Hej, dziewczynki, moja malutka już jest na świecie, więc żegnam się z forami
ciążowymi i przenoszę na Niemowlaka - jeśli czas pozwoli siedzieć przed
kompem

Urodziłam 5.09. o godzinie 3.22 (w nocy). Lilka ma 3270g, 10p Apgar.
I teraz wątek optymistyczny- poród nie był taki zły, choć momentami
trudniejszy, niż się spodziewałam. Pierwsze 10h skurczów przeszło zupełnie
lightowo, potem dostałam zzo i było jeszcze lepiej

Trudne były tylko
ostatnie 3h, bo zzo zeszło, anestezjolog była przy cc i nie mogła mi nic
dostrzyknąć (to dla tych, które nie rozumieją, że jeden lekarz nie może
znieczulać naraz całej porodówki i dlatego zzo nie ma w standardzie), pojawiły
się bóle krzyżowe. Bolesne, ale do przeżycia

Natomiast wymęczyło mnie to, że
te bóle nie mijały, nie było przerwy na odpoczynek- a inne rodzące spokojnie
chodziły sobie między skurczami po korytarzu

To naprawdę dało mi w kość na
tzw. kryzysie 7 cm (między tym 7 a 9cm naprawdę pojawiły mi się myśli, że nie
dam rady i malutka zostanie we mnie już na zawsze

). Potem zaczęłam słuchać
swojego organizmu, przestałam oddychać zgodnie z zaleceniami, tylko sobie na
skurczach popierałam (znacznie mniej bolało), wreszcie kategorycznie zażądałam
od męża piłki. Na piłkę już nie dałam rady wejść, wystarczyło, że usiadłam na
brzegu łóżka i pojawiły się parte. Na siedząco szybko dociagnęłam do 10cm i
ani się obejrzałam, jak przyszła pora na finał. Położna próbowała ochronić
krocze, ale nie udało się i naprawdę z ulgą zgodziłam się na nacięcie (nie
bolało, dopilnowałam, żeby cięli na skurczu). Jakieś 5-6 skurczów i Lilka była
już z nami

)
Parę rad praktycznych- podczas porodu walczcie o możliwość poruszania się,
zmiany pozycji itd- to naprawdę pomaga. Ja dostałam zakaz wstawania i dlatego
bóle były tak uciążliwe. Nie piszcie sobie scenariuszy porodu, nie zakładajcie
niczego na zapas (typu "nigdy nie zgodze się na nacięcie")- lepiej na bieżąco
dostasowywać się do tego, co zastaniemy. Bardzo ważna jest obecność kogoś
bliskiego- mój mąż głównie podawał mi wodę, trochę masował plecy, rozmawiał-
niby nic wielkiego, ale sama jego obecność była niesamowitą podporą. Nie
wyobrażam sobie rodzić bez niego. Traumy wielkiej nie przeszedł (choć wiem, że
było mu ciężko patrzeć bezsilnie na cierpienie), libido ma takie, jak przed
porodem

)
Naprawdę PORZĄDNIE poczytajcie o karmieniu, ja czytałam, ale i tak po porodzie
wszystko wyleciało mi z głowy i mała niemiłosiernie pogryzła mi brodawki.
Doradca laktacyjny pojawiła się dopiero 3 dnia po porodzie, do tego czasu
byłam zostawiona sama sobie
Poczytajcie wątek "pierwsze dziecko zmienia wszystko" na Niemowlaku albo
książkę o tym tytule- bardzo przydaje się na baby-bluesa (mnie trzymał przez
cały pierwszy tydzień, na zmianę wpadałam w euforię i czarną rozpacz). I nie
zdziwcie się, jak nagle zapragniecie zapakować noworodka z powrotem do macicy
i zaczniecie się zastanawiać "czemu tak mi się spieszyło do tego porodu"

)
To normalne