Jestem w 2 ciąży. Pierwsze dziecko przedszkolne, planowane i uwielbiane przez męża, mąż jest naprawdę wspaniałym ojcem dla "pierwszaka". Ale na początku było bardzo trudno, nie radziliśmy sobie z tym, że nasze niemowlę było wyjątkowo wymagające i przeszliśmy w tym czasie spory kryzys małżeński. Mąż nie chciał 2 dziecka, ja z początku też nie ( z powodu tych trudności w okresie niemowlęcym), ale biologia zrobiła swoje (jestem już grubo po 30) i po pewnym czasie bardzo chciałam. W końcu go namówiłam i dość szybko zaszłam (niespodziewanie, bo za 1 razem dość długo się staraliśmy). Wiem, że maż dał się namówić, ale w rzeczywistości nie chciał. No i teraz mam za swoje

Mąż w ogóle nie angażuje się w kwestie "okołociążowe" - nigdy nie był ze mną u lekarza, chodzę sama, a poproszony - odmówił z niechęcią. Nie interesuje się moim samopoczuciem - przykłady: na początku kiepsko się czułam - takie typowe objawy typu megazmęczenie, mdłości itp - miał pretensje że za mało zajmuję się domem, kłóciliśmy się o to.Robiłam badania prenatalne - nie interesował się za specjalnie (np. USg wiedział tylko pierwsze - jako "dowód" że jestem w ciąży

, tylko raz nalegał, żebym zrobiła jak najbardziej dokładne - bo "jakby coś to wiesz co robimy..." a jak z niepokojem powiedziałam, że aborcja to nie jest taka prosta sprawa to uciął temat, że dla niego jest. Kilka razy (nawet przy świadkach) wprost powiedział, że poród i kwestie niemowlęce to nie jego sprawa, on się nie będzie angażował. Albo że nie wyobraża sobie, że będzie mógł kochać to "drugie" jak to "pierwsze". Nie było to powiedziane w złości, po prostu jako informacja. W innych dziedzinach jest dobrym mężem - jest życzliwy, okazuje mi ciepłe uczucia, razem dbamy o wszystkie sprawy (i w domu i finansowo raczej partnersko) itp nie mam mu nic do zarzucenia. Tylko ta kwestia ciąży - mam wrażenie że on się czuje "wrobiony" i reaguje trochę wyparciem i trochę agresją. Na pewno też się boi, że będzie jak poprzednio - tj. megatrudny okres niemowlęcy. Ale mimo, że rozumiem (tak myślę) przyczyny jego zachowań - w niczym mi to nie pomaga i cały czas mam do niego żal, że mnie nie wspiera. Dodatkowo nie mam z kim pogadać - z mamą mam średni kontakt (nie ma konfliktu ale nie jesteśmy blisko, dodatkowo nie przepada za moim mężem, więc nie chcę dolewać oliwy do ognia). Mam kilka przyjaciółek - parę razy coś tam napomknęłam, że mam problemy, ale stałego wsparcia raczej nie dostanę - ale jakoś ostatnio nam się kontakty rozluźniły i nie ma okazji do szczerej rozmowy - przez tel. nie umiem, a osobiście dawno się nie widziałyśmy. No i tak przyszłam tu się wygadać. Dzięki