ipola
22.07.09, 09:42
Małżonek ma od kilku dni urlop. Pierwszego dnia umówił się z kumplem na piwo,
miał wrócić o 22, wrócił o 24 (w stanie wskazującym), o spóźnieniu nie
powiadomił. Powiedziałam tylko, że jak się umawia, że wróci o danej godzinie,
to niech wraca, albo przynajmniej zadzwoni. Wczoraj znów wyszedł z innym
kumplem na piwo, miał wrócić po dwóch godzinach, wrócił po czterech. W tym
czasie ja gościłam żonę kumpla z dziećmi. Zrobiło się bardzo późno, koleżanka,
którą bardzo lubię, była zmieszana, że tak długo siedzą, a ja dziś rano muszę
wcześnie wstać do pracy, moja mała marudziła, bo był już czas do spania, a
hałas, który robiły dzieci nie pozwalał spać. Małżonek wrócił zalany w trupa,
narobił bałaganu, bo szykował sobie kolację (o północy trzaskał garami), w
końcu zasnął w ciuchach na podłodze. I jestem wściekła. Raz, że nie dotrzymuje
słowa, dwa, że pokazuje się dzieciom w takim stanie (mała, jak wrócił
powiedziała: tata jest brzydki, uciekała od niego), trzy, że jest wtedy bardzo
nieprzyjemny, a cztery, że w ten sposób spędza urlopowe wieczory. Czuję niechęć.