aborys
09.07.02, 13:11
Zadziwił mnie hałas i rzesza postaci z pierwszych stron gazet rozpatrywanych
jako potencjalni kandydaci do prezydentury Warszawy. Coście się tak uparli?
Kalisz, Olechowski, Kaczor... cały tłum. I po co? Tyle macie możliwości:
parlament, rada nadzorcza, doradztwo, ambasada... A tu wszyscy chcą na
warszawskie ruchome piaski, gdzie niby spory budżet, ale każdy ma prezydenta
pod ręką i łatwo mu przywalić, mało metrów metra i nie wiadomo co robić z
demonstacjami Samoobrony i Wrzodaka.
A tu czytam sobie wczorajszy tekst Niesiołowskiego (nie wiem czemu go lubię,
choć nie powinienem) i co znajduję: przyjęto, że stanowisko prezydenta
Warszawy jest punktem startowym do prezydentury Polski!
Nie: Marszałek Sejmu czy Premier. Prezydent Warszawy.
We Francji - tak rzeczywiście jest. Mer Paryża ma blisko do Pałacu
Elizejskiego. Ponoć Sobczak (mer P-burga) i Łużkow (Moskwy) też mieli blisko.
Więc w Polsce, co miała dotąd 3 prezydentów: z nominowania Okrągłego Stołu,
bohatera Solidarności i Sprytnego Lidera Europejskiego Ugrupowania, też trzeba
jakiegoś mechanizmu. No i padło: prezydent stolicy to odskocznia.
I pewnie tak będzie. Media tak się ustawią, zrobią taki szum wokół elekcji
warszawskiej, że dla wszystkich będzie naturalne, że prezydentem Polski
zostanie prezydent Warszawy. To nic, że to będzie na świecie ewenement. Z
sufitu albo z zapatrzenia w Gwiazdę Francji salony warszawskie wyssały pomysł,
który kupiło kilku Pismaków a po nich kupią wyborcy. Tak jak kupili to, że
jedynym przeciwnikiem Wałęsy w 95 roku jest Kwaśniewski. Może nawet ten sam
salon pomysł sprzedał.
Ps. Z plotek krakowskich: Michnik z Rokitą w salonie Kwasa ponoć montują Nowe
Rozdanie: jeszcze lepszą Placformę. Historyczny Kompromis, etc.
To z otoczenia Rokity.