecny word count: 0.
                      • megaa roznice damsko-meskie 19.10.07, 09:48
                        pytalam bo interesuje mnie rola partnera w zwiazku, jego poglad na
                        sprawe. Nie jestem macocha, nie uwazam sie tez za wredna eksiare.
                        Byc moze kiedys bede next. Ale mam dziecko i rozwazam obecnosc
                        partnera w moim zyciu. Czytam to forum bo chce wiedziec jak wyglada
                        wejscie w nowy zwiazek, jakie moga pojawic sie problemy i czasami
                        zastanawiam sie czy jestem juz gotowa.
                        Poraza mnie czasami stosunek partnerow do dzieci bo nie ukrywam ze
                        dziecko jest baaaardzo wazne w moim zyciu i ze strasznie go kocham.
                        I tak sobie mysle ze gdybym uslyszala ze partner odnosi sie z
                        wyrazna niechecia do mojego syna, napewno nie zagrzalby dlugo
                        miejsca w moim zyciu. Nie mowie tu o koniecznosci glebszego uczucia,
                        nie wymagalabym milosci ale po prostu szacunku. A czytajac sporo
                        postow odbieram je wlasnie tak ze brak jest tego podstawowego
                        elementu.
                        Pewnie ze moglby sie facet swietnie maskowac, udawac ze nawet "lubi"
                        dzieciaka, bo zauwazylam ze to tez jest praktykowane.
                        Na szczescie widze zwiazki gdzie wszystko dalo sie normalnie
                        poukladac. Macochy nie brzydza sie usiasc w samochodzie po
                        poasierbie a ojczymowie nie traktuja dziecka jak uboczny efekt
                        wczesniejszej kopulacji partnerki.
                        I jeszcze jedno zauwazylam, ze kobiety ktore maja dzieci zwiazujac
                        sie z kims (oczywiscie rowniez z dzieciatym) z gory zakladaja ze
                        partner/maz swietnie sie z jej dziecmi dogaduje, spedza z nimi czas
                        BO LUBI, zajmuje sie nimi bo sprawia mu to przyjemnosc. Macocha moze
                        nie znosic pasierobow, moze ich nie akceptowac ale facet po
                        prostu "swietnie sie z nimi dogaduje". Kobietom trudniej chyba
                        przyjac do wiadomosci fakt ze facet po prostu moze udawac, a srodku
                        pewnie moze go skrecac jak skreca niejedna macoche.
                        Zastanawia mnie tez natura "meska" bo nie wiem jak mozna mowic o
                        milosci do kogos wrogo nastawionego do wlasnego dziecka. Jasne ze
                        milosc do dziecka jest inna od milosci do partnerki i w zaden sposob
                        nie da sie tego porownac ale zauwazylam ze faceci czesto akceptuja
                        fakt "wrogosci" i przechodza nad tym faktem do porzadku dziennego. A
                        kobiety tak jak juz napisalam wczesniej pragną conajmniej"wzajemnego
                        dogadywanie sie". Tak jakby kobiety myslaly glowa a faceci "glowka".

                        W swoim zyciu bylam osoba porzucana i porzucajaca. Mam porownanie i
                        czasami dziwie sie wzajemnej wrogosci next i eks, oczywiscie tej
                        niczemu nie sprowokowanej (bo nie mowie o sytuacjach kiedy z pelna
                        swiadomoscia jedna strona drugiej utrudnia zycie). nie moge
                        zrozumiec faktu jak kolejne partnerki (bron boze nie generalizuje)
                        nastawiaja wrogo ojca do dzieci, staraja sie za wszelka cene
                        zminimalizowac alimenty bo przeciez jak zostalo wspomniane mozna sie
                        za nie zabawic. Strasznie krotka jest droga z next do eks i czasami
                        mozna szybciutko zostac ta druga. Bo nikt pewnie tworzac zwiazek nie
                        zaklada z gory ze nie on przetrwa i nie bedzie wspolnej starosci.
                        Mialam niedawno mozliwosc zaobserwowannia jak ewoluuja poglady next
                        ktora zostala eksia z dziecmi (w osobie bliskiej sasiadki) A
                        wystarczyloby troszke empatii w zwyczajnym, codziennym zyciu.
                        • coccolona Re: roznice damsko-meskie 19.10.07, 10:17
                          Rozumiem Cie. Ludzie jednak sa rozni i rozne sa modele zwiazkow. Rozne sa zasady
                          obowiazujace w zwiazkach.
                          Mysle, ze matka jest zawsze bardziej zwiazana z dzieckiem, niz ojciec. Matka
                          bardziej utozsamia sie z dzieckiem, jakby byla z nim jednoscia - jezeli kochasz
                          mnie, musisz rowniez kochac/lubic moje dziecko.
                          Mezczyzni maja chyba wiekszy dystans do tego. Nie maja az takich wymagan, co do
                          nowej partnerki.

                          Jezeli pasierb mieszka z ojcem i macocha, to wtedy wazne sa dobre, przynajmniej
                          poprawne relacje w takiej "rodzinie". Rzeczy maja sie troche inaczej, gdy
                          macocha widuje pasierba raz na jakis czas. Wtedy wystarczy, moim zdaniem,
                          dyplomacja. A to co macoszka mysli, to jej prywatna sprawa.

                          Na poczatku bylo mi o wiele trudniej pogodzic sie z moja rola macochy. Nagle w
                          moim zyciu pojawily sie obce dzieciaki. Weszly bezprawnie, nieproszeni na moj
                          teren smile Tak to odbieralam.
                          Moj partner nie myslal o tym, ze to dla mnie obce istoty i na poczatku zdarzylo
                          sie nawet, ze pasierbica spala z nami w lozku! Dla mnie to bylo nie do
                          pomyslenia. To i inne jeszcze rzeczy sprawialy, ze w srodku zaczelo sie we mnie
                          gotowac i niechec do dzieci partnera zaczela sie poglebiac. Do momentu, gdy
                          zaczelam uswiadamiac partnerowi, ze to NIE MOJE DZIECI (bo czasem wydawalo mi
                          sie, ze pomijal ten istotny fakt) i trzeba w zwiazku z tym zmienic zasady gry.
                          Moj negatywny stosunek do dzieci partnera nie wynika z zazdrosci o milosc ojca
                          do dzieci - uwazam, ze dzieci potrzebuja ojca oraz ze misio potrzebuje dzieci.
                          Po prostu ich obecnosc w moim zyciu mi nie odpowiada. Do tego zawsze beda dla
                          mnie dziecmi innej kobiety (przy okazji tylko misia, co nie jest dla mnie
                          zreszta istotne).
                          Idealem byloby dla mnie calkowite wylaczenie ich z mojego zycia (nigdy z zycia
                          mojego partnera!). Nigdy nie probowalabym oddalic dzieci od misia. Niech je
                          kocha, niech daje im, co tylko zechce. Tylko ja nie chce miec z nimi nic
                          wspolnego. Jest to chyba niewykonalne tak do konca sad
                      • nangaparbat3 Re: do megaa 19.10.07, 18:30
                        coccolona napisała:

                        > Powinno byc "co raz" nie "coraz"

                        Nie, akurat w tym kontekscie "coraz", nie "co raz". Chyba ze on Cie tlucze, i co
                        raz, dochodzisz do nowego wnioskuwink
                  • nsc23 Re: do megaa 19.10.07, 09:27
                    "Swoja droga ciekawa jestem, ktora macocha kocha pasierba wink"

                    Ja kocham swoja pasierbice. Jest mi ogromnie bliska, gdyby cos jej
                    sie dzialo to bym dla niej swiat obrocila do gory nogami. I ona o
                    tym wie i jej ojciec tez.
                    • coccolona Re: do megaa 19.10.07, 09:36
                      To bardzo pieknie nsc23. Ale o ile dobrze pamietam, to Ty masz mala dziewuszke.
                      Takie male dzieciaczki nie jest trudno pokochac.
                      Wiekszosc z nas macoch ma pasierba/pasierbice znacznie starszego/starsza.
                      • nsc23 Re: do megaa 19.10.07, 13:22
                        To prawda, mloda jest mala i nie mowie, ze jest mi jakos trudno ja
                        kochac. Naturalnie weszla w moje zycie i jakos nigdy nie
                        przejmowalam sie tym, co bedzie pozniej. Byloby mi przykro, gdyby
                        mloda nagle zaczela swirowac i gdybysmy wpadly w jakies konflikty.
                        Mam nadzieje, ze tak nie bedzie.
                        Co do postow powyzej - W chyba jest baba w srodku wink, bo tez uwaza,
                        ze jezeli jakas kobieta chce sie z nim wiazac, to musi zaakceptowac
                        jego dziecko. Na poczatku sytuacja dla mnie byla nowa, troche sie
                        balam emocjonalnie zwiazac z mala (glownie przez wzglad na nia i jej
                        uczucia przy ewentualnym rozstaniu). W od razu wyczul, ze troche do
                        niej podchodze jak pies do jeza i ze mna porozmawial na ten temat -
                        powiedzial, ze jezeli potrzebuje wiecej czasu na oswojenie sie z
                        sytuacja, chcialabym sie z nia mniej lub wiecej widywac, zeby sie
                        przyzwyczaic to on sie dostosuje, bo bardzo mu zalezy na zgodnym
                        zyciu pomiedzy nami wszystkimi. Stopniowo jakos sie do mlodej
                        przyzwyczailam a teraz tesknie za nia w weekendy jak W jest w pracy,
                        a ja siedze sama w mieszkaniu.
                        Moze kiedys (nie daj Bog) to sie zmieni jak bedziemy mieli wlasne
                        dzieci, ale na razie wszystko uklada sie w porzadku. Glownie
                        dlatego,ze i ja i W jestesmy zwolennikami rozmawiania, rozmawiania i
                        jeszcze raz rozmawiania i nawzajem sobie tlumaczymy swoje uczucia,
                        zeby nie bylo wlanie niedomowien i 'kiszenia' w sobie emocji.
                        • 13monique_n nsc 19.10.07, 14:53
                          Twój post potwierdza mi skuteczność podejścia pt. rozmawiamy,
                          rozmawiamy, rozmawiamy, szczególnie, kiedy nowy związek tworza
                          partnerzy, z których co najmniej jedno ma "przeszłość" w postaci
                          dzieci.
                          Też byłam spięta na poczatku, kiedy spotkałam się na poczatku z
                          dziewczynkami. Podobnie mój partner.
                          Dzięki za opisanie doświadczeń, które mogłam porównać i potwierdzić.
                          Pozdrawiam.
                          • nsc23 monique 19.10.07, 16:23
                            Ja to w ogole mam takie podejscie do zycia, ze wole z kims pogadac i
                            wyjasnic sprawe, jasno powiedziec, co mi sie nie podoba niz
                            zostawiac wszystko domyslom.
                            Fajnie jest miec tez kogos, z kim mozna pogadac, a kto nie jest
                            strona w zwiazku. Ja duzo rozmawiam z moja mama na ten temat, mama
                            jest chyba osoba, ktora wie o mnie najwiecej. Czasem jej
                            przemyslenia/komentarze pozwalaja mi zobaczyc sytuacje w zupelnie
                            innym swietle smile
                    • 13monique_n Re: do megaa 19.10.07, 10:03
                      Ja też mogę napisać, że zaczynam kochać dzieci mojego partnera.
                      Zaczynam - bo dla mnie to proces. Dbam o relacje z nimi, polubiłam
                      je od razu - i doprawdy - to nie jest trudne, jeśli dzieciaki są
                      tzw. normalne (czasem broja, a czasem aniołki).

                      Megaa, nie martw się, nie jesteś odosobniona w swoich
                      przemysleniach.
                      Nsc - ukłony za ładny, jasny komunikat. smile
                      • nangaparbat3 Monique, blagam 19.10.07, 18:43
                        13monique_n napisała:

                        > Ja też mogę napisać, że zaczynam kochać dzieci mojego partnera.
                        > Zaczynam - bo dla mnie to proces. Dbam o relacje z nimi, polubiłam
                        > je od razu - i doprawdy - to nie jest trudne, jeśli dzieciaki są
                        > tzw. normalne (czasem broja, a czasem aniołki).
                        Jak bedziesz tu wypisywać takie rzeczy - zaczęlam się bać o Ciebie, naprawdę.
                        Tu dominuje pogląd, aksjomat, dogmat: obcych (partnera, meża) dzieci pokochac
                        nie można.
                        Kiedys mnie zabanowano za odmienne poglady w tej wlasnie sprawie.
                        sciskam i pozdrawiam
                        N.
                        • e_r_i_n Re: Monique, blagam 20.10.07, 10:00
                          nangaparbat3 napisała:

                          > Tu dominuje pogląd, aksjomat, dogmat: obcych (partnera, meża)
                          > dzieci pokochac nie można.

                          Pewnie mozna - wszystko mozna smile. W koncu rodzice adopcyjni kochaja
                          swoje dzieci.
                          Mysle jednak, ze to pokochanie jest latwiejsze (a moze w ogole
                          mozliwe) tylko dla osobo, ktore swoich dzieci nie mają.
                              • coccolona Re: Monique, blagam 20.10.07, 16:14
                                Chyba chodzi mi o taka sama.
                                Na pewno nie bedzie nigdy rownie intensywna.
                                Czesto zdarza sie przeciez, ze para adoptuje dziecko, bo nie moze miec wlasnego.
                                Po jakims czasie jednak udaje im sie w koncu splodzic wlasne dziecko i to
                                adoptowane dziecko schodzi jakby na drugi plan. Rodzice czuja, ze ich uczucia do
                                obydwoch dzieci sa rozne. Wczesniej wydawalo im sie, ze kochaja dziecko
                                adoptowane, bo nie mogli skonfrontowac tej milosci z miloscia do wlasnego dziecka.
                                • nsc23 Re: Monique, blagam 20.10.07, 16:47
                                  Nie wiem, nigdy nie bylam w takiej sytuacji, ale _wedlug mnie_ nie
                                  da sie tak samo kochac dwoch osob czy dwojki dzieci. Sama jestem
                                  jedna z trojki dzieci moich rodzicow i wiem, ze kochaja nas na
                                  zupelnie rozne sposoby, choc tak samo mocno, a wszyscy jestesmy ich
                                  biologicznymi dziecmi. Wydaje mi sie, ze w przypadku dzieci
                                  adoptowanych/pasierbow sytuacja jest jeszcze bardziej zroznicowana,
                                  ale nie wykluczam, ze mozna kochac pasierba/wlasne dziecko/dziecko
                                  adoptowana tak samo intensywna miloscia, choc w kazdym przypadku
                                  bedzie ona inna.
                                  Wydaje mi sie, ze milosc to milosc i nie ma znaczenia 'ile' kochamy,
                                  bo tego nie da sie zmierzyc, wiec jednoznacznej odpowiedzi na takie
                                  pytanie chyba nie da sie udzielic.
                                  • e_r_i_n Re: Monique, blagam 20.10.07, 17:14
                                    No wiec tez mi sie wydaje, ze kazda milosc jest inna. Juz o tym
                                    kiedys bylo, ale IMO milosc matki do dziecka to taki specyficzny
                                    twor, ktorego sie nie powieli w zadnej innej relacji, z zadnym
                                    innym, niz swoje wlasne, dzieckiem. Pewnie, ze pasierba mozna
                                    pokochac - ale raczej jak przyjaciolke, bardzo bliska osobe, nie jak
                                    dziecko. Dzieci adopcyjne to inna bajka moim zdaniem.
                                    • nsc23 Re: Monique, blagam 20.10.07, 18:30
                                      Bo milosc matki do dziecka jest jedyna miloscia bezwarunkowa.
                                      Niezaleznie do tego, co wredny dzieciak wymysli matka zawsze bedzie
                                      go kochac, a inne milosci jednak wygasaja jezeli sie o nie wlasciwie
                                      nie dba, albo jezeli ktos nam wykreci jakis naprawde obrzydliwy
                                      numer (IMO).
                                      • e_r_i_n Re: Monique, blagam 20.10.07, 22:32
                                        Zgadza sie. A u jej podstaw lezy biologia, instynkt - a ten
                                        uaktywnia sie w ciazy czy zaraz po porodzie. Stad moje zdanie, ze
                                        nie da sie kochac nie swojego dziecka tak, jak swojego.
                                      • marusia1 Re: Monique, blagam 20.10.07, 23:01
                                        To dlaczego niektóre matki nie chcą mieć przy sobie swoich dzieci, oddają je. A
                                        jak już są te dzieci daleko - nie dzwonią, nie interesują się nimi. A gdy
                                        dojdzie do kontaktu telefonicznego, czy bezpośredniego, to powodują to, że
                                        poczucie bezpieczeństwa dziecka, jego uczucia do ojca, macochy są zachwiane?
                                        Dlaczego niektóre dzieci szukają sobie macoch? Dlaczego przytulają się do tych
                                        macoch, upominają o buziaka, a nie chcą tego od własnych matek?
                        • 13monique_n Nango 22.10.07, 10:39
                          Nigdy jeszcze nie miałam bana tongue_outPP
                          W dodatku przekora mnie pcha, ciekawość, sympatia do dzieci w ogóle.
                          Posiadanie dwójki własnych. I świadomość, że te dwie dziewczynki to
                          dwie najukochańsze osoby dla mojego partnera. Zresztą, w wielu
                          cechach do niego podobne. Skoro kocham jego, a on (o zgrozo! tongue_outPP)
                          żył nie znając mnie przez 30+ lat swojego życia, to wchodząc w
                          związek z nim, robie także miejsce wśród nas dla jego córek. Swoja
                          drogą, zadna łaska - ja takze mam dzieci i zależy mi na ich dobrych
                          relacjach z moim partnerem. Ale my mamy duuuuużo czasu. Nikt nas nie
                          pogania. Wszyscy się poznajemy powoli, z szacunkiem i delikatnie.
                          Nan, dziękuje za troskę smile
                          • coccolona Re: Nango 22.10.07, 15:19
                            13monique_n napisała:

                            > Swoja drogą, zadna łaska - ja takze mam dzieci i zależy mi na ich dobrych
                            relacjach z moim partnerem.

                            W koncu ktoras miala odwage przyznac to otwarcie wink

                            > świadomość, że te dwie dziewczynki to
                            > dwie najukochańsze osoby dla mojego partnera. Zresztą, w wielu
                            > cechach do niego podobne. Skoro kocham jego,..., robie także miejsce wśród nas
                            dla jego córek.

                            Matke partnera tez bardzo kochasz, bo to jedna z najdrozszych mu osob?
                            • 13monique_n Re: Nango 22.10.07, 15:36
                              coccolona napisała:

                              > 13monique_n napisała:
                              >
                              > > Swoja drogą, zadna łaska - ja takze mam dzieci i zależy mi na
                              ich dobrych
                              > relacjach z moim partnerem.
                              >
                              > W koncu ktoras miala odwage przyznac to otwarcie wink
                              Jezu, ale to prawda. Żadne "przyznanie się". Przyznawać się to ja
                              mogę do winy. Tutaj i ja i mój partner mamy przeszłość, dzieci, i
                              NIKT nam nie każe się ze soba wiązać, ani z nikim zresztą. Ale
                              nawiązując relacje, włączamy w nie osoby najbliższe.
                              >
                              > Matke partnera tez bardzo kochasz, bo to jedna z najdrozszych mu
                              >osob?
                              Matka jest jednak inną relacją niż rodzone dzieci. Za wcześnie, bym
                              o tej relacji się wypowiadała.
                              Mogę się powołać na relację z teściową, matką byłego męża - ja
                              szanuję i w pewien sposób kocham. Wiele przeżyłyśmy i fakt rozstania
                              z jej synem niczego nie zmienia. Ten stan rzeczy między nami budował
                              się przez kilka lat.

                              Powiedz, czy to naprawdę taka trudność, by pojąć, że ktoś patrzy na
                              świat zupełnie inaczej niż Ty i inne ma priorytety i ideały?
                              Ja mogę Ci się dziwić, a włąściwie Twemu partnerowi/męzowi. Ale z
                              drugiej strony, to Twoje i jego życie. Mi nic do tego. Ja sobie z
                              ciekawością poczytam o innych ludziach, takich wokół siebie nie mam.
                              • coccolona Re: Nango 22.10.07, 16:25
                                > Jezu, ale to prawda. Żadne "przyznanie się"

                                Nie twierdze, ze takie podejscie jest zle. Jednak zawsze, gdy o tym pisalam ja,
                                to bylam atakowana.
                                Gdybym miala dzieci z poprzedniego zwiazku, to pewnie tez rozumowalabym
                                podobnie. Bedac kobieta z dzieckiem, latwiej jest znalesc partnera, ktory sam
                                jest po przejsciach, niz kawalera smile Wiec w takim ukladzie wazne jest, by
                                pogodzic interesy obydwu stron.

                                Jako ze sama nie bylam mezatka ani nie mam dzieci, nie musze sie wcale starac,
                                by moje relacje z dziecmi partnera byly jakies wyjatkowe. Ma mi to prawo wisiec.

                                > Powiedz, czy to naprawdę taka trudność, by pojąć, że ktoś patrzy na
                                > świat zupełnie inaczej niż Ty i inne ma priorytety i ideały?

                                No wlasnie nie jest mi trudno, bo sama mam poglady, za ktore jestem tu atakowana.
                                Chodzilo mi tylko o to, ze argument za lubienie/kochanie dziecka partnera tylko
                                za to, ze to jego dziecko, jego krew, to zaden argument.
                                Ja nikogo nie namawiam tu do nie lubienia pasierba. Szanuje postawy innych. To
                                ich sprawa.
                                • coccolona Re: Nango 22.10.07, 16:28
                                  coccolona napisała:

                                  > Chodzilo mi tylko o to, ze argument za lubienie/kochanie dziecka partnera tylko
                                  > za to, ze to jego dziecko, jego krew, to zaden argument.

                                  Zreszta nie tylko lubienie, rowniez bycie odpowiedzialnym za dzieci partnera,
                                  bycie im winnym cokolwiek, nawet zwykla grzecznosc.
                                • 13monique_n Coccolona 23.10.07, 08:58
                                  wiesz, jak nie chcesz, to nie czytaj dalej. Mam jednak wrażenie, że
                                  Ty nie za głoszenie tych poglądów jesteś atakowana, ale za sposób, w
                                  jaki je głosisz. I szczerze mówiąc, mnie także raczej ujemnie,
                                  porusza sposób, w jaki piszesz o swoim partnerze. Dopuszczam myśl,
                                  że taki charakter, taki czlowiek z Ciebie. Ale nie czyta się tego
                                  dobrze. To przeraża. I kusi, by zrozumieć, skąd u Ciebie takie
                                  poglądy? Kto i kiedy tak wpłynął na Twoje odczuwanie emocji? One
                                  dają szalenie negatywny odbiór.
                                  A w tematcie relacji z mężczyzną z dziećmi - uwierz mi, facet, który
                                  nie zadba o własne dzieci po rowodzie z ich matką, równie łatwo
                                  będzie porzucał kolejne relacje. Ja, mimo rozwodu, odzyskałam wiarę
                                  w to, że dwoje ludzi może się porozumieć, może wyjść do siebie w pół
                                  drogi. A jesli jednak partner ma cechy, albo warunki, które okażą
                                  się nie do zniesienia - to można się z szacunkiem rozstać.

                                  Lubienie/kochanie dziecka partnera zaczyna się od tego, że to jego
                                  dziecko. I jeśli jest dzieckiem "zwyczajnym" (czyli nie rozwydrzonym
                                  bachorem, a wierz mi, jako matka własnej dwój umiem te stany
                                  rozróżnić. I zależy mi, żeby moje dzieci umiały się znaleźć wśród
                                  ludzi), to zaczyna się symapatia, rozmowy, zrozumienie i
                                  porozumienie. I jeśli tylko człowiek daje sobie i dziecku szansę, to
                                  relacja się pogłębia. Słowo.
                                  • m-m-m Re: Coccolona 23.10.07, 10:05
                                    Może tak: nie dla każdego cudze dzieci są ważne, nawet jak są jak to
                                    określiłaś "zwyczajne" lub jak ma się własne. Posiadanie własnych
                                    dzieci nie powoduje automatycznej akceptacji cudzych: partnera,
                                    sasiadki, czy koleżanki, co niejednokrotnie na tym forum można byo
                                    doczytać.
                                    Najczęściej osoba z dziećmi wolałaby, by jej dzieci były lubiane
                                    przez partnera stąd ma więcej tolerancji dla jego dzieci, ale nie ze
                                    względu na dobro tych cudzych dzieci tylko ze względu na dobro
                                    swoich dzieci, by partnerr przynajmej strał się traktowac te dzieci
                                    tak tak jak partnerka jego dzieci. jest to takie oczekiwanie na
                                    rodzaj rewanżu.
                                    Natomiast osoba bez dzieci nie musi tego robić, czyli dążyć do
                                    lubienia dzieci partnera, bo odwrotna sytuacja nie ma miejsca, nie
                                    musi skrywać swoich emocji i niechęci, bo w odwrotną strone partner
                                    nie może się niejako "odwdzięczyć".
                                    Co do kochania - bez przesady: trochę za daleko. Po dłuższej
                                    znajomości z pasierbem i po wykonaiu pracy jego rodzica na rzecz
                                    akceptacji między partnerką, a jego dzieckiem (czyli np. zwracania
                                    uwagi pasierbowi na niestosowne zachowanie względem jego partnerki i
                                    na to, że fochy dziecka nic nie zmienią, bo i tak rodzice nigdy już
                                    nie będą razem). Zaznaczam: akceptacja to bardzo dużo, ale do
                                    lubienia jest daleka droga, tym bardziej do kochania.
                                    I myślę, że akceptacja jest warunkiem koniecznym. Lubienie i tym
                                    bardziej kochanie cudzego dziecka nie. Tak samo jak lubienie i
                                    kochanie matki/ojca partnera. IIstnienie teściów trzeba
                                    zaakceptować, ale już ich lubić czy kochać na pewno nie trzeba.
                                    Rodzona matka i rodzone dziecko dla partnera to taka sama relacja
                                    dla osoby z zewnątrz.