strasznie powoli leci, godzina po godzinie to jakby minął tydzień, dzień po dniu straaaasznie długi.
I pomyśleć, że dopiero niecałe 2 tygodnie a ja tu mam spędzić na tym szpitalnym łóżku jeszcze 12 tygodni.
Lekarz pozwolił mi pójść jutro na parę godzin do domu.
Na wózku do windy, z wózka do samochodu - 500 metrów mam do domu. Powiedział że jak się nic nie będzie działo to żebym poszła bo dostanę w szpitalu psychozy więziennej

Wydaje mi się że ja tego nie wytrzymam. W domu, dzieci, mąż - synek codziennie pyta - mamusiu kiedy będę mógł się do ciebie w domku przytulić?
Każdy dzień to czekanie od śniadania do obiadu i do kolacji, od tabletek do tabletek, od wizyty do wizyty i jedyną rozrywka to wiadomość "kto ma dzisiaj dyżur".
Wszyscy widzą mnie promienną i zadowoloną ale w głowie i w sercu ciężko. Do tego jeszcze ta cholerna cukrzyca, którą nikt się tu nie przejmuje. Zero diety zero kontroli cukru. Mąż mi kupił glukometr, jedzenie donosi a w szpitalu dostaję wszystko to samo co inni. Nawet o herbatę niesłodzoną ciężko się doprosić. A jak się doproszę to na śniadanie przyniosą, na obiad i kolację już nie.

A najgorsze jest to, że w razie "W" w moim szpitalu nie mają sprzętu do uratowania mego dziecka, jak się coś nie daj Panie Boże zacznie, to muszą mnie przewieźć jakieś 90 km stąd.
Tylko czy zdążą? Jak mi 1 konkretny skurcz i 5 mniejszych całą szyjkę rozwaliło????
Ech musiałam sie wyżalić.