Gość edziecko: Rosa*
IP: *.*
28.11.02, 02:33
CześćCo jakiś czas wpadam na forum "mama cud" i znajduję tam wątki dot. fryzjerów, u których moja noga więcej nie postanie. Osobiście uważam ich za wyłudzaczy pieniędzy, a to z powodów poniższych. ciekawa jestem, czy i wy macie fryzjerskie traumy- a może ktoś dorzuci historię optymistyczną (z adresem oczywiście

)1. Dzień mojego ślubu. Ślub godz. 12.00, fryzjer godz. 08.00. Wchodzę z moją przyjaciółką- świadkową. Siadamy. Fryzjer :Czego sobie Pani (do mnie) życzy?Ja: (chcąc być dowcipna) Tu już panu zaufam. Prosze mnie zrobić na bóstwo, bo dziś wychodzę za mąż. Może pan robić co chce- ale ma być super.Tu następuje długa wstawka dotycząca autoreklamy rzeczonego fryzjera- jakich to kursów nie pokończył, kogo nie czesał, kim to nie chce być w przyszłości (oczywiście słynnym stylistą). robi mi coś, co nazywa się head line + strzyżenie + czesanie. Na marginesie- mam bardzo gęste, długie i grube włosy, możliwości więc miał duże.Po dwóch godzinach patrzę w lustro- i oczom nie wierzę. widzę wzrok mojej przyjaciółki- jest w nim panika, którą usiłuje pokryć nerwowym uśmiechem. Wyglądam jak diva lat osiemdziesiątych z kosmicznym tapirem na głowie. Dotykam włosów- są sztywne, poklejone i przypominają konstrukcję z drutu

. Pan fryzjer w skowronkach: Wygląda pani bosko, cudownie, rewelacja. Mam ochotę go zamordować, ale najpierw muszę uiścić nalezność- 200 zł (bagatela!). Jest 10.00. Wybiegam z salonu z jedną myślą- jak najszybciej łeb pod kran, żeby zmyć lakiery, żele i inne paskudztwa. W domu oczywiście nie ma szamponu- akcja "na ratunek" wśród sąsiadów z bloku, potem suszenie (jest grudzień). Na własny ślub docieram o 12.30, z mokrymi włosami i z fryzurą, przypominającą jako żywo żyto, w które właśnie rąbnął piorun.Po wszystkim okazuje się, że czesał mnie 17letni chłopaczek (wyglądał na więcej, plus ten image...) i był w dodatku praktykantem

2. Jestem po porodzie. Przeżywam etap :znów chcę być atrakcyjna kobietą. No więc wizyta u fryzjera. Odbija mi i życzę sobie trwałej. Proszę: tylko niech lekką mi pani zrobi i najlepiej ekologiczną. Fryzjerka kiwa głowa ze zrozumieniem. Po godzinie, siedząc z głową owiniętą ręcznikiem, pod którym płyn do trwałej skręca moje włosy, czuję niepokojący swąd (pani fryzjerka się zagadała). Po kolejnych minutach moim oczom ukazuje się widok pt. "Nie jestem kobietą, jestem baranem". Mąz wybucha śmiechem na mój widok,

a ja nie moge patrzec w lustro. Oczywiście fryzjerka nie może wyjśc z zachwytu nad dziełem swoich rąk. Nie muszę chyba dodawać, że ta trwała nie miała nic wspólnego z ekologią (chyba, że za ekologiczny uzna się barani efekt).3. Mimo fatalnych doświadczeń, znów poczułam "zew piękna", ktory pcha mnie do salonu fryzjerskiego. tym razem wybieram snobistyczny przybytek, licząc że jesli dużo się płaci, to efekt musi być wart każdej ceny. Zajmują sie mną fachowo- sympatyczny masaż głowy, profesjonalne komentarze, itd. Pani serwuje mi colour touch ("Pani włosy nabiora pięknego, głebokiego koloru, który jeszcze bardziej podkreśli karnację"), fachowe strzyżenie ("tu obetniemy, tam skrócimy- włosy będa się prześlicznie układać i fryzura skoryguje kształt twarzy") i odżywkę markowej firmy za ciężki pieniądz. Po zabiegu oglądam efekt. Moje włosy mają dokładnie ten sam odcień, co przed wizytą- a portfel schudł o kolejne 200zł. Strzyżenie i cieniowanie wyglądają pozornie dobrze. Po pierwszym umyciu włosów prawda o moim wyglądzie dociera do mnie z przerażającą jasnością- część włosów ma wyrzępolone końcówki, które nie dają się w żaden sposób upiąc, (bo są za krótkie) w przeciwieństwie do reszty mojej fryzury, która dla odmiany jest za długa. Zastanawiam się, czy nie przysługuje mi prawo do zbrodni w afekcie.Na koniec anegdota, która od zawsze poraża mnie swoją prawdziwością:Francuzka wychodzi od fryzjera. Koleżanki (z podziwem): "Ależ świetnie dziś wyglądasz kochana!"Polka wychodzi od fryzjera. Koleżanki (ze współczuciem):"Nic nie mów. Byłaś u fryzjera, tak?"