Dodaj do ulubionych

JAK NAS POTRAKTOWANO W SZPTALU

07.11.03, 22:49
Obserwuj wątek
    • mamajanka Re: JAK NAS POTRAKTOWANO W SZPITALU 07.11.03, 23:11
      Przepraszam wszystkie emamy, jestem zdenerwowana. Myślałam, że do dziś mi
      przejdzie, ale nic z tego. Nie pomogła nawet wizyta u fryzjera...
      Wczoraj wieczorem wylądowałam z moim dwuipółletnim Jankiem w Izbie Przyjęć
      jednego z wrocławskich szpitali. Mały skarżył się na ból siusiaczka, bał się
      zrobić siusiu. Zauważyłąm, że siusiak jest opuchnięty i zasiniony. W szpitalu
      najpierw dowiedziałam się, że nie mam na co czekać, bo są inni, ważniejsi
      pacjenci, a my możemy jechać do chirurga, bo na pewno będzie potrzebny.
      Zawzięłam się jednak i po odczekaniu 2 godzin wreszcie znalazłam się z Jasiem
      w gabinecie. Tam naburmuszona lekarka kazała mi rozebrać dziecko do naga i
      położyć na kozetce. Już to stanowiło dla mnie upokorzenie, uważam, że dziecko
      można badać bez niepotrzebnego wprowadzania elementów stresu. Zbadała Go
      całego, zauważając przy tym siniaka na udzie. Zasugerowała, że dziecko jest
      bite, stąd zapewne ten siniak. Siusiaka zostawiła sobie na koniec. Mimo mojego
      sprzeciwu bez żadnego znieczulenia odwiodła napletek i zaczęła uciskać
      siusiaka, udowadniając mi, że pod napletkiem zbiera się wydzielina, więc
      zaniedbałam synka. Wezwała nawet pielęgniarkę, żeby Jej zademonstrować
      odkrycie. Przez całe badanie Jaś krzyczał w niebogłosy, niemal się zaniósł. Po
      badaniu usłyszałam, że Jaś musi zostać w szpitalu, ponieważ ma CHOROBĘ
      WENERYCZNĄ, którą zaraził się zapewne ode mnie. Szlag mnie trafił na miejscu,
      oczywiście zabrałam dziecko do domu. Usłyszałam jeszzce, że doprowadzę Go do
      bezpłodności i czy dziecko było kiedyś badane przez pediatre, bo jest ogólnie
      zaniedbane. Dziewczyny, jak można tak traktować ludzi? Jestem poważną,
      wykształconą osobą, o dzieci dbam jak tylko mogę, nie pracuję nawet tylko
      zajmuję się domem i synkami. Lekarka odmówiła podania swojego nazwiska, mimo
      to napisałam już na Nią potężną skargę do dyrektora szpitala. Nie łudzę się,
      że to wiele da, ale przynajmniej przelałam swoje rozgoryczenie na papier.
      Uważam, że lekarka obraziła mnie i moją rodzinę, nie mogę tego tak zostawić.
      Czy naprawdę musimy się zgadzać na takie traktowanie? Jeśli któraś z emam ma
      podobne doświadczenia, bardzo proszę o kontakt, razem można więcej!
      Pozdrawiam i dziękuję za wysłuchanie. Joasia
      • humcajs Re: JAK NAS POTRAKTOWANO W SZPITALU 07.11.03, 23:26
        Na szczęście takiego doświadczenia nie mam, ale też wiele mogłabym napisać na
        temat lekarzy. Dobrze zrobiłaś, że napisałaś skarge, ja też kilka razy
        interweniowałam u kierowników przychodni. Nie chodzi o to, że to coś da, czy
        nie, ale niech się wreszcie skończy u nas ten mit lekarza jako świętej krowy.
        Pani doktor pije kawę z koleżanką (40 min), a w poczekalni krzyczy chore
        rozgorączkowane dziecko (moje). Acha i zamnkęła się w gabinecie na klucz z tą
        panią (dlaczego? - podejrzane). To było w poradni w Gliwicach na Opolskiej,
        pani laryngolog - Jarosz. Zrobiłam awanturę telefonicznie, niestety.
        Dobrze, że zabrałaś małego do domu i nie dałaś się.
      • malgosia87 Re: JAK NAS POTRAKTOWANO W SZPITALU 08.11.03, 08:43
        Joasiu,

        Bardzo mnie poruszył twoj list, ale niestety nie mogę ci pomoc, bo mieszkamy w
        Warszawie,a w dodatku mam corkę i takie problemy są mi nieznane.
        Tylko troche wiem jak się czujesz, nasze jedyne doświadczenie z publiczną
        służbą zdrowia miało miejsce przy zakładaniu gipsu(szpital na Niekłańskiej),
        obyło się bez płaczu i bólu, tylko ta naburmuszona mina pielegniarki sad(.
        Zachowanie lekarki, które opisałaś jest skandaliczne, wynika z niego że
        najmniej interesował ja problem z jakim przyszliście i te osobiste
        wycieczki ... .
        Ciekawe czy doczekasz sie w ogóle jakiejś reakcji dyrekcji owego szpitala?
        I napisz co dalej z synkiem.
        Serdecznie pozdrawiam,
        Małgosia
      • sasha3 Re: JAK NAS POTRAKTOWANO W SZPITALU 08.11.03, 09:10
        Ciekawe, co powiedziałaby owa pani doktor po obejrzeniu moich wiecznie
        posiniaczonych dzieci (starszy - nogi właśnie, młodszy - nogi, a nierzadko i
        czoło). Wyrodni rodzice, maltretują dzieci! he he. W dodatku moje dzieci
        aktualnie dużo chorują, więc są blade, mają podkrążone oczy i autentycznie
        wyglądają na zaniedbane sad
        W świetle tego, co ostatnio dzieje się wśród naszego społeczeństwa,
        podejrzliwość jest wskazana, jak najbardziej, ale zdiagnozowanie maltretowania
        chyba nie jest trudne? Przesada w drugą stronę nie jest dobra.

        A co z tym siurkiem?
      • olaart Re: JAK NAS POTRAKTOWANO W SZPITALU 08.11.03, 09:23
        Mamojanka, bardzo poruszył mnie ten list, napisz proszę w którym wrocławskim
        szpitalu miała miejsce ta nieprzyjemna scena. To, że lekarka nie chciała podać
        swojego nazwiska już kwalifikuje się do napisania na nią skargi ( jeżeli już
        sie dowiesz bardzo proszę podaj mi je na priva, podaj je też twoim znajomym
        aby ową panią omijali szerokim łukiem i nie daj Boże dali jej kiedyś zarobić).
        Oskarżenie matki, na podstawie jednego siniaka ( moje dziecko ma na ciele parę
        siniaków, do tego wiecznego strupka na głowie bo szoruje głową po dywanie -
        ciekawe, mnie to już chyba powinni zamknąć za te "zaniedbania") i obolałego
        siusiaka ( jejku przecież to najpowszechniejsza dolegliwość małych chłopców!).
        Dodam jeszcze, że skarga tylko do dyrektora szpitala to stanowczo za mało,
        napisz podobną do Naczelnej Rady Lekarskiej i NFZ.
      • ez_analityk Re: JAK NAS POTRAKTOWANO W SZPITALU 08.11.03, 09:28
        Jedź prywatnie do lekarza, polecam pani dr Koralewska tel. 368 19 19 Abrahama
        38 b (cena 40). W nagłych sytuacjach przyjmuje nawet o 22 w nocy. I zawsze
        odradza wizytę w szpitalach
      • iju Re: JAK NAS POTRAKTOWANO W SZPITALU 08.11.03, 09:45
        Ja tez mam niezbyt mile wspomnienia z wizyt w panstwowej sluzbie zdrowia,
        najgorsze jest to ze ci sami lekarze prywatnie zachowuja sie zupelnie inaczej,
        wiem bo przez przypadek sprawdzilam. Zycze zdrowia synkowi. Pozdrawiam. Ewa J.
      • zgagusia Re: JAK NAS POTRAKTOWANO W SZPITALU 08.11.03, 12:20
        SKANDAL!!!
        napisz koniecznie w ktorym szpitalu tak Was potraktowano, tez jestem z
        Wroclawia, trzeba omijac ten szpital szerokim lukiem. Zloz skarge w Izbie
        Lekarskiej (DIL ul. Matejki 6) - to nic ze nie znasz nazwiska, to jest to
        sprawdzenia kto mial wtedy dyzur.

        pozdrawiam
        Agnieszka
        • miranda3 Re: JAK NAS POTRAKTOWANO W SZPITALU 08.11.03, 13:39
          Tez jestem z Wroclawia i ostatnio trafilam z corka do szpitala na 1 maja, pani
          doktor kompetentna, ze swietnym podejsciem do dzieci (moje dziecko b. boi sie
          lekarzy a dala sie spokojnie zbadac) wyszlismy uspokojeni.
          Natomiast dwa razy mialam okazje byc z corka na ostrym dyzurze laryngologicznym
          na Kaminskiego : pierwszy raz trafilismy na pania doktor z podejsciem jak
          powyzej, natomiast po roku mala trafila do szpitala na tydzien, bylismy na
          konsultacji na laryngologi i na USG brzucha I TO BYL KOSZMAR , nawet nie lubie
          tego wspominac, badanie na sile, zero odpowiedzi na moje pytania, pani na USG :
          obserwowala dziecku cytat : flaki sad(

          Napisz koniecznie jaki to byl szpital, chociaz pewnie w dobrym mozna trafic na
          fatalnego lekarza i na odwrot

      • milewicz1 Re: JAK NAS POTRAKTOWANO W SZPITALU 09.11.03, 07:22
        Joasia,
        nie przejmuj sie! Nie Ty pierwsza trafilas na takiego pseudolekarza! Mam tylko
        nadzieje, ze takie jak ty osoby zajma sie odpowiednio tymi "lekarzami" aby to
        samo nie spotkalo nikogo innego.
        Pozdrwiamy

        Monika&lenka
      • dethy Re: JAK NAS POTRAKTOWANO W SZPITALU-Legnica 09.11.03, 21:32
        Mamo Janka,bardzo wspolczuje Wam przezyc,tego koszmaru...
        Dobrze,ze nie popuscilas tej doktorce.Jak to slusznie ktos napisal-trzeba sie w
        koncu zajac tymi swietymi krowami,lekarzami.Gdzie jest etyka lekarska,gdzie
        przysiega Hipokratesa???
        My tez mielismy kilka nieprzyjemnych zajsc z lekarzami.Pierwsze mialo miejsce w
        przychodni,gdzie udalismy sie z chorym na swinke synem.Mial objawy typowe dla
        swinki,a ponadto pol jego przedszkolnej grupy na nia chorowala.Jednak p.doktor
        (nie pamietam nazwiska) zaczela wynajdywac jakas angine.Moj maz powiedzial
        jej,ze to ewidentna swinka,a ona wtedy wykrzyczala,ze to ona jest tu lekarzem i
        jak chcemy to mozemy isc do lekarza obok.Poszlismy.Tamta doktorka potwierdzila
        swinke...Ale w pare lat po tym zajsciu bralam karte syna ,bo przenosilam go do
        innej przychodni.No i przejrzalam ta karte.Przy tej wizycie (j.w) bylo
        napisane,ze MOJ MAZ JEST NIEZROWNOWAZONY !!! Chcielismy zrobic sprawe tej
        doktorce,ale nasz lekarz rodzinny powiedzial nam,zeby dac sobie spokoj,bo ona
        juz nie pracuje.

        Drugi przypadek byl w szpitalu w Legnicy przy ul.Iwaszkiewicza na oddziale
        dzieciecym.Nasza 2-letnia corka miala miec zrobiona cystografie mikcyjna.Kazali
        nam przyjsc o 9-tej rano i przyjeli na oddzial.Praktycznie o nas zapomnieli...
        Maz od 12-tej chodzil to do dyzurki,to do pracowni rtg i przypomnial sie.W
        koncu o 14-tej nas wzieli na badanie.Jednakze dziecko bylo tak podenerwowane,ze
        nie mozna bylo zrobic tego badania i wykonujaca je spytala dlaczego malej nie
        podano na oddziale nic na uspokojenie??Wrocilismy na oddzial,mala dostala syrop
        i zaczela przysypiac.Kazano nam ja zabrac i znow na badanie.Wlasciwie sytuacja
        sie powtorzyla.Na nic syrop...musielismy jej zrobic to na sile...Inaczej
        wygladaloby,gdybysmy z mala przyjechali z domu na godz.14-ta np.Dziecko byloby
        spokojniejsze.Powiedzielismy o tym doktorce na oddziale,a ta byla bardzo
        zdziwiona,ze mialaby do nas dzwonic,abysmy juz przyjezdzali(mieszkamy 5
        min.drogi od szpitala).Zrobilismy tam drake,a na drugi dzien wyniki badania od
        rana grzecznie na nas czekaly u tej p.doktor.Jak sama przyznala,to dzieki tej
        awanturze na caly oddzial.Wyglada na to,ze z nimi nie mozna po grzecznosci....
      • chalsia Re: JAK NAS POTRAKTOWANO W SZPITALU 11.11.03, 22:35
        Wiem, że nie kazdy tak potrafi, zwłaszcza w stresie, no bo dziecko chore -
        niestety, jedyna metoda, to z zimną krwia opieprzać lekarza i robić awantury
        (czasami nawet i życzyć sobie podania tego co powiedział na piśmie i z
        pieczątką).
        Po zabiegu odklejania napletka (w pełnej narkozie poprzedzonej na moje żądanie
        głupim jasiem) przyszłam do chirurg dziecięcej (mającej, nota bene, dobry
        kontakt z dziećmi) na kontrolę po kilku dniach. Synek (1,5 roku) płacze, tulę
        go leżącego na leżance i jedną ręką "na siłe" rozbieram. Mały leży, lekarka (w
        asyście pielęgniarki) do mnie bym samodzielnie odciągnęła napletek. Ja na
        to "mam brudne ręce", lekarka "tu jest umywalka, może pani umyć". Ja na to "nie
        będę myła, mały płacze, nie będę go stresować odchodząc od niego". Lekarka "to
        co, mam nie oglądać/robić kontroli?". Ja na to "nie, to PANI ma to zrobić, nie
        i ja i to W TEJ CHWILI !!! To Pani obowiązek, od tego tu Pani jest. Jak się
        chciała Pani przekonać, czy potrafię dobrze pielęgnować i odciągać napletek, to
        straciła Pani okazję - trzeba było mi wytłumaczyć na początku czego Pani
        oczekuje, dlaczego ja mam to zrobić, pewnie bym zrobiła"
        Potem była już uprzedzająco grzeczna.
        Pozdrawiam,
        Chalsia
      • anna_druzd Re: JAK NAS POTRAKTOWANO W SZPITALU 28.11.03, 09:49
        Ja teraz żałuję, że nic nie mówiłam w odpowiednim czasie. A to było tak: zaraz
        po porodzie (10 pkt) dziecko zaczęło siniec. W nocy tylko przez przypadek
        zabrano go na Litewską. Tydzień na OIOMie, w 3 dobie lekarka powiedziała, że
        tu potrzebny cud. Udało się, Kacper przeżył, zacząl zdrowieć. Lekarze na
        Oiomie byli wspaniali, jakby nie było zawdzięczam im życie swego dziecka.
        Koszmar zaczął się później. Przychodzimy któregoś dnia z mężem do syna na
        OIOM. Okazało się, że jest na Oddziale noworodkowym. Poszliśmy tam. Przyszła
        doktor prowadząca, przedstawiła się i na tym informacje się skończyły. Żadnych
        informacji o stanie zdrowia dziecka przez cały miesiąc pobytu. Siedziałam w
        szpitalu od rana do wieczora. Siedziałam na niewygodnym krześle bez jedzenia i
        bez picia. Nie raz dowiadywałam się, że robię coś nie tak (np. że dziecko za
        mało je, bo nie umiem go nakarmić) ale nic, żadnej pomocy, po prostu źle pani
        robi i koniec. Nie raz wracałam do domu ze łzami w oczach, wykończona. W
        rezultacie ważyłam 45 kilo. Do kuchni oddziałowej był wstęp wzbroniony, ale
        jak trzeba było pdgrzać mleko, to pielęgniarki wysyłały do kuchni mówiąc, że
        teraz nie mają czasu. Kazały przynieść smoczka dla dziecka. Potem widziałam
        jak bardzo pomocny jest taki smoczek - zbliża się pora posiłku, dzieci głodne
        budzą się i drą. Pani pielęgniarka przychodzi wtyka każdemu smoka i wychodzi.
        A jeśli jakieś dziecko w porze posiłku śpi - trzeba je obudzić, bo przecież
        nikt specjalnie dla niego nmie będzie zmieniał godziny podawania butli. Ja
        naprawdę dziwię się, że KAcper nie ma żadnej awersji do lekarzy. Może był za
        mały, a może po prostu był na takich lekach, że było mu już wszystko jedno. To
        wydarzenie bardzo dużo mnie nauczyło. Podchodzę z ogromnym dystansem do tego
        co mówią lekarze, nie daję się prowokować ani zbywać. Oni mają obowiązek
        poinformować mnie o stanie zrowia dziecka, a to co mówią pielęgniarki puszczam
        mimo uszu. Niektóre kobiety mijają się z powołaniem. Teraz trzymam pieczę nad
        moją siostrą (termin 31.12). Wszystko jedno który szpital wybierze, ważne,
        żeby dobrze się nią i dzidzią opiekowali.
        Nie zamierzam składać skargi, bo jakby nie było Kacper żyje i to jest dla mnie
        najważniejsze.
        Pzdr
        AD
    • michalkowa Re: JAK NAS POTRAKTOWANO W SZPTALU 08.11.03, 00:02
      Czesc!
      Rozumiemjak sie czujesz,poniewaz przezylam cos podobnego w Stanach.Zabralam
      swojego 6-o miesiecznego Synka na pogotowie z podobnymi objawami, a lekarz
      stwierdzil, ze na pewno ktos sie nim zabawial. Bylam w szoku totalnym.
      Pozdrawiam!
    • magdusi Re: JAK NAS POTRAKTOWANO W SZPTALU 08.11.03, 11:33
      To poprostu SKANDAL !!
      Ja też zostałam nieźle potraktowana w szpitalu w Warszawie na Niekłańskiej.
      Mój starszy synek jak miał około półtora roku to się wywrócił w wózku. Tzn.
      babcia była z nim na spacerze i jak on usnął to wróciła z nim do domu,
      postawiła go śpiącego w sypialni i poszła robić obiad. Usłyszała huk a moje
      szczęście leżało (przypięte) w przewróconym wózku. Miał guza na czole i
      zaczerwienione. Mama zadzwoniła po mnie i pojechałyśmy do szpitala. Na izbie
      przyjęć (chirurgia) pan doktor jak weszliśmy nie podnosząc głowy znad jakiś
      papierów pyta się co się stało ? No więc ja móiwę że dziecko przewróciło się z
      wózkiem i ma guza na czole, pan doktor nie podnosząc nawet wzroku mówi "na
      rtg". No to już mnie wkurzył i się go pytam czy może by jednak zobaczył to
      moje dziecko bo chyba rtg nie jest taki zdrowy,na co on mi nawet nie patrząc
      mów "Takie mamy procedury". Ja już się zagotowałam i się go pytam " Panie
      doktorze nie pytam się teraz pana jalo lekarza tylko jako ojca czy pan swojemu
      dziecku w takim przypadku robiłby by rtg ?", no i na te słowa lekarz łaskawie
      spojrzał na mojego synka i mówi "ja nie wiem czy w takim przypadku bym wogóle
      przyjeżdżał do szpitala". Ręce mi opadły i mówię " to mi wystarczyło za
      odpowiedź, dziękuję do widzenia". I wiecie co w tym momencie było dla niego
      najważniejsze - żebym podpisała że nie zgadzam się na rtg.
      Jak to jest że w dobie tylu nowych urządzeń oni nadal jako pierwsze walą rtg ?
      Wyszłam ze szpitala i od razu dzwonię do pediatry małego i on mówi że w takim
      przypadku muszę go przez dwa tygodnie obserwować - czy nie wymiotuje, nie
      zezuje jednym słowem czy jest taki jak zawsze a w razie jakiś podejrzeń jechać
      wtedy do szpitala i robić ten rtg. Teraz pozostaje pytanie czy pan doktor na
      izbie przyjęć nie mógł powiedzieć mi tego samego ?
      A wtedy po kilku godzinach okazało się że to nawet nie był guz tylko spuchło
      od otarcia o bok wózka a on nawet się nie uderzył bo jak wózek poleciał do
      tyłu to się oparł na rączce smile.
      Pozdrawiam
      Magdusia
      Pozdrawiam
      Magdusia
    • neka1 Re: JAK NAS POTRAKTOWANO W SZPTALU 08.11.03, 15:20
      ja przeżyłam szok w szpitalu w Słupsku.Mój syn miał wtedy 18 m-cy.Przechodził
      drugi raz rotawirusa i się niestety znowu odwodnił.Była 22:00,kiedy zawiezliśmy
      go do szpitala.Pan ordynator odrazu kazał pielęgniarce zabrać dziecko,dosłownie
      siłą wyrywając go nam z rąk.Mało tego nie pozwolono nam zostać z dzieckiem na
      noc,a wizyty były od 11:30 do 17:30 tylko.Kiedy przyszłam na drugi dzień o
      godz.11:27 nie wpuszczono mnie,bo zawcześnie.Do tego Kuba był przywiązany za
      ręce i nogi pieluchą do łóżeczka i spał.Pewniw był na jakichś lekach
      uspokajających.Nie podano mu nawet smoczka,leżł na szafce obok.Do tego
      pielęgniarki brały sobie jego pampersy dla innych dzieci.Wszędzie brud i
      syf.Pielęgniarka umyła pupę innego dziecka w zlewiw który był w sali i nawet
      nie umyła tego,a wiadomo jak to wygląda jak dziecko ma rozwolnienie.Zadnych
      konkretnych wiadomości ciągle twierdzili,że muszą czekać na wyniki.Po 3 dniach
      zabraliśmy Kubę na własne żądanie na tzw. przepustkę.A pózniej w domu
      horror.Płacz po nocach,lęk paniczny przed lekarzami,pokazywał ciągle gdzie miał
      rączki przywiązane i nózki,choć go nikt o to nie pytał.Nawet pidżamy nie chciał
      ubrać tej co miał w szpitalu.Nigdy więcej nie chcę szpitala,to był dla nas
      wszystkich koszmar.Najgorzej było jak musiałam iść już po wizycie do domu.Kuba
      wył w niebogłosy,dostawał histerii i walił głową o łóżeczko.Pielęgniarka
      stwierdziła,że po prostu jest rozpieszczony.To był naprawdę szok.
      • mamamoni Re: JAK NAS POTRAKTOWANO W SZPTALU 23.11.03, 00:13
        Nie wiem co powiedzieć... dech mi zaparło... to przecież jest skandal ja nie
        wiem co... chciałabym się dowiedzieć chociaż, że to było np. 20 lat temu,
        wtedy takie praktyki były na porządku dziennym, ale teraz????
        Chwała Bogu, że moje 3 letnie obecnie dziecko jak dotąd nie chorowało, nawet
        na grypę niebardzo, bo po czymś takim, chyba sama wymierzyłabym sprawiedliwość
        tym ludziom, którzy podobno mają pomagać innym...No i na szczęście mam córkę.
        Ja nie wiedziałam, że z chłopcami mogą być takie kłopoty?!Nieuświadomiona
        jestem.
        Zastanawiam się tylko, czy te kobiety mają własne dzieci. Bo jak można
        maluchowi coś tak strasznego robić. Niech są leniwe, ale uczucia czyba mają?
        Jestem w ciężkim szoku
        Pozdrawiam i gorąco współczuję
        Aga
        • agniecha293 Re: JAK NAS POTRAKTOWANO W SZPTALU 23.11.03, 13:45
          Kobietki,sama przeżyłam taki horror w szpitalu VOK w ZABRZU.Mój syn jest po
          operacji serca,a tam miał cewnikowanie serca.Kiedy przywieżliśmy go do
          szpitala,no i badania,zaczął płakać,ma tylko albo aż 2 latka.Lekarz kazał
          opowowiedzieć mu bajkę,z góry wiedziałam że to nic nie da,ale ......dla
          świętego spokoju zaczęłam opowiadać jego ulubioną.W tym momencie lekarz do
          mnie:co pani za perfidne bzdury dziecku opowiada!!!co za brednie,zaczął mnie
          wyśmiewać,obok stał mój mąż,mnie krew zalewała,w zasadzie mnie zatkało,bo
          opowiadałam mu o dżwigach,koparkach itd.syn płakał,aaaaa,darł się ponad godzinę
          goły,a ten czekał ,aż go łaskawie uspokoję.Powiedział że ma doświadczenie z
          dziećmi,więc ja szybko na to:skoro tak,to niech go uspokoi,więc wyszedł z
          pokoju,jaK WRÓCIŁ DAŁ MU JAKĄŚ WLEWKĘ DO PUPY I zaczął się dopiero horror,Kubuś
          walił głową o mur,wbijał paznokcie,coś strasznego,a ten z satysfakcją wyszedł z
          pokoju,kiedy pojawiał się na wizytach,zawsze dopinał swojego,krytykował itd.Co
          miałam zrobić??????????,skoro wiem że jeszcze muszę tam wrócić?????siedzę
          poprostu cicho,tylko ze względu na syna.Najchętniej bym go............,no
          właśnie.
    • urszk Re: JAK NAS POTRAKTOWANO W SZPTALU 09.11.03, 17:51
      To co sie dzieje w niektorych szpitalach, to skandal! Bardzo dobrze, ze macie
      odwage skarzyc, moze jedna, dwie nic nie da, ale kilkaset na pewno da do
      myslenia i przy obsadzie stanowiska dyrektor moze sie zastanowi, zanim kogos
      takiego zatrudni. Mam niewiele, na szczescie, doczynienia ze sluzba zdrowia,
      ale spotkalam sie takze z takim podejsciem, jak opisane wyzej. Raz pielegniarka
      w szpitalu dzieciecym! zmierzyla mojej rocznej wtedy corce temperature,
      gwaltownym ruchem wtykajac jej termometr w pupe, pozniej Julka przez pare
      miesiecy protestowala przy przewijaniu. Jesli nie maja taktu przy mierzeniu
      glupiej temperatury, to co powiedziec o innych zabiegach? Albo: Julka miala
      pobrana krew do analizy. Znieczulilam jej raczke w miejscu, gdzie zawsze
      wkluwano igle, ale pielegniarka nawet nie pozwolila mi powiedziec, gdzie
      znieczulilam corke, wciaz mi przerywajac tekstem; ja doskonale wiem, gdzie jej
      pobrac. Oczywiscie krew pobierala z zupelnie innym miejscu i Julka plakala. To
      tez bylo w szpitalu dzieciecym. Horror!
      Nie dajmy sie wrednym lekarzom i pielegniarkom!
      Ulka
      • kangureq Re: JAK NAS POTRAKTOWANO W SZPTALU 09.11.03, 22:04
        Przeraża mnie to. Mam nadzieję, że Buba nie bedzie musiał korzystać
        z "uprzejmości i pomocy" naszych szpitali. W przychodni nasza pani doktor jest
        delikatna, dokładna i uprzejma. Zawsze mówi co robi , rozwiewa watpliwości, nie
        sprawia bólu maluchowi. A nie chce sobie siebie wyobrazać w sytuacji kiedy ktoś
        mojemu dziecku sprawi niepotrzebny ból.
        tylko jak mamy sie nie dać, jeśli nawet po znieczuleniu łapki maścią i
        poinformowaniu go o tym, lekarze, czy pielegniarki zupełnie się tym, nie
        pprzejmują.

        załamana
        anita
    • p_swiat Re: JAK NAS POTRAKTOWANO W SZPTALU 11.11.03, 10:21
      a może przedstawiłąbyś sytuację lokalnej gazecie jak to piękan i wspaniałą
      jest nasza służba zdrowia!!SKANDAL !!! to słabe określenie to babsko które
      jest lekarzem już nim nie powinno być!!! za co my płacimy nie pozostaw tego
      tak! współczuje Ci a najbardziej Twojemu dziecku bo przez takich psełdo
      lekarzy potem dzieci mają uraz!
      • anatemka Re: JAK NAS POTRAKTOWANO W SZPTALU 23.11.03, 14:54
        kobiety, nie pozwalajcie na takie traktowanie swoich dzieci w szpitalach!!!!
        macie prawo być przy zabiegach, macie prawo być przy dziecku całą dobę, macie
        prawo odmówić każdego zabiegu, każdego leku, każdej czynności,np. badania przez
        studentów. To wszystko gwarantuje wam karta praw pacjenta i karta praw dziecka.
        Przede wszystkim po wejściu w oddział personel ma obowiązek zapoznać was z tym.
        Czuję się okropnie kiedy czytam takie rzeczy. Pracuję w szpitalu dziecięcym.
        Wiem, że są różni ludzie, różny personel, ma się lepsze lub gorsze dni. Ale u
        nas , przynajmniej na moim oddziale, dzieci i rodzice sa traktowani życzliwie i
        z szacunkiem. Ja wiem, że w sytuacji stresującej ciężko jest walczyć o swoje
        prawa, człowiek jest w szoku i nie potrafi zareagować ( mnie na porodówce
        lewatywę zrobiła salowa!) , ale reagujcie później,piszcie skargi, do dyrekcji,
        do izb lekarskich, przecież to chodzi o nasze dzieci.
        • sajgon19 Re: JAK NAS POTRAKTOWANO W SZPTALU 25.11.03, 14:27
          Tak, tak nie pozwólmy się tak traktować ale...Zastanawiam się nad akcją "Szpital z Sercem" -po co i dlaczego szpitale mają na ścianach plakaty, wywieszki skoro jest zupełnie inaczej.....
          Moja 6-tygodniowa córka trafiła do szpitala (niestety).Na izbie przyjęć po 40 minutach raczyła nas przyjąć pani doktor której kultura osobista pozostawiała wiele do życzenia - porozumiewała się z nami za pomocą burknięć- to że jest w pracy traktowała chyba jako osobista krzywdę

          A teraz kilka przykładów z życia na oddziale - na marginiesie dodam że żona tam nocowała -karmi małą tylko i wyłącznie piersią.I tak dobrze że udało się "załatwić" leżankę, taką z 120 cm długości -to te 2 tygodnie jakoś przeżyła - ale te mniej zapobiegliwe Panie przez wiele dni nocowały na krześle - i po co wywieszać na ścianie napis "nasz szpital jest przyjazny dziecku i jego opiekunowi" -ale to było na marginesie bo chodzi o dziecko a nie o opiekuna

          Córka miała robione badania i z niecierpliwością czekaliśmy na wyniki - wtedy już nie było na oddziale lekarki która prowadziła dziecko - więc jak przyszły wyniki poszliśmy się zapytać do lekarki która była wtedy na dyżurze - i trafiliśmy -jak ja to nazywam na "babulocha" która powiedziała krótko "wyniki poda lekarz prowadzący jak będzie na dyżurze" czyli za 3 dni - a nam nie chodziło o jakieś wielkie rzeczy -żeby tylko podała z badań wynik hemoglobiny

          Dopiero jak wyjechałem na babę z mordą to łaskawie burkneła jaki wynik.
          Co nie przeszkadzało babie wieczorem zrobić awanturę żonie o jakąś pierdółkę - generalnie polemika została zakończona przez panię lekarz słowami -" to nie jest szpital dla matek -jak się pani nie podoba to niech zabiera dziecko i wypierd..." -żenujące a jednak prawdziwe
          Zaznaczam że zona w żaden sposób nie naruszyła regulaminu panującego w szpitalu - i jest osobą spokojną i ugodową.
          Nie mówię o całej obsłudze - bo zdarzały się miłe i uczynnne pielęgniarki i lekarze - to to chyba chlubne wyjątki - reszta wg schematu

          - żona chciała być z dzieckiem przy zabiegu
          - pielegniarki - proszę wyjść - pani nas stresuje - może one nie umieją wykonywac tej pracy i się wstydzą

          -żona poszła na małą na USG - na drugi koniec szpitala - na odziale ok 30 stopni ciepła na korytarzu ok 15
          -lekarz po skończonym USG mówi "proszę zabrać dziecko i wyjść" -dobrze że żona się nie dała: "zabiorę jak ubiorę " - 15 stopni róznicy temperatury i wyskakuj z gołym maluchem z zapaleniem płuc

          -Jak czytam w gazetach opinie jakie to są wspaniałe szpitale gdzie dzieci się specjalnie nie budzi na badanie jak nie trzeba, oszczędza się stresu i szpital jest naprawdę przyjazny to nóż w kieszeni się otwiera
          Tu gdzie byliśmy - nikt nie wnika czy dziecko śpi czy nie - tylko wrzask jakieś sfrustrowanej pielegniarki -proszę obudzić bo coś...(generalnie nic pilnego)


          Podawanie leku -strzykawa i tłok do dechy -zero delikatności - później płacz dziecka do rana

          Doszło do tego że moja żona wraz z panią z którą była w pokoju (i dziećmi) zostały uznane za public enemy przez całą obsługę oddziału tylko dlatego że chciały aby dekalog szpitala z sercem był jako tako przestrzegany

          Niestety mam wrażenie że nie wszyskie szpitale dorosły do tego dekalogu a pacjent -niezależnie duży czy mały jest dla nich wrogiem i złem koniecznym

          Po powrocie ze szpitala musiało minąć dobrych kilka dni aby mała przestała się denerwować i zaczęła normalnie spać - pierwsze kilka dni płakała przez sen
          Z żoną stwierdziliśmy że nie wrócimy do tego szpitala za nic - nawet jak będzie potrzeba będziemy szukać innej placówki

          I po to wywieszać te durne plakaty - żeby ludziom robić wodę z mózgu - na pewno są szpitale które zasługują na miano szpitala z sercem - ale pewnie w wielu należało by te wywieszko zdjąć

          Rzecz działa się w w Łodzi -Szpital Matki Polki

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka