mruwa9
03.09.05, 23:20
Sprowokowana atmosfera postow na tym forum i wylaniajaca sie z nich wizja
matki-Polki, jestem ciekawa, czy zdarzaja sie jeszcze w tym kraju kobiety,
ktore:
-nie oznaczaja we krwi betaHCG kilka-kilkanascie razy na poczatku ciazy, a
najlepiej w ogole jej nie oznaczaja;
-nie wpadaja w histerie, gdy 4 dni po zaplodnieniu nie widac jeszcze zarodka
w USG,
-nie odsadzaja ginekologa od czci i wiary, jesli w trakcie ciazy nie
przeprowadzi -nastu badan usg, a najlepiej 3D,4D... X D, gdzie X dazy do
nieskonczonosci..
-nie wpadaja w obsesje antytoksoplazmozowa, oznaczajac przeciwciala
kilkakrotnie w trakcie ciazy (a nota bene- czy w ogole oznaczajac np.
nosicelstwo HIV?ktora zrobila?)
-nie pedza do spowiedzi po kazdym skosztowaniu sera plesniowego,
-nie zmuszaja swoich partnerow do rozmawiania z brzuchem, ani nie zameczaja
calego otoczenia wysluchiwaniem opowiesci o swoich dolegliwosciach,
przyroscie wagi,rozstepach itp.
-po wykonaniu testu ciazowego nie pedza na ostry dyzur ginekologiczny, zeby
dostac recepte na duphaston- na wszelki wypadek.. (swego czasu ktos pytal,
jak dlugo zazywac ten lek w ciazy fizjologicznej, niezagrozonej)
-etc, etc...
Slowem- czy sa jeszcze kobiety, ktore przezywaja ciaze jako normalny etap w
zyciu, prowadzac normalna aktywnosc, jakby nigdy nic, bez
ostentacyjnego "brzuchocentryzmu"? Bo jakos mam wrazenie, ze ten typ to
gatunek na wymarciu... Troche moze przerysowalam, ale tylko troche.. nie
wytrzymalam w koncu. Przedstawicielki "gatunku na wymarciu" prosze o
wpisywanie sie pod spodem.