oberschlesier1921
28.12.06, 00:36
Rząd nie chce dać pieniędzy na uratowanie 600 tysięcy ludzi.
Już w 2002 r. prasa donosila, że Polsce grozi katastrofa ekologiczna na miarę
wybuchu elektrowni atomowej na Ukrainie („Śląski Czarnobyl”). Ten Czarnobyl to
pozostałości po Zakładach Chemicznych w Tarnowskich Górach. Rok później
przypominaliśmy, że toksyczna bomba tyka („Póki żyje Śląsk”, nr 6/2003).
Niedawno rechotaliśmy, gdyż okazało się, że skażeniami próbuje kupczyć wojsko
(„Trutka”, nr 12/2005). Tymczasem bomba już wybuchła.
W tegorocznym projekcie budżetu państwa zaplanowano wydatki na likwidację
składowiska niebezpiecznych odpadów w Tarnowskich Górach. Były śmiesznie
niskie, a i tak je ściachano w trakcie batalii budżetowych. W programie Moniki
Olejnik senator Kazimierz Kutz ubolewał: Ukradziono 15 milionów z zakładów
chemicznych, już zamkniętych od lat, w Tarnowskich Górach. Tam są ogromne
ilości straszliwej trucizny, okropnych chemikaliów. Zatruwają wodę pitną dla
mieszkańców terenu położonego pomiędzy Gliwicami a Lublińcem. Ostateczna
kastracja pieniędzy na rozbrojenie bomby ekologicznej w Tarnowskich Górach
odbyła się podczas ostatniego posiedzenia poświęconego budżetowi państwa na
2006 r. Tego samego, na którym szastano dziesiątkami milionów. Dodatkowe
miliony przeznaczono wtedy: 20 mln na Świątynię Opatrzności Bożej w Warszawie,
10 mln dla Kancelarii Prezydenta RP, 18 mln dla Kancelarii Premiera RP, 12 mln
dla Senatu, 13 mln dla Instytutu Pamięci Narodowej, 5 mln na Fundusz Kościelny.
Groźba skażenia jest jeszcze straszliwsza, niż ją przedstawiał senator. Dwa
wielkie podziemne jeziora sta-nowią rezerwuary wody pitnej dla około 600
tysięcy ludzi mieszkających w miejscowościach położonych między Katowicami a
Częstochową. Plama trucizny rozlewa się powoli, lecz systematycznie. Przed
kilku laty trujące chemikalia dostawały się tylko do trzech ujęć wody pitnej w
samych Tarnowskich Górach. Dziś zamkniętych jest już 66 ujęć.
Jak cieknie śmierć
Zakłady Chemiczne działały w Tarnowskich Górach ponad 100 lat. Po ich
zamknięciu przeprowadzono pomiary skażenia. Okazało się, że nawet mury
fabryczne czy prowadząca obok droga są tak zatrute, że trzeba je jak
najostrożniej rozebrać i przysypać czystą ziemią. Planowano zbudowanie
superszczelnego sarkofagu, w którym miały się znaleźć trujące substancje
składowane dotychczas w dołach i basenach, gruz z rozebranej fabryki i skażona
ziemia.
Projekt powstał w połowie lat 90. Od samego początku było wiadomo, że
cholernie trudno będzie go wykonać. Sarkofag musiał być gigantyczny – miał
pomieścić około 2 mln ton trucizn. Miał też być gotowy jak najszybciej. Co
roku do podziemnego zbiornika wody pitnej deszcze i śniegi wymywają 400 ton
świństwa.
Działanie niektórych substancji wedle opisu przygotowanego przez specjalistów
z Zakładów Chemicznych w Tarnowskich Górach: Siarczek sodowy. Trucizna. Kilka
gramów użytych doustnie powoduje śmierć. Chlorek barowy. Trucizna. Dawka
powodująca zatrucie wynosi od 0,2 do 0,5 miligrama. Siarczan miedziowy.
Trucizna. Dawka trująca wynosi 40 miligramów na 1 kg wagi ciała. Działa żrąco
na skórę. Kwas borowy. Substancja szkodliwa. Przy spożyciu dużej dawki (20–30
gramów) może nastąpić śmierć.
Uzbrajanie bomby
Tumiwisizm i olewanie prawdziwych problemów nie są grzechami wyłącznie
Kaczyńskich. Prace nad budową sarkofagu początkowo prowadziła firma Enpol.
Przedsięwzięcie nazywało się „Ochrona Głównego Zbiornika Wód Podziemnych 330 –
Gliwice”. Faktycznie chodziło o ochronę jeszcze jednego magazynu wody pitnej –
GZWP 327-Lubliniec–Myszków. Inwestycja miała kosztować blisko 370 mln zł. To
ogromna kwota i ogromny zarobek. Chyba oczywiste, że gigantyczna kasa powinna
trafić w godne ręce.
Likwidator Zakładów Chemicznych w Tarnowskich Górach, który został mianowany
za czasów wojewody Marka Kempskiego, wypowiedział umowę z Enpolem. Ogłoszono
kolejny przetarg. Stanęły do niego cztery firmy. Ale tylko ta stanowiąca
własność Aleksandra Ćwika, znajomego wojewody Kempskiego, spełniała wszystkie
wymogi formalne. Jedynie ona miała zgodę wojewody na przemieszczanie
toksycznych odpadów po terenie Zakładów Chemicznych w Tarnowskich Górach.
Pozostałe firmy takiej zgody nie dostały. Wygrała więc najdroższa oferta –
Ćwika. Cena, jaką ustalił za usuwanie odpadów, była kilka razy wyższa od ceny
usuniętego ze składowiska Enpolu. Po latach Enpol wygrał proces – sąd zasądził
tej firmie gigantyczne odszkodowanie.
Największym krytykiem działań prowadzonych za czasów Kempskiego był jego
późniejszy następca na stanowisku wojewody śląskiego Lechosław Jarzębski.
Kiedy jeszcze nie był wojewodą, ale byłym wojewódzkim inspektorem ochrony
środowiska w Kato-wicach, pisał: Rozbrajanie gorsze od bomby; beztroska i brak
gospodarności nie zna granic, zwłaszcza w obszarze wydawania publicznych
pieniędzy. Nie wygrał z Ćwikiem. Ten dotąd prowadzi prace nad budową sarkofagu.
Sknery z Senatu
Składowisko odpadów niebezpiecznych miało kosztować około 60 mln zł. Do tej
pory wydano 200 mln. Jego budowa miała zakończyć się w czerwcu 2005 r. Jest
koniec lutego 2006 r., a w bezpiecznych schronach umieszczono dopiero połowę
zatrutej ziemi, gruzu, szlamu i błota. Polska Akademia Nauk przygotowała
analizę zagrożenia: Wyniki wskazują, że w odpadach pozostaje nadal bardzo duży
ładunek zanieczyszczeń, ponieważ w analizowanych odciekach m.in. stężenie boru
osiąga ponad 61,0 mg/l (okresowo wy-nosi ponad 70 mg/l), baru do 4,0 mg/l, a
siarczanów do 348 mg/l. I – uwaga!– Monitoring gleb przyczynił się do odkrycia
zwałowiska o nazwie „obszar GIV”, w obrębie którego stężenie baru dochodziło
do 160 tys. mg/kg przy normie 800 mg/kg. Norma przekroczona „zaledwie” 200
razy. Przypomnijmy, że śmiertelna dla człowieka dawka chlorku barowego wynosi
od 0,2 do 0,5 miligrama.
Śmiertelna trucizna sączy się do zbiorników wody pitnej dla setek tysięcy
ludzi. Jedna solidna powódź, a trucizna nie będzie się sączyć gdzieś z dala od
jeszcze czynnych ujęć, lecz popłynie wodociągami do Tarnowskich Gór, Gliwic,
Zabrza, Bytomia, Lublińca, Myszkowa, Częstochowy, Piekar Śląskich i wielu
innych miejscowości.
Tuż przed uchwaleniem ustawy budżetowej na ręce marszałka miała trafić
interpelacja w sprawie ratowania ujęć wody dla około 600 tysięcy ludzi.
Interpelacja była adresowana do Kazimierza Marcinkiewicza i dotyczyła nadużyć
przy likwidacji Za-kładów Chemicznych w Tarnowskich Górach. W interpelacji
opisano rzekome przekręty, domagano się rozliczenia winnych. Może była naiwna
w treści, w każdym razie wskutek nacisków wewnątrzpartyjnych została
wstrzymana. Jednak rząd doskonale wie o ekologicznej bombie atomowej.
Najlepiej – Jerzy Polaczek, minister transportu i budownictwa, który pochodzi
z Piekar Śląskich, miasta graniczącego z Tarnowskimi Górami. A zachowuje się
tak, jak gdyby jego rodzina piła
tylko źródlaną wodę.
W rządowym projekcie ustawy budżetowej na 2006 r. zapisano 4 mln zł na
likwidację zagrożenia w Tarnowskich Górach, choć wiadomo, że i dziesięć razy
więcej też byłoby za mało. Tyle zapisał rząd Marka Belki. Rząd Marcinkiewicza
w autopoprawce wykreślił wszystkie pieniądze na usuwanie śmiertelnie
niebezpiecznych odpadów. Podczas dyskusji nad budżetem Donald Tusk
zaproponował, by urwać 20 mln z kwoty przeznaczonej na obsługę długu
zagranicznego i przekazać te pieniądze na ratowanie ujęć wody pitnej dla
mieszkańców zachodniej i północnej części województwa śląskiego. Poprawka
przeszła, ale uwalił ją Senat. Senatorowie odjęli 15 mln, które przekazali na
budowę jednej obwodnicy, jednej drogi i jednej świątyni – Opatrzności Bożej.
no to chlusniem bo usniem