Długi ten opis, ale za to rzetelny.
Start!
Witam!
11.12 urodziłam na Czerniakowskiej przepięknego synka Aleksandra. I jest to
chyba jedyna pozytywna rzecz jaka mi się z tym miejscem kojarzy.
Sam poród jeszcze OK, trzeba było pojechać na oksytocynie, bo wody odeszły a
skurczów nie było i już

ale od początku:
ZWIASTUN
W nocy o 3.45 obudziło mnie sączenie z tzw. dróg rodnych. Położyłam się 2
godziny wcześniej, miałam więc perspektywę porodu po nieprzespanej nocy. Po
naradzie z mężem, mamą i przyjaciółką pojechaliśmy do szpitala. To jednak nie
były wody, chyba czop. Wodnista, bezbarwna substancja. Położyłam się więc na
trochę, mąż pojechał do pracy i…
PORÓD
Wody odeszły o 11, o 12.30 byłam już na izbie przyjęć (przed wyjściem
musiałam jeszcze umyć głowe

, panie w kolejce do ktg słysząc, co się dzieje
przepuściły mnie szybko do gabinetu. Termin miałam na 6.12, od kilku dni
byłam monitorowana ktg, wiedziałam gdzie i do kogo się zgłosić. Teraz też
kazano mi się położyć, ale skurczów nie było. Pani pielęgniarka chciała mnie
więc zbadać, poprosiła, żebym się rozebrała. Byłam zdenerwowana, nieporadnie
mi to szło więc powiedziała: „proszę się pospieszyć bo pacjentki czekają!”
Dla mnie jak obuchem w głowę. To ja ledwie stoję zakłopotana,
zdezorientowana, a ona tak do mnie? „Ja nie przyszłam tu na maraton, tylko
rodzić!” odpowiedziałam. I co? Za chwilę przeprosiła, była milutka, kochana,
miód, głaskanie po głowie (dosłownie).
Rozwarcie 0,5 cm, kazała się przebrać i zawiozła wózkiem do sali rodzenia.
Tam – plaża; sympatyczne pogaduszki, wywiad, czytanie, nadal żadnych skurczy.
Odżywianie kroplówką, nudy.
W końcu o 15.30 podłączono mnie pod oksytocynę, pielęgniarka dała mi też
jakiś zastrzyk. Pytam: „co to jest?” A ona: „a co, nie chce Pani?!” z
pretensją w głosie… Nawet nie wiem co to, chyba jak mnie kłują, to powinnam
wiedzieć o co chodzi? To było na rozwieranie szyjki.
I czekałam, czytałam, mąż drzemał, aż tu o 17 zaczęły się skurcze. Mocne
uderzenie, po pół minuty co dwie minuty. Koniec laby, czas popracować. Zawsze
myślałam, że będę chodzić, kąpać się, że mąż mnie podtrzyma, pomasuje, a tu
nic! Chciałam się tylko zwinąć w kłębek i sapać. Kiedy mąż próbował masować
mi krzyż tylko go ofuknęłam – przeszkadzało mi to i dekoncentrowało. Tutaj
byłam tylko ja i moja szyjka macicy . W pewnej chwili położna (już jakaś
druga) kazała mi zejść z łóżka i siąść okrakiem na piłce. Bujałam się tak
(dobrze mi to zrobiło) i pojękiwałam, bo ból już był spory, prawie bez
przerw. W końcu o 19.45 położna spytała, czy dać znieczulenie – było mi
wszystko jedno, zgodziłam się. Zaczęła mnie badać i okazało się, że to już,
i... Zaroiło się od lekarzy, pielęgniarek i nie wiem, kogo jeszcze, bo byłam
w transie. Rozbłysły reflektory (ciekawe jak mały się czuł przy takim
przejściu z ciemności w światła jupiterów…

, wszyscy ustawili się na placu
boju czyli wokół mojego krocza. Jakaś pani szybko i zręcznie mnie podgoliła i
w szczycie skurczu zrobiła mi nacięcie. NIKT mnie oczywiście nie zapytał o
zgodę, to nie ważne, moje czy nie moje ciało, tną i już. A odcierpiałam potem
to nacięcie, oj jak! 10 minut później przytuliłam moje maleństwo. 4 parcia
załatwiły sprawę, („pudzian” to przy mnie mały bobas!) mały smoczek przytulał
się do mojej piersi, mąż nie mógł wyksztusić słowa z zachwytu: „jaki on
piękny!” powtarzał… Jeszcze przed ciążą byliśmy umówieni, że on przecina
pępowinę jak tylko przestanie tetnić. Taaaa…. Nikt nawet w tej sprawie nie
pisnął, przecięli i już, co się będą z nami ceregielić, przecież to mało
ważne dla młodego ojca…
Do samego porodu - spoko, miodzio, czy jak to tam można nazwać. Cały czas
był ze mną mój mąż, mimo, że nie chciałam pomocy, to ważna dla mnie była jego
obecność. Rodziliśmy w sympatycznym pokoju, sami, dopiero przy parciu zaroiło
się w nim od personelu (ciekawa jestem po co?). Całość przebiegła ekspresowo
i bez większych zastrzeżeń.
Ale w tym momencie przestało być sympatycznie - dzidzię zabrano na badania
(wszystko OK), mąż poszedł za nią, a ja miałam rodzić łożysko. Nie dano mi na
to niestety najmniejszej szansy - położne, a może lekarki, nie wiem, zaczęły
naciskać mi na brzuch, ciągnąć za pępowinę, słowem, robiły wszystko, żeby jak
najszybciej ze mnie to wyszarpnąć. Po co? Może dlatego, że była 20.00 i komuś
się spieszyło... W każdym razie czułam, że trzeba mi dać jedynie chwilę
oddechu, trochę czasu, a wszystko potoczy się naturalnie. Nie jestem
lekarzem ale wiem, że rodzenie łożyska może trwać godzinę, że gdybym
przystawiła małego do piersi, to to by mogło przyspieszyć ten proces... Tak
też nieśmiało powiedziałam - dajcie mi go do piersi, a łożysko się urodzi,
nie trzeba się spieszyć... Nikt nie raczył mi jednak nawet odpowiedzieć,
jakbym rzuciła grochem o ścianę! I leżałam tak totalnie bezradna, gnieciona
przez położne nie wiadomo po jaką cholerę, czułam się zupełnie bezsilna,
wręcz gwałcona - robiono mi krzywdę (tak to odbierałam) i nikt nie chciał mi
pomóc. O niczym nie informowano, nawet, jak pytałam, jakby mnie nie było,
tylko kawał mięsa. Może było coś nie tak, ale czułabym się o wiele lepiej,
gdybym COŚ wiedziała! Skończyło się tak, że zostałam wyłyżeczkowana i
ostatecznie straciłam litr krwi. Oczywiście jak spytałam przy wypisie o
przyczynę utraty krwi powiedziano mi, że to by trzeba zbadać, nie wiadomo...
Trata tata.
No i tyle poród
PO PORODZIE – opieka, warunki
Pobyliśmy jeszcze trochę razem, w końcu mąż o 24 pojechał do domu, ja na
salę, a dzidzia na noworodki - nie chciano mi jej dać, bo nie byłabym w
stanie się synkiem w nocy zająć Nawet specjalnie ściągnięto panią z
noworodków, żeby mnie przekonywała, bo nie chciałam się z synem rozstać. Ale
racja, byłam bardzo słaba. Mimo to mam wyrzuty sumienia. Obiecano mi, że nie
będą dokarmiać, najwyżej napoją glukozą. (gdzie tam dbanie o odruch ssania!)
Nie wierzę, że nic nie dali, ale przecież nie sprawdzę. Nie mogłam z bólu
spać, ale miła położna (tak, była taka, ale nie wiem, jak się nazywała)
przyniosła mi procha i jakoś ta noc minęła. A później – obudziłam się o
piątej, po kiepskich, przerywanych bólem pięciu godzinach snu. Leżałam na
sali sześcioosobowej, tej nocy mamy nie miały dzieci przy sobie. Dwie po
cesarce, jedna z wcześniakiem, oczywiście na sali tylko spała a mała była w
inkubatorze. Przyniesiono dzieci, i od tego momentu nie chciałam już się z
synuśkiem rozstawać. Śniadanie, obchód, nic specjalnego. Mały OK., ja jakoś
tam sobie radziłam. Wiadomo – blada jak ściana, nie mogłam za bardzo się
ruszać, jak to po porodzie. Potem odwiedziny, mycie… No właśnie. Na cały
oddział (myślę, że ok. 20 łóżek, może więcej bo nie wiem, ile sal) była jedna
łazienka z dwoma prysznicami (ktoś palił pety) i dwa kibelki. Bez klamek. Raz
wtrynił mi się jakiś facet, nawet nie zapukał… Brudno, zarówno w łazienkach,
jak i na salach. Brak papieru, o sztućce musiałam poprosić.
Jako przeciwbólowe podawano mi apap. Ciekawe tylko, że z opakowania
dowiedziałam się, że nie można go brać w anemii. Ja miałam ciężką anemię.
W szpitalu spędziliśmy o czwartku do niedzieli, czyli trzy doby. W tym czasie
ANI RAZU nie przyszła żadna pielęgniarka spytać:
-czy wiem, jak przewinąć
-czy wiem, jak wykąpać
-czy wiem, jak karmić.
Wiedziałam. Na szczęście. Z karmieniem podpowiedziała mi przyjaciółka. Ale
śmiać mi się chce jak czytam w gazetach, że przyjdą i wszystko powiedzą.
Dziecko kąpano w czasie obchodu noworodków – zabierano wszystkie dzieciaczki
na badania i kąpiel o 20, o wynikach informowano rano. I tak zdarzyło się, że
rano przyszła lekarka i powiedziała, że mały miał podwyższoną temperaturę
(37,8) i że powinnam odwinąć go z tego