to już trzecia wizyta u lekarza w prywatnej przychodni. od miesiąca jestem
przeziębiona i naprawdę, nie mam ochoty kusić grypy łażąc do pracy zanim się
porządnie nie wyleczę.
tymczasem uprzejme panie doktorki dają mi z łaską dwa-trzy dni zwolnienia,
mimo że badając mnie stwierdzają "infekcję wirusową". wg nich mogę ją
spokojnie wyleczyć w ciągu weekendu, rutinoscorbinem i miodem z cytryną (!),
chociaż ewidentnie nie udało się to do tej pory. dzisiaj usłyszałam, że jeśli
chcę zwolnienie mogę iść do ginekologa. ale z moją ciążą wszystko jest w
porządku! mówię im, że mogę pracować w domu, po prostu nie chcę złapać grypy
i narażać siebie i dziecka na powikłania. patrzą się na mnie jak na
nienormalną.
czy któraś z was może mi wyjaśnić o co tutaj chodzi? dlaczego tydzień
zwolnienia dla przeziębionej kobiety w ciąży to taka łaska? i co powinnam
zrobić? może są jakieś magiczne formułki?