magdas1
29.07.05, 13:11
Witam,
opisze Wam moja sytuacje z pytaniem co byście zrobiły na moim miejscu:
Poznalam mojego przyszlego przez naszego wspolnego znajomego. Jest to znajomy
ze szkoły mojego dziecka (ojciec kolegi), ktory mieszał na sasiedniej ulicy.
Wiadomo,jak to przy dzieciach: wizyty, sanki, odwozenie itd. Zaprzyjaznilam
sie z cala ich rodzina. Poniewaz bylam sama, w kilka lat po rozwodzie, to
kolega czasem przyprowadzal "niby przypadkiem" swoich samotnych kolegow. No i
stalo sie: piorun w progu mojego mieszkania trzasnal w mojego przyszlego..
Najpierw ja nie chcialam, potem juz troche chcialam itd...
W miedzyczasie chylace sie ku upadkowi malzenstwo kolegi zakonczylo sie
rozwodem, wiec u nas zaczal bywac kolega z nowa pania i wszystko bylo ok.
Jak dojrzelismy do malzenstwa,moja pierwsza mysl o swiadku byla: to musi byc
ten kolega..
Tak ustalilismy, poprosilismy go na swiadka, zaprosilismy wstepnie ze swoja
nowa pania na wesele itd. wszystko Ok.
Minelo troche czasu. przyszlo do ustalania szczegolow. Moj przyszly wyjechal
do pracy za granice, bywa raz na dwa miesiace. w czasie jednego z pobytow
dzwonimy do kolegi zeby wszystko obgadac.
Slyszymy: teraz nie mam czasu, wyjezdzam za miasto, nie wiem kiedy wroce..
oczywiscie nie zadzwonil kiedy wrocil.
Zatem dzwonimy do niego dwa tygodnie pozniej juz z zagranicy, slyszymy: teraz
nie mam czasu, jestem niewyspany, zadzwoncie kiedy indziej..
ja juz nie mam cierpliwosci, zaczelam szukac innego swiadka...
mam racje, czy przesadzam?