kosmik_1
22.11.07, 10:37
Witam serdecznie.
Długo zbierałam się aby opisać to, co spotkało mnie w szpitalu 6
tygodni temu podczas porodu i po nim. W wyborze szpitala kierowałam
się książeczką, którą
znalazłam w jednej z gazet dla przyszłych mam, w której to był
ranking najlepszych szpitali. Siemiradzki zają 3 miejsce w Polsce!
No a jak wygląda w tym
szpitalu pobyt... 1. Po przyjęciu do szpitala mojemu mężowi kazano
czekać (na nie wiem do dziś co) na fotelach na półpiętrze szpitala.
Mnie zabrano i
posadziwszy w pomieszczeniu z obleśnie wyglądającą kabiną
prysznicową i kibelkiem (inne słowo nie przychodzi mi do głowy)
również kazano czekac. Nikt nie
zajrzał tam do mnie przez 20 minut. Nie powiem żebym nie była nieco
zestresowana tą sytuacją bo nie wiedziałam co sie dzieje. Po tych 20
minutach przyszla
położna i powiedziała do mnie cytuję "połóż się"-tu wskazuję na brak
formy grzecznościowej. Ucieszona, że jestem już ogolona (a ja
jeszcze szczesliwsza z
tego powodu na widok WIELORAZOWEJ ZARDZEWIALEJ maszynki do golenia)
powiedział "odwróć się i zrobiła mi bez słowa lewatywę. Chciało mi
się już wtedy wyć bo
czułam sie traktowana jak przedmiot. Po wszystkim poprosiłam czy
moge zejsc do męża, do którego nikt nie podszedł i posłałam go po
niektóre potrzebne mi
rzeczy. 2. Zabrano mnie na ogólną salę porodową i podłączono
oksytocynę, której już nie odłączono do końca porodu. Zaczęłam się
dopytywac co z moim mezem -
jak sie tu moze dostac itd? Pani położna była bardzo zdziwiona ze ja
wogole mowie o jakims porodzie rodzinnym. Po jakiś 2 godzinach
przeniesiono nas do
salki, w ktorej moglam byc z mezem. 3. Przed porodem - az do samego
porodu odwiedzano nas raz na jakis czas zeby sprawdzic ile mam
rozwarcia. Jeden jedyny
lekarz, niezwykle sympatyczny zapytal sie jak sie czuje. Kiey doszlo
do najgorszych boli i nie wytrzymalam, i zaczelam krzyczec
uslyszalam od poloznej zebym
sie nie darła bo jest późno. Jak się później okazało, dziewczyna,
która urodziła 15 minut wcześniej, usłyszała żeby się zamknęła(!).
Wiem o tym ponieważ
leżałyśmy na tej samej sali. 4. Porod: mojego dzidziusia dostałam na
kilka zaledwie sekund na brzuch, potem ja zabrano, na szczeście mąż
mógł pójść z nią. 5.
Po porodzie: łożysko - lekarz próbował ze mnie je wycisnąć, ale
kiedy błagalnym głosem poprosiłam żeby mi dał chwile odpocząć od
bólu trzymał mnie za rękę i
poczekał na skurcz. W tym samym czasie położna ze zniecierpliwieniem
czekała kiedy to sie wreszcie skończ (nie wiem może miała jakiś
ciekawy program w
telewizji), po godzinie zszywania ponieważ mimo nacięcia pękłam mąż
przyszedł z Zosieńką. 6 mąż: mojego totalnie niedoświadczonego męża
zostawiono na prawie
godzinę z Zosią samego. nie dano mu żadnej informacji o tym jak ja
sie czuje i co sie ze mna dzieje. Nie powiedziano jak ma bobasa
trzymać. Dostał tylko
repryymende kiedy wyszedł z nią na korytarz, żeby ją ululać. 7.:
Sala poporodowa: zawieziono mnie tam i małą. Nikt mi nie powiedzial
jak mam przystawić
malutką do piersi. Dopiero dziewczyna z sali mi coś powiedziała.
Dzwonki w sali nie działały, wiec nie można było nikogo poprosić.
Położne zjawiły się
dopiero okolo 5 rano na mierzenie temperatury i ciśnienia. Zero
opieki. Potem kiedy prosiłam żeby mi pomogły nakarmić malutką a
właściwie pokazały jak się
przystawia do piersi, zniecierpliwione nasadzały mi małą na pierś.
No a to nie dawało dużo bo chciałam żeby pokazały mi jak mam sama to
zrobić a nie czterema
rękoma. Dopiero jedna położna nauczyła mnie wszystkiego i nie
trwało to dłużej niż 10 min - wystarczyło chcieć, a nie musiałabym
za każdym razem do nich
chodzić. Najwiekszą paranoją były poranki. O 8 zaczynał się obchód.
Położne wtedy biegały i kazały wietrzyć, sprzątaczki sprzątały i
ukladały nam rzeczyżeby
nie było bałaganu, panie od kuchni przynosiły nam śniadanie...a
przełożona położnych kazała nam się kłaść do łóżek - bez
śniadania "bo zaaz będzie obchód".
Jak to zobaczyła inna położna to jak tylko przełożona poszła to
kazała nam wstawać i jesć i wyraziła swój pogląd na ten temat. Jak
za komuny - wszystko ma
ladnie wyglądać z zewnątrz. 8 wypis: dzień wcześniej ordynator
powiedział zeby nie i małą wypisaći kazać mi przychodzić na
zastrzyki z żelaza. Nie wypuściła
mnie pediatra, bo mała jeszcze nie zaczęła przybierać. W dniu wypisu
inny lekarz powiedział że dopoki nie zobaczy moich badan z dnia
dzisiejszego to nie ma
mowy o wypisie. Ze względu na bardzo poważną anemię pytał czy sie
zgadzam na transfuzję. Na szczęście wyniki się zaczęły tego dnia
poprawiać i mnie
wypuszczono.
Siemiradzki jest teraz remontowany i nie wiem czy nie wszystkie sale
maja sie zamienic w komercyjne (ale nie jestem pewna). Wiem tylkoj
jaka jest różnica jak
się zapłaci. Tam pielęgniarki wietrzyły same, dopytywały się o
zdrowie pacjenteki były na kazde ich skinienie - wiem to od
dziewczyny, która z braku miejsc
tam leżała a potem przeniesiono ją do nas. BYła bardzo zdiwiona
różnicą poziomów opieki.
Drugiej dziewczynie bez przerwy mylono wszystko w karcie - włącznie
z tym , że napisano że urodziła chłopca a urodziła dziewczynkę.
Trzeciej nie zgadzała się data urodzin dziecka. Na jej skargę
odpowiedziano, że przecież jej dali po porodzie do sprawdzenia - ja
nie byłam w stanie nic
przeczytać po porodzie.
Pod państwa ocenę poddaję to co napisałam. Chciałam napisać w miarę
suchą relację, ale chyba sie nie do końca da.
Pozostawiam to jednak bez komentarza...
Z poważaniem
Magdalena Kruszelnicka