tamilnadu
12.02.05, 02:02
Zauważyłam sporo wątków dziewczyn powyżej rozmiaru 42. Sama mam podobny
problem- moja szafa pełna jest ubran od rozm. 36 do 46. Bardzo łatwo tyję i
chudnę. Nie w tym jednak rzecz. Ogromnie mnie irytuje zwyczaj zamawiania do
salonów tzw. próbników w rozmiarze 38. Jest to-przynajmniej wedle menagerów
tych salonów- rozmiar uniwersalny. Otóż nie jest.
Upokarzające sa przymiarki sukien, które się nie dopinają i w ktorych siłą
rzeczy wyglada się fatalnie, bo są zwyczajnie za małe. Zazwyczaj towarzyszą
temu wymowne spojrzenia ekspedientek, które same niekoniecznie mają talie jak
osa, ale nie przeszkadza im to w produkowaniu kwasnych usmiechów.
Zastanawiam się, skąd ten przykry zwyczaj? Jesli mozna byłoby mowić o jakimś
uśrednionym dla Polek rozmiarze, to obstawiałabym raczej rozm. 40, może 42.
Po pierwsze: większą suknię da się upiąć szpilkami i udrapować nawet na
szczupłej kobiecie, więc jest zdecydowanie bardziej uniwersalna. Wąskiej
sukni poszerzyć się nie da. Po drugie: nie każda dziewczyna kupująca suknię,
robi to po osiągnięciu juz założonej figury, o ile w ogóle planuje się
odchudzać (obecnie sukien szuka się na kilka miesięcy przed ślubem, więc
spokojnie mozna sobie założyc "plan diety" na ostatnie np. dwa miesiące) Po
trzecie: mnie osobiście cały ten proceder rozstraja i nawet mi się nie chce
mierzyć interesujących modeli, bo i tak będę w nich wyglądać niekorzystnie,
rezygnuję więc z góry, a salon traci potencjalną klientkę. I po czwarte:
nakręca się w ten sposób dietetyczny obłęd, bo statystyczna klientka nosząca
coś powyżej rozm. 38 zaczyna uważać, że to w niej lezy problem, gdy tymczasem
problem lezy w chorych założeniach marketingowych danego salonu. Mamy do
czynienia z jakimś przedziwnym terrorem szczupłości. A nie każda kobieta może
się odchudzić i nie każda lubi siebie w małym rozmiarze (np. ja się najlepiej
czuję w "czterdziestce").
Najlepsze jednak z tego wszystkiego są lansowane wszechobecnie przez prasę
kobiecą teksty typu "pokochaj własne ciało", "każda kobieta jest piekna",
podczas gdy wycieczka do kilku salonów mody slubnej udowadnia, że tak
naprawdę obowiązuje tylko jeden rozmiar, a ciało trzeba pokatowac dietą, aby
było piękne w rozumieniu projektantów. Mamy więc jakąś paranoiczną
sprzeczność między teorią, a praktyką.
Jedyne rozwiązania dla kobiet powyżej 38. to albo ulec temu powszechnemu
obłędowi, albo wybrać coś z katalogu i zamówić "w ciemno".
Pamiętam, jak zamawiałam uzywaną suknię z zeszłorocznej kolekcji
zastrzegając, że w grę wchodzi tylko rozm. 40. Sprzedawczynie zaakceptowały
moje żądanie. Umówionego dnia podjechałam po suknię i zobaczyłam, że to 38.
Zirytowałam się, ale ponieważ suknia już była, więc postanowiłam ją zmierzyć
na zasadzie "co mi szkodzi, różnica jednego rozmiaru to niewiele". Już szłam
do przymierzalni, kiedy ekspedientka rzuciła z rozbrajającym usmiechem "Pani
wie, że to francuska numeracja, więc polskie 36?". Myslałam, że babę zabiję.
Potem się okazało, że ta suknia była przerabiana przez pierwszą włascicielke
i została jeszcze dodatkowo zmniejszona ( więc w rzeczywistości był to
rozmiar 34). Szczytem bezczelności były nalegania personelu, abym kupiła tę
sukienkę, bo "do 34 jeszcze pani może schudnąć". MOże mogę, może nie mogę,
ale wkurza mnie sugerowanie, że jest ze mną coś nie tak, bo nosze rozmiar 40
i powinnam to zmienić. Czyja to sprawa? Moja czy ludzi, którzy mają finansową
motywację do zadowolenia klientki?
Świat zwariował.
ania