privus
10.02.11, 18:45
Dawno, dawno temu - chociaż nie było to za cesarza Wilusia a za komuny - żołnierzy służby zasadniczej zwoziło się do jednostki wojskowej z całej Polski i zamykało w koszarach. Oderwani od domów, rodzin i swoich parafii, jeśli byli wierzący, szukali wsparcia w wojskowym kapelanie. W niedziele pododdziałami wyruszali na mszę do kościoła garnizonowego a przed Wielkanocą maszerowali wspólnie do spowiedzi. Przez całe lata kapelani w swej pracy duszpasterskiej skupiali się właśnie na tych przyjezdnych, zamkniętych w koszarach żołnierzach służby zasadniczej.
Teraz koszary wojskowe świecą pustkami. Została tylko armia zawodowa i żołnierze jak robotnicy w fabryce zaczynają pracę rano, a zakład pracy opuszczają o 15.30. Soboty i niedziele zwykle mają wolne.
– Gdzie tu więc znaleźć zatrudnienie dla kapelanów?
– Żołnierze nie szukają wsparcia duchowego w czasie pracy, bo są zajęci, a potem spieszą się do domu.
Nowi kapelani wojskowi pojawili się w 1991 r., w momencie specyficznym, gdy pozbywało się ono swojej marksistowskiej szpicy w postaci oficerów politycznych. Wypełnili więc ideologiczną lukę po politrukach. Strefa katolickich wpływów w wojsku poszerzała się, tworząc z ordynariatu polowego bastion niepodlegający żadnej jurysdykcji. W 1994 r. weszło w życie nowe ministerialne rozporządzenie regulujące organizacyjne usytuowanie ordynariatu. Wynikało z niego, że oficerowie kapelani podlegają wyłącznie swojemu biskupowi i żaden dowódca jednostki nie ma tu nic do gadania. Biskup polowy również nie podlega kierownictwu wojskowemu – może dowolnie wyznaczać kapelanów i ustalać programy duszpasterskie. Równocześnie trwały zabiegi nad wmontowaniem kapelanów w strukturę dowodzenia jednostek, by zajmowali taką pozycję jak kiedyś politrucy. Biskup Głódź domagał się dla nich funkcji zastępców dowódców z odpowiednią szarżą i uposażeniem. Kogo więc ma wspierać zaciąg Głódzia, skoro w wojsku potrzebny jest on jak piąte koło u wozu a kościoły garnizonowe stoją puste obciążając tylko budżet MON?