Witajcie znowu!
Tradycją tego miłego forum jest opisywanie ślubu i wesela. By stało się jej
zadość, zamieszczam i mój skromny opisik

Zdjęcia wkleję również, jak tylko jakieś dostanę. Nasz fotograf zrobił ich
prawie 2000, więc ma co obrabiać..., a nam pozostaje cierpliwie czekać.
12.08.2006
Obudziłam się w małżeńskim łożu moich rodziców obok dwóch moich druhen.
Przyjechały kilka dni wcześniej, żeby móc uczestniczyć w przygotowaniach i
pożegnać ze mną mój stan panieński.
7:00
-Śpisz?-pyta Agata
-No coś ty!!-odpowiadam
-Zobacz, jakie piękne słońce za oknem

Rzeczywiście, po piątkowych ulewach, przyszło upragnione słoneczko...
Po całkiem obfitym śniadaniu i szybkich plotkach z moją mamą, wyruszyłyśmy w
drogę. Dziewczyny po odbiór strojów (wszystkie druhny miały takie same), ja,
do spowiedzi, fryzjera i kosmetyczki.
Przyjechał po mnie mój M.
Dziewczyny pojechały z moją mamą i bratem.
Kościół, ok.8:30
Przed nami kilka osób w kolejce do spowiedzi. Ksiądz trzyma bardzo długo.
Dziewczyna w ciąży mdleje przy konfesjonale...
Do drugiego konfesjonału zaprasza proboszcz. Zadowolona ide pierwsza.
-Jak to u spowiedzi byłaś 5 lat temu? Co to ma znaczyć!??! W ogóle nie jesteś
przygotowana do ślubu!-darł się, wyszedł i trzasnął w konfesjonał.
Moja mama udała sie na plebanię. Przedstawiła się jako nauczycielka ze
szkoły, która należy do rzeczonej parafii. Bardzo ciepło ją powitał, ponieważ
wie ile razy pomagał im w przygotowaniach różnych uroczystości.
-Jak ksiądz mógł w ten sposób potraktować moją córkę i niszczyć nam taki
piękny dzień?!?
Stał jak wryty, nie wiedział co powiedzieć...
Do spowiedzi poszłam w swojej parafii, do 92-letniego bardzo mądrego księdza,
który cierpliwie mnie wysłuchał, poradził i życzył szczęścia...
Potem znajoma fryzjerka, żona przyjeciela rodziny, nasi goście weselni.
-Będę miała ze sobą sprzęt, jak coś się popsuje to ci poprawię
Kosmetyczka.
Przyjechał po mnie mój narzeczony ze swoim ojcem. Pojechaliśmy do domu moich
rodziców, zabraliśmy rzeczy i ruszyliśmy w drogę.
W domu czekały na mnie kwiaty-bukiecik mój i trzy bukieciki druhen, przywiózł
je tato.
Po drodze musiały być oczywiście jakieś przygody. Zapalił się błąd silnika i
samochód tracił moc.
Na szczęście dotarliśmy na miejsce.
Oczekiwał nas już nasz przyjaciel-fotograf.
Sesję rozpoczął już w naszym pokoju. Seria "panna młoda przygotowuje się do
ślubu" pasuje bardziej do jednej z tych odważnych gazetek niż do pokazania
rodzinie. Mieliśmy niezły ubaw

W międzyczasie po raz kolejny z równowagi wyprowadziła mnie moja pierwsza
druhna (świadkowa)...
Przez nasz pokój w trakcie przygotowań przewinęli się chyba wszyscy goście
weselni

Po zdjęciach w środku, przyszedł czas na ogród...Wiele razy padało pytanie:
-Pan młody w końcu się pojawi?
-Czy panna młoda raczy w końcu odłożyć tą komórkę?
Cóż, nie sądziłam, że jeszcze tyle do załatwienia będzie...
Potem kareta podwiozła nas w bardzo urokliwe miejsce (rzeczka, mostek...)
W dalszej części sesji stałam przy drodze i łapałam stopa..., czyli
karetę...zanim jednak dojechała, zdążyły się 3 samochody zatrzymać

Po powrocie do pałacyku, nastąpiło piękne błogosławieństwo. Moja mama potrafi
ślicznie używać naszego języka, a tym razem przeszła samą siebie. Miałam łzy
w oczach.
Po błogosławiństwie wpakowałyśmy się z dziewczynami do karety i ruszyliśmy w
stronę kościoła.
-Masz tą piersiówkę?
-Nie, a wy?!?
I nagle pojawił się drużba z trzema butelkami wódki i słodyczami (na bramy).
Muszę się przyznać, że mimo całej bajkowej oprawy, nie zachowałyśmy się jak
damy...pijąc wódkę z butelki (tylko po dwa łyczki) i zagryzając ją
snickersami.
Może i nie powinno się czegoś takiego robić, może i nie wypada, ale muszę wam
powiedzieć, że bardzo nam to pomogło. Stres minął, uśmiechy miałyśmy od ucha
do ucha i wejście do kościoła już nas nie przerażało...
-Będzie pan grał na wejściu Wagnera, tak?-zapytałam organisty
-Moment, jeszcze nie sfinalizowaliśmy...
-Finalizujmy-mój narzeczony wręczył mu 100zł
-Tak, dam sygnał dzwonkiem i zacznę grać.
Już teraz wiem, dlaczego chciał kasę przed. Jego interpretacja Wagnera była
co najmniej oryginalna. Co tu dużo mówić...fałszował!
Wejście jednak było takie, jak sobie wymarzyłam-ja i za mną moje druhny, nie
zepsuł tego nawet fałszujący organista.
Na samym początku mszy "Hymn o miłości" odczytał mój brat. To był dla mnie
najbardziej wzruszający moment, niezapomniany...
Przy mówieniu przysięgi mojemu mężowi drżał głos, ja podobno mówiłam słodkim
delikatnym głosikiem, jakiego nikt u mnie nigdy wcześniej nie słyszał...
Wyszliśmy, trzymając się za ręcę przy dźwiękach marszu Mendelsohhna.
Życzenia, uściski, buziaki, zbieranie pieniążków (oddałam wszystko mężowi-
lepiej, żeby on trzymał kasę, u mnie może nie być bezpieczna

)
Panowie powożący karetą zdjęli dach. Jechaliśmy w czwórkę-ja, mój mąż i nasi
świadkowie.
Przy samym wyjeździe z kościoła miejscowy "pijaczek" wręczył mi piękny
bukiecik polnych kwiatków. Bez wahania obdarowałam go butelką weselnej
wódki

To było bardzo miłe.
Potem jeszcze czekała nas brama dzieci. Rozdaliśmy prawie wszystkie słodycze.
W pałacu powitani zostaliśmy tradycyjnie-chlebem, solą i kieliszkami. Od razu
było widać w którym jest wódka. Zostawiłam ten kieliszek dla męża. Niech on
rządzi i się mną opiekuje

Potem wypuściliśmy dwa białe gołąbki. Były naprawdę śliczne-czyściutkie,
delikatne...piękne...
Potem toast, pierwszy taniec, który wyszedł rewelacyjnie. Kilkakrotnie w
trakcie bito nam brawo. A muszę powiedzieć, że próba generalna, już w
strojach i tuż przed ślubem, wypadła fatalnie...
I...zabawa do rana.
Goście bawili się świetnie, my także. To był piękny, niesamowity,
niezapomniany dzień.
Przez całą noc miałam uśmiech na twarzy, mimo sukni, która raczej do lekkich
i wygodnych nie należała. Nie zdjęłam jej jednak, w końcu panną młodą jest
się raz w życiu...

Oczywiście nie zabrakło też pomyłek:
jeden z naszych gości nie wiedział, że zmieniła się godzina ślubu i trafił na
inny ślub.
Kiedy wchodził do kościoła minął pod nim mamę mojego męża...pomyślał więc, że
na pewno dobrze trafił.
"Wypadłem z obiegu, nie poznaję tych ludzi"-pomyślał sobie, siedząc w ławce.
-Zebraliśmy się tutaj, aby być świadkami połączenia (...) Sebastiana i
Anety...
"Hmm...chyba jednak to nie ten ślub"
Kolejny z gości w drodze do pałacu zauważył jadący autobus z gośmi weselnymi.
Wyskoczył na drogę, zatrzymał go, wbiegł do środka:
-Na wesele?
-Tak, ale....
-Pan jest...czyim gościem?
-No, jak to? Oli iMichała...
-To pomylił pan autobusy

))
Wszyscy goście byli przyjezdni, nikt nie znał tej miejscowości, nas zresztą z
nią też nic nie łączy, więc pomyłki były nieuniknione
Pamiętacie pewnie o moich rozterkach dotyczących mojego ojca...Zaprosiłam go
na wesele i nie żałuję. Oboje rodzice stanęli na wysokości zadania. Cieszę
się, że mogłam ich oboje mieć przy sobie tego dnia. Byłoby mi strasznie
przykro, gdyby któregoś z nich zabrakło. Tato poza tym pod sam koniec bardzo
pomógł przy organizacji, wprawdzie stało się to dopiero po ostrej wymianie
zdań ze mną i mamą, ale niektórzy już chyba tak mają, że trzeba im pewne
rzeczy uświadamiać...
Dostaliśmy piękne prezenty, cudowne życzenia...
Czułam się tego dnia jak w bajce. Zapamiętam go na pewno do końca życia.
Jeden z naszych gości weselnych, Niemiec z firmy mojego męża powiedział, że
był na wielu weselach, jego siostra brała ślub z Chilijczykiem i tam się
dobrze bawił, ale nigdy nie widział ludzi tak światnie bawiących się jak
Polacy.
-Jak będę robił wesele, to tylko w Polsce!
Świetnie wpasował się w atmosferę, nie żałując sobie wódki, jedzenia i tańców.
Oczepiny, tłumaczone mu do ucha przez mojego brata szczególnie przypadły mu
do gustu.
Już w niedzielę popołudniu wyruszyliśmy do Hannoveru. Stamtąd wylecieliśmy w
naszą podróż poślubną na Tenery