slawek_wieczorek
26.07.08, 14:25
W gorące lato 1999 roku w gorzowskim amfiteatrze wokół sceny i na widowni
uwijali się dwaj młodzi działacze Akcji Wyborczej "Solidarność": Robert B. i
Przemysław S. Chcieli się wszem i wobec pokazać. W blasku kamer i fleszów. Z
koncertem "Lubuski Koniec Wieku" przyjechał "z batutą i humorem w XXI wiek"
Maciej Niesiołowski (ten Niesiołowski od pałeczki dyrygenckiej, a nie od
owadów). Piękny koncert z udziałem między innymi wybitnego polskiego tenora
Bogusława Morki i sopranistki Grażyny Brodzińskiej. Nie przebrzmiały jeszcze
echa operetkowych arii, a już wybuchł skandal! Kilka dni po koncercie do
Lubuskiego Urzędu Wojewódzkiego zadzwonił rozżalony Bogusław Morka z informacją,
że organizatorzy nie zapłacili mu za występ. Wojewoda Lubuski Jan Majchrowski
błyskawicznie interweniował telefonicznie w Zarządzie Regionu NSZZ
"Solidarność". Bezskutecznie. Morka jak nie miał pieniędzy, tak nie miał. Do
Urzędu przychodziły cyklicznie listy i faksy od artysty proszącego o pomoc. Z
treści wynikało, że wątpliwi mecenasi sztuki z grodu nad Wartą wcale nie kwapią
się, by mu w ogóle zapłacić i robią wszystko, by sprawa nigdy nie ujrzała
światła dziennego. Jan Majchrowski osobiście pojechał na Borowskiego 31 z
żądaniem należnej zapłaty. Dopiero wówczas tenor otrzymał honorarium.
Mam nadzieję, że w domowym archiwum Bogusława Morki zachowała się korespondencja
z nakazem zapłaty i z prośbą o pomoc.
Czy zastanawiało Państwa, dlaczego wszystkie dotychczasowe machlojki uchodziły
Robertowi B. płazem? Mimo stwierdzenia winy przez wymiar "sprawiedliwości".
Jakieś warunkowe umorzenia, "niska" społeczna szkodliwość itp. Normalny człowiek
za to wszystko powędrowałby za kratki.
Prasa częstokroć opisywała sposób wyrafinowanego okradania leciwych domowników
jako "metodę na wnuczka". Robert w firmie ubezpieczeniowej do perfekcji
doprowadził "metodę na staruszka". Jego kolega, Przemysław S., nie płacąc pensji
swej dwudziestoparoletniej pracownicy chorej na śmiertelną chorobę, opatentował
"metodę na raka".
Wersji elektronicznej tekstów nie znajdziemy, lecz zachęcam do lektury artykułów
z "Gazety Wyborczej" i "Gazety Lubuskiej" z lat 1999-2000 w jakiejś bibliotece,
opisujących poczynania owych panów, a zwłaszcza tekstów tropiącego ich redaktora
Waldemara Pazia, który wyjechał z Gorzowa.
W 2002 r. w tygodniku "tylkogorzów" zamieściłem tekst, w którym porównałem
poczynania krakowskiej prokuratury, która na 3 miesiące aresztowała Radka
Falisza ze wsi Wesoła za sfałszowanie legitymacji szkolnej, dzięki której jechał
pociągiem z ulgowym biletem, z czynami Roberta B. i posła SLD Jakuba
Derecha-Krzyckiego. Gdy oszustwo wykryto, Radek natychmiast udał się z rodzicami
do kasy PKP, zapłacił stosowny mandat czyli naprawił szkodę, a i tak został
aresztowany!!! Gorzowska prokuratura ekspertyzą grafologiczną udowodniła, że
część podpisów na listach poparcia Robert B. w 2002 r. sfałszował własnoręcznie,
gdy kandydował na prezydenta Gorzowa. I co? - I nic. W 2001 r. do lokalnej "GW"
i do "GL" zgłaszały się osoby, które twierdziły, że na listy poparcia SLD w
wyborach do Sejmu się nie wpisywały, a... od Jakuba Derecha-Krzyckiego
otrzymywały podziękowanie za wyrażenie poparcia. I co? - I nic! Osobliwy
przypadek opisała red. Aleksandra Pezda. Piotr Orlicki zamierzał nawet głosować
na SLD, ale po tym, jak ktoś się pod niego podszył, poprzysiągł sobie, że na SLD
już nigdy nie zagłosuje. Pisząc o nich zauważyłem: "Obaj też w żaden sposób nie
naprawili szkody, co tym bardziej powinno usprawnić działania Temidy. Szanowni
panowie Bagiński i Derech-Krzycki nie prowadzą jednak żadnych zażartych dysput
na spacerniaku w podgorzowskim Wawrowie, zaś ich małżonki szczęśliwie nie muszą
zabiegać o kolejne widzenia w celi intymnych spotkań".
W półświatku często mówi się o tzw. "pieskach" - przestępcach, którzy w zamian
za bezkarność zostają policyjnymi konfidentami. "Słuchaj! Jakoś to się rozejdzie
po kościach, nikt się nie dowie o tym włamaniu, ale powiedz nam, kto na osiedlu
handluje narkotykami" - tak zachęcająco może brzmieć głos śledczego.
Czy takie pieski zawędrowały też do polityki?
Czy Robert B. i Przemysław S. są przestępcami?
Może niektórych rozczaruję, ale w rozumieniu ułomnego polskiego prawa - nie!
Mimo prowadzonych tylu postępowań karnych, ba, nawet stwierdzenia winy (biegły
grafolog powołany przez prokuraturę, co opisała kilka lat temu prasa, dowiódł
Robertowi B., że część podpisów sfałszował własnoręcznie, kandydując na
prezydenta Gorzowa), wobec podejrzanych nigdy nie zapadł wyrok skazujący.
Przynajmniej ja o takim nie słyszałem, a sporo czytam i rozmawiam z wieloma
ludźmi.
Kogo, według polskiego prawa, można jednak nazwać przestępcą?
Przed kilkoma laty ówczesny Prezydent Warszawy, Lech Kaczyński, został ukarany
grzywną w wysokości 10 000 zł i nakazem przeprosin za nazwanie byłego ministra w
Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy - "przestępcą i wielokrotnym przestępcą".
Wachowski miał kilka postępowań karnych i był nawet tymczasowo aresztowany, ale
stołeczny sąd we wspaniałomyślnym uzasadnieniu wyroku stwierdził, że "przestępcą
można nazwać jedynie osobę skazaną prawomocnym wyrokiem".
Pozwolę sobie zauważyć, że w rozumieniu polskiego prawa przestępcami nie są
najwięksi zbrodniarze w historii: Adolf Hitler i Józef Stalin. Próżno pisać do
niemieckich i rosyjskich centralnych rejestrów skazanych. Fuhrer i
Generalissimus nigdy nie byli skazani prawomocnym wyrokiem!!! Drżyjcie historycy
i publicyści! Rodziny Hitlera i Stalina przed polskim sądem mogłyby dochodzić
skutecznych wielomilionowych roszczeń za nazwanie przywódców brunatnego i
czerwonego socjalizmu przestępcami.