Hej,
oj, dawno nie udalo mi sie tu nic napisac. Czasem troche poczytam. Dzis
zmartwily mnie watki o Pszczolce i jest mi smutno, ze chce od nas odejsc
(choc mysle, ze przemysli to widzac, ile jest tu dziewczyn, ktorym na jej
obecnosci tu zalezy).
A mnie dzis wieczorem smutno... Moj maz wlasnie polecial na drugi koniec
swiata prawie i to na tydzien. Znow jestem sama z dwojka dzieci i wielkim
domem, ktory trzeba ogarnac. Ogolnie calkiem dziarsko sie trzymam i nie
rozpaczam, jak maz wyjezdza (co sie czesto zdarza). Ale dzis mi smutno.
Trudno mi z dwojka dzieci tak zupelnie samej. A moja mama trzy tygodnie temu
zlamala obojczyk, miala operacje i tez mi nic pomoc nie moze. To raczej ja
jej troche musze pomagac teraz w zakupach itd. Caly dzien jest ok, ale moment
kapieli i usypiania samemu z dwojka jest trudny. Wogole teraz sobie mysle,
jak mialam prosto z jednym dzieckiem. Wtedy na poczatku tez b. duzo bylam
sama, ale to bylo zupelnie co innego.
Jak maz jest w domu pomaga mi bardzo dwa razy w ciagu dnia: zawozi starszego
synka do przedszkola, a po pracy kapie go i kladzie spac (ja przychodze na
troche jak mlodsze zasnie). TEsknie juz za mezem...
A z moich samotnych poczynan, to wybralam sie jakis miesiac temu z dwojka
dzieci (trzema walizkami, fotelikiem i wozkiem!) do Polski. Podroz odbyla sie
samolotem. W pierwsza na lotnisko pojechalam sama, ale byl tam juz maz i
pomogl mi wyjac z auta bagaze i dowiezc je tam, gdzie mozna bylo je oddac. No
to pozniej juz bylo ok. Choc wejscie do samolotu z dwojka marudzacych dzieci
(Maluszka wsadzilam po raz pierwszy do nosiedelka, co go do pasji
doprowadzilo, na plecak mialam plecak, w reku fotelik samochodowy i obok mnie
trzy-i-pol-latka).
Droga powrotna byla gorsza. Musialam na lotnisko w W-wie pojechac taksowka.
TAksowkarz mnie z manelem wysadzil i odjechal. A ja stanelam sobie miedzy
tymi walichami, wozkiem itd i zaczelam sie smiac. Co ja teraz zrobie??? Nie
przemieszcze sie bez wozka bagazowego z tym wszystkim, a wozka nie mam.
Rozejrzalam sie i gdzies w oddali ujrzalam jeden. Ale jak po niego pojsc??
Wpadl mi w oko policjant po drugiej stronie ulicy. ZOstawilam na moment
bagaze i z dziecmi (i nadzieja, ze mi ich w tak krotkiej chwili nikt nie
gwizdnie) ruszylam do niego. Poprosilam, czy by mogl chwile spojrzec na moje
walizki i pobieglam z chlopakami po wozek. Pozniej pchalam go i drugi wozek z
dzieckiem rozgladajac sie, czy jeszcze widze Niklasa

Oj wesolo bylo!
Jak wysiadalam z samolotu (siedzialam dosc na koncu) przepuscilam wszystkich,
zeby pozniej na spokojno moc sie wygrzebac. Okazalo sie, ze trzeba jechac
autobusem (a ja myslalam, ze wysiadziemy do rekawa) i dwa autobusy pelne
ludzi staly juz pod samolotem. A ja tu z ta dwojeczka (znow nosidlo, plecak,
fotelik itd) musze zejsc po tych malutkich schodkach. Pozniej przyniesli mi
stelaz od wozka, na ktory musialam zamontowac fotelik (trudno sie to robi z
malenstwem na brzuchu). Wszyscy z autobusu sie na nas gapili (bo im tez juz
nudno pewnie bylo). A tu wial silny wiatr i co chwila mi podwiewalo spodnice
do gory, tak ze spokojnie mozna bylo obejrzec moje majtki... A ja juz rak nie
mialam, zeby ja przytrzymac. Oj, strasznie sie wtedy glupio czulam. Ale
wyjazd i tak byl super! Ciesze sie, ze sie na niego odwazylam. Z jednym
dzieckiem latalam i nie bylo problemu, ale z dwojka samej to troche wyzwanie.
Bylismy z mojej kuzynki (tez dwoch malych synkow) przy Piasecznie. Duza
wygrana tego wyjazdu (a takze jego celem troche) bylo to, ze moj starszy
synek zaczal znow do mnie mowic po polsku. MOwil tak do marca, kiedy poszedl
do przedszkola. Wtedy po chyba miesiacu przestal zupelnie do mnie po polsku
mowic. Ja konsekwentnie tak do niego mowilam, a on mi tylko po niemiecku
odpowiadal. ZObaczymy, ile teraz sie ten polski utrzyma. Ale chociaz go sobie
jakos tam odswiezyl. I teraz mi tak strasznie milo, jak do mnie tak mowi.
Cieszy mnie kazde zdanie.
No to tyle... Ale sie rozpisalam. A teraz chyba polece sie myc. Jutro rano ja
musze ze starszym wstac (ten sie wczesniej budzi).
Pa