dojczszlejzien_my_love
20.09.04, 00:36
Niemcy nie wypełniają zobowiązań przyjętych wobec polskiej mniejszości
Aż pięć na osiem praw mniejszości narodowych, zapisanych w traktacie zawartym
między Polską a Republiką Federalną Niemiec, nie jest przestrzeganych przez
naszych zachodnich sąsiadów. Jedno jest przestrzegane tylko częściowo. Polska
wywiązuje się tymczasem ze wszystkich traktatowych zobowiązań. Znacznie
większe prawa niż nasi rodacy mają w Niemczech Duńczycy, Fryzowie czy
Cyganie, mimo że to Polacy są tam drugą po Turkach mniejszością. Republika
weimarska uznawała niemiecką Polonię za mniejszość narodową, Republika
Federalna Niemiec - jedynie za grupę etniczną.
Puste zobowiązania
W 1991 r. Polska podpisała z Niemcami "Traktat o dobrym sąsiedztwie i
przyjaznej współpracy", w którym dwa artykuły poświęcono mniejszościom w obu
krajach. Na podstawie tej umowy Niemcy w Polsce mają zapewnione stałe dotacje
na oświatę, kulturę i media. W 2000 r. z polskiego budżetu na wsparcie
mniejszości niemieckiej przeznaczono ponad 11 mln zł. Dzięki polskiemu
podatnikowi mniejszość niemiecka w Polsce ma swoją prasę: "Schlesische
Wochenblatt", "Hoffnung", "Masurische Storchenpost", "Oberschlesiches
Mitteilungsblatt", "Biuletyn Informacyjno-Kulturalny" czy "Zeszyty Edukacji
Kulturalnej". Mimo wielokrotnych obietnic rządu federalnego (podczas spotkań
szefów rządów, szefów MSZ oraz w oficjalnych listach) niemiecki podatnik nie
finansuje żadnej polonijnej gazety. Niemcy w Polsce mają własne wydawnictwa,
szkoły, programy telewizyjne i radiowe ("Oberschlesien Journal"
i "Schlesische Wochenschau"). Języka niemieckiego jako ojczystego uczy się na
koszt polskiego podatnika ponad 26 tys. dzieci z niemieckich rodzin. Języka
polskiego jako ojczystego na koszt niemieckiego podatnika uczy się tylko 8
tys. dzieci, mimo że chętnych jest pięć razy więcej. Niemcy nie dotrzymali
też obietnicy (złożonej przez kanclerza Helmuta Kohla), że władze landów będą
płacić za włączenie sygnału TV Polonia do sieci kablowych w regionach, gdzie
są największe skupiska Polaków (Nadrenia Północna-Westfalia, Hesja, Dolna
Saksonia, Badenia-Wirtembergia i Bawaria).
Jak zauważa prof. Jan Mazur, dyrektor Centrum Języka i Kultury Polskiej dla
Polonii i Cudzoziemców Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie,
współautor dwutomowej książki "Polonia w Niemczech", sytuacja Polaków w
Niemczech jest znacznie trudniejsza niż w innych krajach. Romowie, których
jest tam niemal dwustukrotnie mniej niż Polaków, mają gazety finansowane z
budżetu, własne szkoły, a na dodatek rząd RFN przekazał im na własność
użytkowane budynki.
Mniejszość niemiecka w Polsce ma własną reprezentację parlamentarną, Polonia
w Niemczech - nie (nie przewiduje tego prawo wyborcze). Wicewojewodą
opolskim, a więc przedstawicielem rządu, został Franciszek Stankala z
Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Niemców. W Niemczech nie odnotowano
takiego wypadku. Przywilej posiadania politycznej reprezentacji w parlamencie
dano mniejszościom (nie tylko niemieckiej) w 1993 r. Liczyliśmy nie tylko na
wzajemność ze strony Niemiec. Nic takiego się nie stało. Przedstawiciele
mniejszości w Polsce zdobywają mandaty do Sejmu bez potrzeby przekraczania
pięcioprocentowego progu wyborczego, który obowiązuje partie (wystarczy
zebrać mniej więcej 20 tys. głosów w okręgu wyborczym, by zdobyć mandat).
Uprzywilejowanie mniejszości w ordynacji wyborczej jest co najmniej dziwne,
bo parlament to ciało polityczne, które przyjmuje ustawy dla całego kraju i
wszystkich obywateli, niezależnie od narodowości.
Dziedzictwo Hitlera
Jest ironią historii, że prawodawstwo międzywojennej republiki weimarskiej
było dla Polaków korzystniejsze niż obecne. Polacy mogli używać swojego
ojczystego języka w sądach (wystarczyło, że na terenie ich działania
stanowili znaczącą grupę), do 1928 r. mieli też dwóch posłów w sejmie
pruskim. Taką samą ironią jest fakt, że władze II RP potrafiły wymóc na
Niemcach respektowanie praw Polaków, podczas gdy władzom III RP nigdy się to
nie udało. Prawa te zostały odebrane niemieckim Polakom po wybuchu II wojny
światowej. Zabierano im wtedy firmy, banki, sklepy, szkoły, a
najaktywniejszych działaczy wysłano do obozów koncentracyjnych lub mordowano.
Nigdy zajętego mienia Polakom nie zwrócono. W 1940 r. decyzją Adolfa Hitlera
polska mniejszość została przymusowo naturalizowana. Zakrawa na kpinę, że
dekret Hitlera niemal w nie zmienionej formie obowiązuje do dzisiaj.
Po wojnie, pod ochronnym parasolem aliantów, powstały w Niemczech polskie
organizacje, które wydawały własne gazety i prowadziły szkoły. Jednak już w
1952 r. w dokumentach rządowych można przeczytać: "Niemiecka polityka wobec
imigrantów winna być w stosunku do tych grup tak określona, ażeby silne
dotychczas wpływy grup polskich były coraz bardziej ograniczane". W
następnych latach niemiecką Polonię zaczęły inwigilować służby specjalne -
pod pozorem przeciwdziałania penetracji tych środowisk przez bierutowską, a
potem gomułkowską służbę bezpieczeństwa. Jeszcze w 1988 r. Niemcy utrudniali
przybyszom z Polski wstępowanie do polskich organizacji w RFN. Tylko
całkowite zerwanie z polskością gwarantowało otrzymanie prawa stałego pobytu.
(Za) wysokie wymagania
Przez ostatnie trzynaście lat Niemcy nie wypełniły 70 proc. zobowiązań
wynikających z traktatu z Polską. W 1993 r. władze federalne naciskały na
stworzenie jednej organizacji polonijnej, z którą chciały współpracować i
tylko przez nią przekazywać subwencje. Postulat stworzenia jednej
reprezentacji wydaje się racjonalny, ale nierealistyczny. Wprawdzie pomógłby
Polakom się zjednoczyć i skuteczniej walczyć o własne prawa, lecz bardzo
trudno jest uzyskać konsensus między 170 organizacjami. Taki problem mają nie
tylko Polacy w Niemczech, ale też na przykład Żydzi, Włosi czy Irlandczycy w
Stanach Zjednoczonych. W samych Niemczech takich wymogów nie stawiano zresztą
ani mniejszości tureckiej, ani chorwackiej czy serbskiej. Wielość niemieckich
organizacji w Polsce nie przeszkadza też władzom w Warszawie - wszystkie (a
jest ich 94, od kulturalnych po branżowe) są dofinansowywane z polskiego
budżetu.
Statut dla jednej organizacji polonijnej w Niemczech napisali urzędnicy
Federalnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. W ten sposób powstała Polska
Rada w Niemczech (skupiła tylko kilka związków polonijnych). Jej
demokratycznie wybranego zarządu niemieckie władze jednak nie zaakceptowały i
zawiesiły współpracę z radą.
Niemcy tłumaczą, że powodem kłopotów mniejszości polskiej w RFN jest
tamtejsze prawo. Za mniejszości uznaje ono tylko trzy grupy narodowościowe:
Fryzów, Duńczyków i Serbołużyczan (mieszkających w rejonie Budziszyna i
Chociebuża). Polaków nie zaliczono do mniejszości ze względu na sposób, w
jaki znaleźli się w Niemczech, czyli jako "niemieccy przesiedleńcy". To
kryterium nie tylko nie pasuje do dzisiejszych czasów, ale jest też
zafałszowane, bo część Polonii żyje w Niemczech od wieków.
Siła Polonii - strach Niemców
Aleksander Zając, działacz polonijny z Berlina, przytacza niedawną rozmowę z
jednym z urzędników niemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych: - W
przypływie szczerości Niemiec powiedział mi, że oni po prostu boją się
repolonizacji Ślązaków, Górnoślązaków i Kaszubów, którzy mają wprawdzie
niemieckie papiery, ale w duszy czują się Polakami. Potwierdzają to badania
cytowanego prof. Jana Mazura - tzw. późni wysiedleńcy (z lat 70. i 80.) bali
się mówić po polsku wśród swych nowych, niemieckich sąsiadów. Jednak ich
dzieci, urodzone już w Niemczech i mające pełne prawa jako obywatele RFN,
chcą się uczyć polskiego. - Publiczna debata na temat polskości wielu Niemców
nie pasowałaby do fikcji rzekomo jednolitego etnicznie społeczeństwa
niemieckiego, którą to fikcję umacnia niemieckie prawodawstwo - ocenia Hans
Peter Meister. Meister jest Niemcem, który wa