lalabi
04.11.05, 22:30
Wciąż trzeba walczyć. Walczyć o łaskę. O spojrzenie. Jest się nieistotnym
rupieciem zagracającym ojcowski dom. Ojciec jest wysoki i chudy. Ojciec
karcąco spogląda spod okularów, pod jego wzrokiem karleje się do lilipucich
rozmiarów. Patrzy się na niego z miłością. Wsuwa się swoją małą dziewczęcą
rączkę w jego silną, szorstką dłoń. Wtedy ta dłoń ucieka a z nieba spada
gromiące spojrzenie. Ojcu nie wolno przeszkadzać. Ojciec podskórnie przetacza
niechęć, jego zimny głos panoszy się po domu rozpętując burzę. On jest kimś.
Nie ma czasu dla małych nieistotnych dziewczynek. Ciemnowłosa pannica jest
jego córką, lecz co z tego? To nie nakłada na niego żadnych obowiązków. Nie
musi jej kochać, ona ma jeszcze matkę. Każdy ma jakąś matkę i jakiegoś ojca,
nikt nie powinien nadmiernie przejmować się tym faktem. Więc tęskni się za
jego miłością. Z pokoju na pięterku wzdycha się do niego. Z pokoju na
pięterku obserwuje się go, jego utajone życie. Chciałoby się usiąść mu na
kolanach i opowiedzieć, co było dziś w szkole. Że wcale nie jest łatwo, choć
ma się ledwie jedenaście lat i świat powinien wydawać się mniej skomplikowany
niż będzie to później. Chciałoby się ojcu powiedzieć o tym kudłatym kundlu na
łańcuchu, tuż przy szkole, kundlu imieniem Reks (jak inaczej można nazwać
kundla???), do którego podchodzi się z ufnością i miłością i kundel z
nawiązką te uczucia oddaje. Do kundla można się przytulić i pocałować go w
ucho. Chciałoby się mieć takiego kundla w domu, ale matka surowo wzbrania, bo
to kłopot. Może gdyby tatuś się wstawił. Ale tatuś, kochany tatuś, nawet nie
wie, że obok szkoły jego dziecka jest jakiś kundel, bo nigdy nie ma czasu ani
ochoty porozmawiać z dzieckiem. Ma przecież dwóch synów. Nigdy nie chciał
córki. Głupia fanaberia żony sprowadziła dzieciaka na ziemię. A teraz i żona
zdaje się nie mieć cierpliwości do tego wyskrobka. On, ojciec, zawsze chciał
mieć synów. I to mu wystarczy.
Ach, chciałoby się zasłużyć na tatusiną miłość. Robi się wszystko i jest się
istotką ludzką, lecz ciągle czuje się wewnątrz, o tu, pod mostkiem, że to za
mało. Żyje się z boku, właściwie na górze, na pięterku i wciąż się wierzy, że
któregoś dnia tatuś sam z siebie, nie zwabiony problemem technicznym, zajrzy
tu i zostanie chwilę. Usiądzie na krzesełku i porozmawia z córką, ma ją
przecież jedną. Ale tatuś wiecznie zajęty przeglądaniem gazet. Bo przecież
wraca z roboty. Chce mu się żreć a nie z dzieciakiem gadać. Na co mu te
dziecięce głupoty. Co jego to obchodzi? I co z tego, że chciałoby się do
tatusia przytulić. Tatuś nie przytula. Mamusia też nie. Żelazna zasada tego
domu. Nie rozpieszczać, nie trwonić energii na marne. Jeszcze się w życiu
naprzytulają, naściskają i nacałują na imieninach u ciotki Zochy albo w
kościele. Sterylna atmosfera rodzinnego domku z ogródkiem.
Piękny, wiosenny dzień. Dziewczątko pląsa po ogrodzie. Sukienka w kwiaty,
włosy gładko upięte. Ptaszeńki przysiadają na gałązkach. Wystawny obiad, bo w
rodzinie huczna impreza, ba, jest co świętować. Się żeni. Najstarszy syn się
żeni. Zaraz przydrepce za nim ta jego dziunia, którą wszyscy w rodzinie lubią
i szanują. A już najbardziej tatuś. Wcale nie przeszkadza mu, że jej ledwie
osiemnasta wiosna stuknęła a po brzusznym zaokrągleniu należałoby się
spodziewać najgorszego. Tatuś lubi przyszłą synową. Przyjemna dziewczyna. I
oto nadchodzą. Brat pierwszy, za nim panienka. Nina patrzy. Wirują jej w
oczach, bo punkt obserwacyjny obrała na huśtawce. Joaśka, rzeczona
narzeczona, zalotnie drobi małymi kroczkami, włos rozwiany, oczy podmalowane,
sukienka jak sukienka. Ma miły, ćwierkający głos. Istna ptaszyna. Wypisz,
wymaluj. Siada przy stole, tuż obok tatusia, który zaprasza ją ojcowskim
gestem. Rozmawiają sobie, śmieją się. Przyjemnie czas spędzić postanowili.
Nie-tatuś szepce swojej nie-córce coś na ucho. Wstają nagle od stołu i idą ku
wielkiej rozłożystej czereśni, nieopodal której huśta się Nina. Posyła
tatusiowi uśmiech. Tatuś przechodzi obojętnie. Tam, pod tym rozłożystym
drzewem, stają sobie z Joasią i tatuś nie-tatuś garściami podaje córce-
niecórce dorodne, słodkie czereśnie, które zrywa wprost z drzewka. Dobiera te
owoce starannie, aby sprawić córce-niecórce maksimum radości. Córka-córka,
niedojrzały owoc jego dojrzałego ojcostwa, spogląda z boku. Dla niej tatuś-
tatuś nie ma chwilowo czasu. Jest bardzo przejęty odpowiedniego daniem rzeczy
słowa. Cieszymy się, że dołączysz do naszej rodziny. Nasz dom jest i twoim
domem. Czuj się jak u siebie. Jesteś mi bliska jak własna córka. Te słowa
trochę Ninę niepokoją. Nie rozumie ich, lecz przeczuwa. Zrywa się z huśtawki
i ucieka na pięterko. Tam może płakać i nikt nie powie, że jest mięczakiem.