Gość: aard
IP: 195.117.14.*
22.07.02, 10:23
Mówię Wam, przeżycie niebagatelne. Byłem mianowicie w Austrii, a konkretnie w
Oetztaler Alpen (okolice miasteczka Soelden, a szerzej Innsbrucku) i wspiąłem
się na drugi trzeci trzeciotysięcznik w swoim życiu (pierwszym była buchająca
Etna rok temu).
Tym razem klimat był zgoła inny, kiedy już znaleźliśmy małą przerwę w opadach
(deszczu), ruszyliśmy w górę z ok. 2000m.n.p.m. Nawet ładna pogoda była,
tylko dość chłodno (ok. 12 st. C). Na ok. 3000 były już pierwsze śniegi.
Potem było schronisko Similaunhuette i nocleg, a nazajutrz śniadanie o 6.00 i
o 7.00 byliśmy już na lodowcu. Spięci liną (we trzech) - czekany w dłoniach,
raki w plecakach, ale w pogotowiu. Okazały się niepotrzebne, bo dominował
miękki śnieg (jeszcze nie "sfirniały") a nie firn lub lód (który wszelako
chował się jakieś 30-50 cm pod powierzchnią. Tego dnia byliśmy na szlaku
pierwsi, więc trzeba było torować. Mgła jak cholera, ale widać było resztki
śladów z poprzedniego dnia, więc nie zbłądziliśmy, choć niekiedy zapadaliśmy
się po uda.
Szczęśliwie ominęliśmy wszystkie szczeliny lodowe i nie natrafiliśmy na
żaden "mostek", więc nie trzeba było nikogo z takiej szczeliny wyciągać
(właśnie na tę okoliczność szliśmy powiązani i w dziesięciometrowych
odstępach). Na szczycie (Similaun - 3606m.n.p.m.) byliśmy o 8.50 dnia 15
lipca. Temperatura powietrza: MINUS 5 st. Celsjusza (brrrrr...). Spore
zalodzenie platformy szczytowej (lekko wypłąszczony kawałek skały z krzyżem).
Na szczęście tylko lekki wiatr. Widoczność: 50 metrów - bieda...
Zdjęcie pamiątkowe i hajda na dół. Z powrotem w schronisq byliśmy już za
godzinę i po posiłq śniadaniowo-obiadowym ruszyliśmy w dolinę. Ale tylko na
2500m bo tam czekał kolejny szlak w górę. Tym razem na Kreuzspitze (3458m) i
bez lodowca. Poszliśmy na lekko i za 3,5 godziny (wg drogowskazów: 5h)
byliśmy z poworotem bogatsi o wrażenia, zdjęcia oraz kilka odcisków i otarć.
Potem już spacerkiem na dół i o 18 rozkoszowaliśmy się już ciepłym prysznicem
w zacisznym pensjonacie. Tego dnia należał nam on się wyjątkowo - mieliśmy za
sobą 1550m podejścia i 2550 zejścia. Ci co chodzą po górach wiedzą, ze
zejście jest DUŻO gorsze...
Pozdrawiam wszystkich, a szczególnie współwyznawców idei alpinizmu,
wspinaczki i ogólnie górołazizmu.
aA
Rd