marekpiec.zabrze
05.09.10, 20:24
Przestałem zawracać sobie głowę politykami. Już żadnej partii nie ufam. Ale -
jeśli to prawda co napisali w Dzienniku Zachodnim, to mamy w Zabrzu prawdziwą
aferę, którą wywołał poseł Sekuła usiłując zmanipulować wolne media!!! A potem
sam padł ofiarą swojej intrygi. Skandal i żałość...
Dziennik Zachodni z soboty 4 września 2010 roku. Str. 5.
Plakaty obwieszczające niedzielny festyn na stadionie Walki Makoszowy zostały
dziś oklejone paskami
z napisem "Odwołane ze względu na zakaz prezydenta miasta Zabrze Małgorzaty
Mańki-Szulik". Stało
się to po tym, jak organizujący imprezę na zlecenie lokalnej Platformy
Obywatelskiej Marcin Mańka z
agencji Evergroup miał odebrać telefon od prezydent Małgorzaty Mańki-Szulik.
Ta miała go
poinformować, że nie zgadza się użyczenie miejskiego obiektu. Powód? Jednym z
gości ma być
poseł Mirosław Sekuła, jej kontrkandydat w wyborach samorządowych.
Pismo o odwołaniu festynu podpisane przez posła Sekułę trafiło do redakcji
"PDZ". Poseł zarzuca w
nim pani prezydent wykorzystywanie funkcji do walki politycznej. Twierdzi, że
umowę na festyn
podpisano tydzień temu. Pytany o szczegóły odsyła do Janusza Władacza, szefa
lokalnej PO oraz do
Evergroup.
Okazuje się, że festyn był zapowiadany, choć umowy nie było. Gdy Evergroup
wystąpił o nią
dowiedział się, że w tym dniu na boisku zaplanowano remont.
- Nie jestem stroną w konflikcie. Dla mnie ustne zapewnienia były wiarygodne.
Co do telefonu od
pani prezydent, nie jestem w stanie go zweryfikować, bo nie wyświetlił się
numer abonenta - mówi
teraz Marcin Mańka.
W sprawę został też zamieszany kabareciarz Mirek Szołtysek. Według Władacza
miał być jednym z
prowadzących. - To nieprawda. Nie podpisałem żadnej umowy - twierdzi.
Dariusz Krawczyk, rzecznik zabrzańskiego UM mówi o mijaniu się organizatorów z
prawdą, skoro
zgody na użyczenie boiska nikt nie wydawał.
- Pani prezydent jest na delegacji. Z nikim nie rozmawiała o festynie, nic o
nim nie wie. Można
odnieść wrażenie, że ktoś usiłuje wywołać sensację, rozpowszechniając
nieprawdziwe informacje -
dodaje Dariusz Krawczyk.
Janusz Władacz z PO twierdzi, że był przekonany o istnieniu umowy. Zastrzega,
że jej nie widział. Za
zamieszanie wini Evergroup. - Czuję się jakby mi ktoś napluł w twarz. Skoro
wyszły takie okoliczności,
trzeba zerwać plakaty - stwierdził.