No to od wczoraj jesteśmy w domku i mogę kontynuować swoją opowieść z 31
maja(37tydzień 6 dzień).

Ostrzeżenie - będzie długo.
Tak jak pisałam - o 9 odszedł mi czop śluzowy ale nic się nie działo. Dałam
więc znać męzowi przez gg (ja w Tarnowie, on w Krakowie, 80 km do pokonania)
żeby wypisł urlop od pierwszego czerwca i czekał na rozwój akcji. W odpowiedzi
chciał mnie wysłać do szpitala, bo rozmawiał z kolegami i że to mogę w każdej
chwili zacząć rodzić. Jakoś udało mi się go uspokoić, że sam czop nie
kwalifikuje mnie do przyjęcia do szpitala - można rodzić później (średnio po
tygodniu, ale reguły nie ma).
Ponieważ mój pan doktor akurat we wtorek pracuje w przychodni a dyżur w
szpitalu dopiero w środę grzecznie się położyłam odliczając ile mi zostało do
23 (zakładałam, że dopiero wtedy będzie mógł dojechać, jest super lekazem i
teraz przed urlopem przyjmuje nawet do 22).
O 14 zjadłam sobie obada - makaron z serem i truskawkami - mhm, pychota.
A o 15 się zaczęło - skurcze słabe ale co 6-7 minut. Dałam cynk mężowi, żeby
zaczął zbierać się z pracy i przyjeżdżał. Umówiliśmy się, że jak będzie w
rejonie szpitala to zadzwoni do mnie i sprawdzi czy już ma skręcać czy może
przyjechać do domu. Pół godziny później zadzwoniłam do lekarza, ustaliliśmy że
czekam że to mogą być przepowiadające, chociaż ja byłam już w 100% pewna że do
1 czerwca to nie doczekam z wyjazdem do szpitala. No i miałam racje.
O 17 poszłam do łazienki - pojawiło się plamienie, skurcze co 3-4 minuty,
krótkie ale mocniejsze niż poprzednie. A męża niet. Koło 17:30 zadzwonił że
jest już blisko więc się ubrałam, skonsultowałam się z moim lekarzem, że to
pora na mnie i zaczęłam się zbierać. Przed 18 wyszłam z tatą na parking, żeby
mąż nie latał do domu bo nie ma czasu i o 18 zameldowaliśmy się na izbie
przyjęć. Oczywiście masa papierów do wypełnienia - najpierw kilka przy
przyjęciu, potem na bloku porodowym.
Na oddziale położna mnie zbadała - stwierdziła rozwarcie na 5 cm, zaaplikowała
hegar (kolejna skomplikowana nazwa czegoś tak prostego jak lewatywa) i
niestety uziemiła na leżąco, żeby w trakcie wypróżniania nie doszło do
pęknięcia błon płodowych i wypadnięcia pępowiny. A potem na łóżeczko i zapis
KTG. i tak przez dłuższą chwilę niestety. Potem badanie przez lekarza,
przebicie pęcherza i dalej zapis. Dopiero przy 8 cm pozwolili mi siedzieć na
piłce żeby główka zeszla niżej(tutaj nie ominął mnie kryzys 7-8cm, ale odrwotu
nie ma - poród to bilet tylko w jedną stronę). W tym samym czasie dostałam
kroplówkę chyba z pyralginy (przynajmniej tak mi się wydaję) że niby trochę
przeciw bólowa i rozlużniająca i maseczkę tlenową. Z akcją na piłce poszło
szybko - posiedziałam z 5 minut - główka rzeczywiście zeszła niżej i pojawiły
się skurcze parte. Niestety lewatywa nie wyczyściła mi jelit w 100% więc była
szbyka akcja z powrotem na łóżko i myciem, bo dziecko tuż za rogiem

.
Położna starała się chronić krocze, ale do pękniecia i tak doszlo - efekt 5
szwów (tylko 5, wcześniej miałam sporo). Piotruś urodził się po drugim skurczu
0 19:50 (3150g, 55cm 9pkt) , na chwilę dostałam go na okryciu na brzuch a
potem dalsza obróbka - on na badania a ja czekam na łożysko, kontrolę i
szycie. W trakcie szycia miałam malucha już opatulonego na ręku - potem
przerwa dwu godzinna na obserwację malucha i mnie i odjazd na salę. W
międzyczasie dzwonił mój lekarz, trochę się zdziwił jak mu połozna
powiedziałą, że już po, przekazał gratulacje a pogadaliśmy w środę.
O 22:30 odwiedziła mnie koleżanka z którą byłam na patologii (w poniedziałek
miała cesarkę). Chwilę poplotkowałyśmy, ja kręciłam się koło łóżka i
rozpakowywałam. Potem z położna poszłam do łazienki - pierwszy raz nie wolno
samej opuszczać łóżka - możliwe zawroty głowy). W sumie było Ok. Jeszcze w
trakcie porodu żartowałam z lekarzem, że tytuł jednego z papierków do
wypełnienia jest ciekawy - "zgoda na odbycie porodu". Tak jak bym mogla się
nie zgodzić

- to mały lokator tu decyduje a nie ja.
Z karmieniem jest dobrze. Pierwszą dobę Piotruś w zasadzie przespał - budził
się tylko w trakcie zabiegów (kąpiel, badanie) ale szybko zasypiał, nie zawsze
coś jedząc. Od czwartku ruszył do akcji - efekt jest taki, że am trochę
zmasakrowane brodawki (a myślałam, że za drugim razem tego unkinę) i teraz
karmię przez kapturki.
to było na tyle -pisalam na raty więc może brakować spójności.
Pozdrawiam wszystkie mamy - te przed porode mi te po. Dla tych pierwszych
życzenia szybkiego porodu a dla wszystkich zdrowych maluszków.
Ps. Jeszcze tylko zmiana suwaczków przede mną ale to innym razem.