Dodaj do ulubionych

Interludium mazurskie

14.09.06, 21:56
Karol Małłek napsiał takie wspomnienia z lat 1920-1939, a ja po prostu nie
mogę , nie mogę się z wami tym nie podzielić, to znaczy muszę sie z wami
podzielić. Jak widziecie tonacja wątku bedzie taka bezpośrednia , prosta i
może troszeczke z humorkiem, choć nie ziym , bo cytam ją pospołu z woma
To je ta ksiójżka
schlesien.nwgw.de/foto/displayimage.php?album=94&pos=99
schlesien.nwgw.de/foto/displayimage.php?album=94&pos=100
Ciekawe co tą ksiązkę otrzymała jako nagrodę uczenica z Piekar Ślaskich , a
dzięki aukcji trafiła do mnie smile
Obserwuj wątek
    • rita100 Re: Działdowszczyzna wraca do Polski. 14.09.06, 21:58
      Jest rok 1920
      Pewnego razu jechałem z ojcem do naszego boru po suszki na opał. W drodze
      spotkaliśmy Jana Zakrzewskiego, udającego się do wsi Purgałki w gościnę, a może
      w rajby.
      - Siadaj, Janie ! Pojedziemy razem ! I opwiedz nam jak było w wojsku polskim ! -
      zachęcał go ojciec.
      Jan ukłonił się wsiadł na wóz, przywitał się i zaczął nam opowiadać.
      - To było tak. W lipcu 1918 roku dostałem się nad Marną do francuskiej niewoli.
      W lagrze bylo nam okropnie. Francuzi nie dawli pod dostatkiem jedzenia, a do
      roboty pędzili i mocno się z Niemcow nabijali i szydzili. Cieżko to bylo
      znosić, boć człek przecież Niemcem nie był, a za nich dostawał cięgi. Za
      kilkanaście tygodni zjawiła się jakaś polska komisja i jej czlonkowie
      opowiadali nam co się na świecie dzieje. To, że Niemcy robią 'kaput', że
      powstanie państwo polskie i to niedługo, że od Niemców odejdą do Polski: Śląsk,
      Wielkopolska, Pomorze i Prusy Wschodnie. Jednocześnie zachęcali nas do
      wstąpienia w szeregi polskich formacji wojskowych.
      Po wysłuchaniu tych słow zgłosiliśmy sie wszyscy na ochotnika do wojska
      polskiego, to jest ci, którzy władali polska mową. W ten sposób dostałem się do
      formacji wojskowej Hallera. Otrzmaliśmy nowe umundurowanie, ekwipunek
      piechociński i pod tym względem upodobniliśmy się do wojska francuskiego. Przez
      kilka tygodni uprawialiśmy regulaminową służbę polską, wojskową, aż do ćwiczeń
      bojowych włacznie. Jedzenie było dobre, traktownie również. Jedno nam się tylko
      nie podobalo, to to, że trzeba było łazić na katolickie nabożeństwa i to nas
      ewangielickich Polaków bolało. Wymigiwaliśmy się od tego. Czasem sie udawalo,
      ale nie zawsze. Gorzej było z tymi sprawami, kiedy wróciliśmy do Polski.
      Staliśmy na granicy ślaskiej, bo mieliśmy uderzyć na Śląsk. Wtedy
      postanowiliśmy zbiec, no i udalo się nam. Było nas czterech. W ten sposób
      dostałem się do domu. Ale mowię wam, gdyby nie ten katolicki kościół i te
      brzydkie wymyślania i klątwy, czego u nas nie ma, byłbym został w wojku polskim
      na stałe...
      - Prrr! - zawołał ojciec na konie, bo już dojechalim. Jan Zakrzewski zsiadł z
      wozu , podziękował i pomknął w stronę Purgałek.

      - Ciekawe rzeczy mówił nam ten Jan, co ?
      • rita100 Re: Dnia 17 stycznia 1920 roku 14.09.06, 22:00
        Dnia 17 stycznia 1920 roku
        - Chodźta za stodołę, to coś zobacyta !- zawołał ojciec
        Szybko przebiegliśmy całe podwórze i widzimy, jak od granicznej wsi, Iłowa,
        ciągnie szosą wielki sznur wojska. Idą i jadą, idą i jadą w strone Działdowa.,
        odległego od Iłowa o 15 km.
        - To pewnikiem Polacy idą ! - rzekł ojciec
        - Na pewno wojska polskie zajmują przyznane im tereny ! - dodałem.
        Ucieszyliśmy się z ich przyjazdu, ale z drugiej strony ogarnął nas strach.
        Na drodze miedzy Krasnołęką a Działdowem widzieliśmy wycofujące się wojsko
        niemieckie. To chyba działdowski batalion opuszczał miasto, bo żołnierze szli
        zrezygnowani, ze zwieszonymi ku ziemi nosami i bardzo kwaśnymi minami. Wiele
        szło z nimi panienek.
        • rita100 Re: Dnia 17 stycznia 1920 roku 14.09.06, 22:01
          Słuchajcie , to musicie przeczytać , to relacja, z pożegnania niemieckiego
          batalionu i przywitania wojsk polskich.

          Według relacji p. Majkowskiej, córki krawca Karpy z Działdowa, naocznego
          swiadka, ta chwila tak wyglądała:
          Batalion w komplecie zebrał sie na placu koszarowym, a potem ruszył bez muzyki
          na rynek. Na rynku uformował się w kształcie czworoboku. Było dużo ludzi, cały
          prawie rynek był zapełniony. Starszy oficer przemawiał krotko, ale bojowo, ze
          to co się z Niemcami dzieje, woła o pomstę do nieba, ze tak długo tak być nie
          może , ze sprawiedliwość musi wyjść na wierzch.
          - Bracia ! My was nie żegnamy! Mówimy wam tylko do widzenia, bo najdalej za dwa
          lata będziemy znów tutaj - zakończył.
          - W wilekim ferworze zapomnieli biedacy dodać do dwójki jedno zero - żartuje
          Majkowska.
          Po tym przemowieniu wojsko pomaszerowało szosą, w stronę nowej granicy, pod
          Krasnołąkę i Kozlowo. Razem z wojskiem poszlo dużo panienek i nieco mniejsowych
          dygnitarzy niemieckich.
          Tak wyglądał wymarsz wojsk niemieckich z Działdowa, a jutro napisze jak
          wyglądało przyjście wojsk polskich.
          • rita100 Re: Dnia 17 stycznia 1920 roku 15.09.06, 22:40
            Uroczystość przejęcia władzy nad Działdowszczyzną odbyła się w sali ratuszowej
            w Działdowie. Prawie wszystkie majątki znajdowały się w rękach niemieckich
            junkrów. Białuty i Mała Turza należały do von Oelrichów, Księżydwór do von
            Feanckensteina i Grodek do von Bodienów. Tylko Koszelewy należaly do
            p.Wojnowskiego, a Myśleta do p. Bogdańskiego. Wsie natomiast były mazurskie.
            Ludność ich posługiwala się polsko-mazurskim jezykiem, wyznawała religię
            ewangielicką i zachowywała wszakże poczucie mazurskiej wspolnoty plemiennej.
            Lwia część robotników jeszcze przed przejęciem terenu przez władze polskie
            wyjechała do Westfali, a nieliczni także na Mazury Pruskie.
            • rita100 Re: Szwaby i Szkopy 15.09.06, 22:41
              17 stycznia 1920 roku do Brodowa przybył dziewięcioosobowy odział hallerczyków
              pod dowództwem kaprala. Sołtys ulokował ich w budynku szkolnym. Odział ten miał
              pilnować nowej granicy, biegnącej korytem rzeki Nidy w odleglości 1 km na
              północ od Brodowa, w stronę Sarnowa.
              Ludzie obsrewowali żołnierzy, a żołnierze ludzi, poczatkowo z daleka. Jedni
              drugim niedowierzali. Później obie strony poznawały sie coraz bliżej, zwłaszcza
              za pośrednictwem dorosłych panienek. Współżycie układało się wcale nie źle,
              gdyż zarówno żołnierze jak i brodawiacy, mówili po polsku.
              Po kilku dniach żołnierze zaczeli wstępować do domów brodawskich, ale od tego
              czasu z ust ich dało sie słyszeć okreslenie:
              "Szaby" i "szkopy".
              Co się stało ?
              • rita100 Re: Szwaby i Szkopy 15.09.06, 22:42
                Coś sie stalo, bo żołnierze przestali chodzić do domów, tylko wciąż wymyślali
                na ludzi: Szwaby, szkopy. Nikt z brodowiaków nie znał tych wyrażeń i jeden
                wypytywal drugiego o ich sens, ale nie potrafili sobie nawzajem wyjaśnić.
                Aż pewnej niedzieli wszystko się wyjaśniło.

                Prosze o cierpliwość , zaczynam wyjaśniać dokładnie , a tak opowiada sam
                Małlek, autor tej książki.
                • rita100 Re: Szwaby i Szkopy 15.09.06, 22:42
                  "Wstąpiliśmy w czterech do karczmy Brocka, gdzie zastaliśmy polskiego kaprala i
                  dwóch polskich żołnierzy, już nieco "pod muchą". Siedliśmy sobie przy sąsiednim
                  stole i zamówiliśmy po szklance grogu - popularnego niemieckiego trunku -
                  mieszaniny gotowej, osłodzonej cukrem wody i kieliszka rumu. Wypiliśmy i
                  zaczęliśmy grać we francuskiego skata. Żołnierze bacznie nas obserwowali i na
                  razie nic nie mowili. Po chwili zamówiliśmy następną kolejkę, a potem trzecią i
                  czwartą. Rozgrzaliśmy się porządnie i raźno graliśmy dalej.
                  Nagle .....

                  - A nie mówiłem wam, koledzy, że to są Szwaby ! - krzyknął głośno kapral.
                  - Dalibóg, szkopy ! - potwierdził żołnierz polski.
                  Było jasne , ze do nas piją.
                  Chwilka milczenia, a potem Gustaw Boliński zapytał:
                  - A co panozie nazywają szwabów i szkopów ?
                  Cała trojka żołnierska zaniemówiła.
                  - Chcemy panów prosić, żeby nama te słowa wytłumacyli, bo my ich nie
                  rozumiemy ! - odezwałem się.
                  Żołnierze poczeli się z nas wyśmiewać, aż po chwili kapral rzekł:
                  - Szwaby to Niemcy, a szkopy tak samo !
                  - O, panowie, sto, stop ! - zawołałem. - Szwaby to mieszkają w Szwabii, a
                  szkopy, a raczej skopy, to są u nas młode barany, a my przecież jesteśwa ludźmi
                  tak samo, jak i wy !
                  Rozbawiłem nieco żołnierzy i ośmieliłem do dalszej dyskusji.
                  • rita100 Re: Szwaby i Szkopy 15.09.06, 22:45
                    www.owczarnia.com/image/muzeum/muz16.jpg
                    - No to dlaczego, panowie, gracie w niemieckiego skata ? A dlaczego pijecie
                    niemieckie trunki ?
                    - A w waszych domach jak wygląda ? - przerwał żołnierzowi kapral. Pełne ściany
                    niemieckich świętości, napisów i obrazów z Wilusiem....
                    - Nawet w kuchni wiszą niemieckie wyszywki ! - dodał drugi żołnierz.
                    Próbowałem sprawę wyjaśnić.
                    - Prawda, że ściany naszych izb są upstrzone różnymi Wilusiami, niemieckimi
                    wersetami i niemieckimi przysłowiami, ale musicie panowie wiedzieć, ze nasi
                    przodkowie wiele wycierpieli, zanim się do tego przyzwyczaili. W okresie wojny
                    nadsyłano nam wizerunki poległych na froncie żołnierzy - synów i ojców rodzin,
                    ktore dla uczczenia ich pamięci zawieszano na ścianie.
                    Panowie muszą wiedzieć, że ten teren należał przez długie wieki do Niemców i
                    Niemcy swoje robili...
                    - No dobrze, ale dlaczego, nie macie polskich obrazów ? - przrwał mi kapral.
                    - Jakich ?
                    - No, na przykład Matki Boskiej.
                    - Jak to nie ma ? W katolickich domach w Brodowie właśnie są ! - powiedziałem
                    kategorycznie.
                    - Gdzie tu są katolickie domy polskie ? Tu są same domy szwabskie - upierał sie
                    kapral.
                    - No, a domy Krzemienieckich, Lewandowskich, Kamińskich, Sowów, Walerowiczów,
                    wdowy Lange...?
                    - A te inne to jakie ? - zapytał żołnierz.
                    - Te inne są ewangielickie...
                    - No, więc właśnie ! Tak i mówimy, że to są Szwaby i szkopy ! - wrzasneli
                    żołmierzyska.
                    - Przepraszam ! - przerwał Konstantyn Krzemieniewski - a nasz tutaj pan Brock
                    (właściciel karczmy w ktorej pijemy), to też według waszego mniemania jest
                    Szwab ?
                    - No, chyba tak, bo na niego wygląda...
                    - A, wej nie ! - krzyknał triumfalnie Gustaw - bo to jest z wyznania żyd !
                    - Co ? To i tu są Żydzi ? - podskoczyli żołnierze.
                    Po zapłaceniu rachunku natychmiast opuścili lokal i od tego czasu już nigdy go
                    nie odwiedzili.
                    • rita100 Re: Szwaby i Szkopy 15.09.06, 22:47
                      Moi koledzy krzyczeli jeszcze za nimi, że są w błędzie, bo mieszają wyznanie z
                      narodowością, lecz każda strona została przy swoim zdaniu.
                      - Dobrze, że się na tym skończyło - odezwał się w drodze powrotnej Gustaw.
                      Od tego czasu wszelako rozumieliśmy znaczenie obydwu wyzwisk: "Szwaby"
                      i "szkopy". To tłumaczenie rozeszło sie błyskawicznie po wsi i zmartwiło mocno
                      ludzi w Brodowie.
                      Żołnierze jednak dobrze zapamiętali domy katolickie w Brodowie i od tego czasu
                      tylko do nich chodzili i budzili rozdźwięki miedzy spokojnym ludem brodowskim.
                      Dzielili ludność na polską i niemiecką, a właściwie na katolicką i ewangielicką.
                      • rita100 Re: wieś Sarnowo 15.09.06, 22:49
                        schlesien.nwgw.de/foto/thumbnails.php?album=255
                        To jest gburstwo w Sarnowie

                        Tymczasem w Brodowie aż uszy puchły od nieznanych ludowi wyzwisk i klątw,
                        jakimi gesto posługiwali się żołnierze. Najwięcej nasłuchał się Rajczyk,
                        kierownik szkoły, i najbliższi sąsiedzi.
                        - Jan Zakrzewski miał rację, kiedy zwracał uwagę na straszne plugawienie
                        języka - rzekł do mnie pewnego wieczoru mój ojciec.
                        Zakrzewskiego już wtedy nie bylo. Pofrunął za rzekę do wsi Sarnowo, tego samego
                        dnia, kiedy hallerczycy przybyli do Brodowa. Obawiał sie widocznie kary za
                        czmychnięcie z wojska Hallera.
                        --
                        Tak oto wspaniale wytłumaczył nam wiele spraw Karol Małłek. Prosto i zwięźle. I
                        tak fajnie czyta sie tą książkę. Jesteśmy na stronie 15, a czeka nas długa
                        droga, aż do prawie 400 stron. Tylko wybrane fragmenty będę się starała
                        zamieścić.
                        • rita100 Re: Pierwsze zmiany 16.09.06, 21:13
                          Władze polskie postanowiły stworzyć z Działdowszczyzny osobny powiat. Z miasta
                          wyjechali ci, którzy nie znali jezyka polskiego albo byli współpracownikami
                          Hakaty.
                          U nas w Brodowie usunięto starego sołtysa Schaua i powołano nowego - Jana
                          Walerowicza , ktory był katolikiem.
                          Schau - prawdziwe jego nazwisko brzmialo Siała był naprawdę jedynym czlowiekiem
                          we wsi, ktory miał przygotowanie teoretyczne i praktyczne po ojcu do tego
                          stanowiska. Znał jezyk polski , no ale wyznanie ewangielickie stanęło na
                          przeszkodzie w sprawowaniu tej funkcji.
                          Pierwszym widocznym znakiem polskiego sołtysa w Brodowie był słup dwumetrowej
                          wysokości, pomalowany na kolor bialo-czerwony z tarczą białego orła na
                          czerwonym tle przy bramie sołtysa.
                          • rita100 Re: Pierwsze zmiany 16.09.06, 21:14
                            Brodowczanie przyjęli to jak policzek. Oburzyła się Rada Gminna, ludzie zaczęli
                            mamrotać pod nosami. Jedni mowili, że tylko katolicy mają prawo, jeszcze inni ,
                            że Polska nie jest naszą matką, tylko macochą. Mamrotanie zamieniało się w
                            głośne narzekanie i wrzenie. Ludzie zaczynali przepytywać się o możliwości
                            wyjazdu z Polski.
                            Tak jedni odjeżdzali inni przyjeźdzali.
                            Otóż traktat wersalski pddawał Polsce tereny wraz ze wszystkimi mieszkańcami,
                            którzy na mocy tej ustawy stawali się obywatelami polskimi, z tym
                            zastrzeżeniem, ze mają prawo wyboru ojczyzny. A więc kto chce, ma prawo optować
                            na rzecz Niemiec i władze polskie udzielą mu zezwolenie na opuszczenie
                            terytorium polskiego, przy czym traci on polskie obywatelstwo.
                            I tak oto zaczeły się wymiany , ci tu , a tamci tam.
                            Ale to dopiero poczatek losów ludu Działdowszczyzny.
                            Zaręczam, że przygody tych ludzi czasmi były lepsze od przygód czeskiego wojaka
                            Szwejka.
                            • rita100 Re: Szmuglerzy i tajniacy 16.09.06, 21:16
                              Szmuglerzy i tajniacy
                              Wraz z nadejściem nowych sił roboczych, którzy pracowali dla gburów, zjawiała
                              się nagle ogromna duża ilość ludzi typu wagabundzi, marauderzy i żebracy,
                              brudni, w łachmanach, chodzący od chalupy do chałupy, od wsi do wsi, za
                              groszem. Ledwo jeden żebrak się oddalił, już nadciągał drugi, trzeci i tak
                              prawie każdego dnia wlokło się żebracze bractwo.
                              Kiedy nasi nowi mieszkańcy sie jako tako zadomowili, poczęli ich odwiedzać
                              krewni i znajomi oraz najrozmaitsi komiwojażerowie. (Krewni króliczka)
                              I co sie rozwinęło ?
                              Oczywiście , że handelek ,szmugielek i przemyt przygraniczny. Łatwy zarobek.
                              Więc działdowszczyznę nowi ludzie obrali sobie za bazy wypadowe. W pierwszym
                              okresie penetrowali teren.
                              Handlarze przystąpili do roboty. Handlowano wszystkim , zbożem , bydłem,
                              skorami , masłem, tytoń , sacharyna.
                              Główne punkty zborne i bazy przemytników stanowiły karczmy w Białutach,
                              Purgałkach, Krokowie i Woli. Wprost dusiło się tam bractwo w ciasnocie i dymie.
                              Co się tam nie działo ?
                              A handlowali ludzie spod Mławy, dołączyli hallerczycy (strzegący nowej
                              granicy), a zbiegiem czasu zwąchali interes miejscowi Mazurzy.
                              • tralala33 Re: Szmuglerzy i tajniacy 25.10.06, 20:47
                                Historia kołem się toczy wink

                                miasta.gazeta.pl/olsztyn/1,35189,3703473.html
                                Wczorajszej nocy Straż Graniczna zatrzymała trzech Rosjan, którzy pontonem
                                przez Łynę próbowali przemycić do Polski 30 tysięcy paczek papierosów. Kilkaset
                                metrów dalej pogranicznicy zatrzymali czwórkę Polaków w dostawczym
                                samochodzie. - Oczekiwali na przyjęcie towaru.
                                • rita100 Re: Szmuglerzy i tajniacy 25.10.06, 20:54
                                  tralala33 napisała:

                                  > Historia kołem się toczy wink
                                  >
                                  > miasta.gazeta.pl/olsztyn/1,35189,3703473.html
                                  > Wczorajszej nocy Straż Graniczna zatrzymała trzech Rosjan, którzy pontonem
                                  > przez Łynę próbowali przemycić do Polski 30 tysięcy paczek papierosów.
                                  Kilkaset
                                  >
                                  > metrów dalej pogranicznicy zatrzymali czwórkę Polaków w dostawczym
                                  > samochodzie. - Oczekiwali na przyjęcie towaru.

                                  To już mozna zaliczyć do humoru wink))) W jakich czasach my zyjemy ?
                                  Podniosła mi się gorączka z wrażenia wink))))
                        • fedar Re: wieś Sarnowo 16.09.06, 22:13
                          rita100 napisała:

                          > schlesien.nwgw.de/foto/thumbnails.php?album=255
                          > To jest gburstwo w Sarnowie

                          Zaraz, zaraz, toż ja znam to miejsce! O ile mnie oczy nie mylą to gospodarstwo w Kolonii Ginter między Sarnowem a rzeką Nidą-Działdówką. Woda z widocznych na zdjęciu oczek spływa do odległej o niecały kilometr rzeki, a na skraju pobliskiego lasu znajduje się żołnierski cmentarz z Wielkiej Wojny. Czy mam rację?
                          • fedar Re: wieś Sarnowo 16.09.06, 22:24
                            No tak, za bardzo się rozpędziłem. To pod wrażeniem tekstu cytowanego przez Ritę. Na fotografiach jest zapewne inne Sarnowo, ale to gospodarstwo o którym wspomniałem, było takie podobne...
                            • gajowy555 Re: wieś Sarnowo 17.09.06, 19:33
                              fedar napisał:

                              > No tak, za bardzo się rozpędziłem. To pod wrażeniem tekstu cytowanego przez Rit
                              > ę. Na fotografiach jest zapewne inne Sarnowo, ale to gospodarstwo o którym wspo
                              > mniałem, było takie podobne...

                              Mosz recht Fedar. To je jinne Sarnowo, kole Lidzbarka Warmińskiego. Niedaleko je
                              Stoczek Klasztorny, mniejsce więzienia Prymasa 1000-lecia, kardynała Stefana
                              Wyszyńskiego. Ale tereny psiankne i tamój pare pokoleń rodziny mojej kobziyty na
                              gburstwie gospodarzyło z mojó małó pomocó.
                              No jó...
                          • rita100 Re: wieś Sarnowo 16.09.06, 22:28
                            Fedar ...... jeśli chcesz dalej mowić , napisz do Gajowego, za duzo możesz
                            wiedzieć smile
                            A jaką masz na myśli Wielką Wojnę ?
                            • fedar Re: wieś Sarnowo 16.09.06, 22:35
                              rita100 napisała:

                              > A jaką masz na myśli Wielką Wojnę ?

                              I Wojnę Światową. Z tego co wiem, tak ją nazywano w Prusach (choć pewnie nie tylko tam).
              • tralala33 Re: Szwaby i Szkopy 20.09.06, 21:05
                Dzięki Fedarowi możemy zobaczyć Działdowo i Brodowo.
                forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=708&w=48841666&v=2&s=0
                Dziankujewam ze szczernego serca!
    • tralala33 Re: Interludium mazurskie 16.09.06, 21:19
      Bardzo ciekawa ta książka i takie mało znane sprawy, niewiele mówiono o
      Działdowszczyźnie w okresie międzywojennym. Jednak dla uczennicy z Piekar
      Śląskich taka książka musiała być jak opowieść o innym świecie, chyba mało
      zrozumiała.
      • rita100 Re: Interludium mazurskie 16.09.06, 21:36
        Napewno, i nie czytana jeszcze. To taka cnotliwa ksiójżka, bo wyobraź sobie
        niektore kartki musiałam przecinać. Ale ten Małłek tak ciekawie opisał
        Działdowczyzne , tak dokładnie, z nazwiskami i włąściwie teraz mogę zrozumieć
        dlaczego przegraliśmy plebiscyt. Pisze to co przeżył autentycznie. Przedłuże
        opowieśc , bo dokładnie opisze jeden przemyt przez granicę w ktorej brał udział
        sam Małłek, bo to chyba jego zyciorys dokładny. Tralala, on tam pisze dokładnie
        wszystko o Mazurach, bez ogródek. Dziwie się , że została wydana. Bo poczekaj
        na opis uwięzienia przez polaków wszystkich Mazurów i nie mazurów z Brodnicy i
        wiesz gdzie ich uwięziono, no braklo miejsca w więzieniach to do chlewów ich
        wrzucono, nawet do kaplic. Chyba nigdzie byśmy o tym nie wyczytali.
        Tak więc bylo róznie na tej ziemi, ale Polacy się nie spisali i w czasie
        plebiscytu i po wojnie.
        • rita100 Re: Co się tam działo ? 18.09.06, 20:37
          Co się tam działo ?
          Jedni opijali handel, drudzy 'blatowali', a jeszcze inni 'oblewali' graniczne
          przewozy, przepędy i przerzuty.
          Wśród przemytników pochodzących spod Mławy byli spece, ktorzy tak potrafili
          zorganizować przerzuty, że handlarze odpoczywali sobie zmorzeni snem, a obok
          nich niby rzeka płynęlo szmuglowane dobro. Jeden z owych speców dorobił sie
          wkrotce wielkiego majątku. Kupił sobie gburstwo w Burszu i - jak mawiali
          ludzie - miał gdzieć ukryte gacie pełne złota i dolarów.
          Od tej zgrai przybyszow nauczyli sie przemytu także miejscowi. Prawie cała
          młodzież Brodowa trudniła się handlem nielegalnym skórami i masłem. Czołowym
          przedstawicielem tej grupy był jeden z moich kolegów, Gustaw Boliński, inwalida
          wojenny, rzeźnik z zawodu.
          • rita100 Re: Co się tam działo ? 18.09.06, 20:38
            Pewnej niedzieli przyszedł do mnie i zaczął namawiać, abym wziął się do roboty,
            ktora dawałaby dochód. Rozmowa zeszła szybko na handel masłem:
            - Weź od matki kilka kilogramów masła na próbę i pójdź ze mną, a zobaczysz, jak
            ci sie to opłaci.
            - Zgoda ! - powiedziałem i przygotowaliśmy sie na niedzielę. Matka uszykowała
            mi osiem kilogramów masła, włozyłem je do plecaka i dalej z Gustawem w świat !
            • rita100 Re: Co się tam działo ? 18.09.06, 20:39
              Szliśmy w smolistych ciemnościach i prawie zupełnej ciszy. Wszyscy spali,
              gdzieś tu i tam tylko odzywał się pies. Gustaw szedł na przedzie, niósł
              dwadzieścia dwa kilogramy masła i dwie świeże skóry cielece. Ja kroczyłem za
              nim.
              Prowadził tylko sobie znanymi ściezkami, na przełaj przez łąki do rzeki.
              Znalazłszy się na brzegu rzeki, wyjął spod krzaka, długi, drewniany i dość
              mocny drąg i przerzucił go niby kładkę przez rzekę. Potem wyjął drugi cieńki -
              podporkę. Powoli zaczął posuwac się po drągu na tamtą stronę, podpierając się
              zanurzoną w wodzie tyczką, ktorą trzymał obiema rękami. Przeszedł po uginającym
              się drągu, po czym rzucił mi tyczkę i zapraszał na drugą stronę. Przyznam
              szczerze, że bałem sie strasznie, gdyż nie znałem takich ćwiczeń cyrkowych.
              Zebrałem jednak, jak to sie mówi, kości do kupy i dalej za Gustawem. Włosy
              dębem mi stawały, kiedy zbliżałem się do środka rzeki. Pomoc kumpla była
              nieodzowna, chwycił mnie za lewe ramię, przyciągnąl do siebie, tyczkę wyrzucił
              w krzaki i drąg.
              • rita100 Re: Co się tam działo ? 18.09.06, 20:39
                Poszliśmy w kierunku stacji kolejowej Sarnowo-Zakrzewo, ostatniej niemieckiej
                stacji przed granicą.
                Zblizał sie wczesny ranek. Z Zakrzewa pojechaliśmy pierwszym rannym pociągiem
                do Niborka. Towar 'spuściliśmy' od razu w melinie Gustawa, rzecz jasna, za
                marki niemieckie. Cieszyłem się, bo okazało sie, że za masło dostałem dwa i pół
                raza więcej, niż płacono u nas na miescu.
                Po szybkim posiłku Gustaw załadował swój plecak tytoniem i sacharyną, ja
                wziołem tylko trochę papierosów i haja w drogę, na dworzec. Wieczornym
                pociągiem dotarliśmy do końcowej stacji, a dalej pieszo do granicy.
                • rita100 Re: Co się tam działo ? 18.09.06, 20:40
                  Doszliśmy do krzaków nadrzecznych. Przerzuciliśmy drąg i wypróbowanym sposobem
                  podpierając sie tyczką przeszliśmy na stronę polską. Udalo się. Drąg i tyczkę
                  schowaliśmy w krzaki i gesiego - naprzód.
                  Gdy przechodziliśmy przez tryftę, w krzakach coś zaszeleściło. Zlękliśmy się.
                  Nagle staje przed nami hallerczyk z karabinem w ręku.
                  - Dzień dobry, to ja ! - mowił spokojnie Gustaw. - Wracamy do domu.
                  Dał strażnikowi trzy paczki dobrych papierosów i coś tam jeszcze. Poszliśmy
                  swoją drogą. W pobliżu wsi rzekłem do Gustawa:
                  - To sie nam udało, ale ja tam więcej nie pójdę ! To nie dla mnie robota !
                  - Och, ty głupsi. Tu nie ma żadnego ryzyka. Jak sie jakiś zołnierz napatoczy,
                  to się go prosto zblatuje i fertig! - odpowiedział Gustaw.
                  • rita100 Re: Tajniacy 18.09.06, 20:41
                    Jednakże ja nie odważyłem się juz na podobne wyprawy, natomiast Gustaw szybko
                    dorobił się na szmuglu i kupił masarnię w Pielgrzymowie. Rychło też sie ozenił.
                    Zdawało się, że nie ma siły, aby ten handel poskromić czy zniszczyć, gdyż i
                    szmuglerzy, i strażnicy byli łasi na pieniądze. Aż tu nagle odwołuje się
                    hallerczyków z posterunków granicznych i wstawia na ich miejsce piłsudczyków, a
                    na dodatek przychodzą tajniacy i żandarmi.
                    • rita100 Re: Tajniacy 18.09.06, 20:42
                      Żandarmerię polską umieszczono w punktach przepustkowych nad granicą, zaś
                      tajniaków pochodzacych przeważnie z Poznańskiego, bodajże w każdej miejscowości
                      przygranicznej.
                      W Brodowie osadzono ich dwóch i to w w domu moich rodziców. Mimo próśb i
                      narzekań na ciasnotę uwzieli się i zamieszkali.
                      Pewnego razu zwierzyli się ojcu na ucho:
                      - Zostaniemy u was, bo jak nam we wsi powiedzieli, tu jest dla nas miejsce
                      pewne.
                      Brodowo pozbyło sie żołnierzy, zyskując w zamian dwóch tajniaków.
                      Obaj tajniacy byli około dwudziestu ośmiu lat. Chodzili po cywilnemu ze spluwą
                      w kieszeni.
                      Ludzie bali się ich okropnie.
                      Przemytnicy również uspokoili się. Podobno usadowili sie w okolicznych lasach.
                      W każdym razie ruch szmuglerski został przyduszony, stracił rozmach.
                      • rita100 Re: Tajniacy 18.09.06, 20:42
                        Tajniacy trzymali sie raczej z dala od ludniości. Nikomu nie dowierzali. Mowili
                        po polsku i po niemiecku. Zajmowali się wszystkimi sprawami, nawet szeptanką.
                        Odwiedzali jedynie sołtysa i z nim byli w stałym kontakcie.
                        Trzeba powiedzieć, ze obecność tajniaków w Brodowie miała też swoje dobre
                        strony. Ludzie musieli wreszcie zabrać się do roboty, zwłaszcza że wiosna
                        nadchodziła i wołała rolników w pole.
                        • tralala33 Re: Tajniacy 18.09.06, 21:08
                          Zwalczanie przemytników to istna walka z wiatrakami. Przypomina mi się opowieść
                          o człowieku, który 'przemycał' piasek. Jutro ją opowiem, chyba, że wszyscy ją
                          znają?
                          • rita100 Re: Tajniacy 18.09.06, 21:10
                            Nie , ja nie znom. Bardzo chantnie sia doziem smile
                            • rita100 Re: Powrót z niewoli 19.09.06, 21:15
                              Dnia 20 marca 1929 roku wieczorem cała nasza rodzina siedziała w domu i czekała
                              na kolację.
                              Wtem.... puk, puk do drzwi.
                              - Proszę! - zawołała matka
                              - Dobry ziecór wama wsystkim !
                              - Wilim wrócił, Wilim ! - wrzasnęła cała rodzina
                              Tak, to brat ! Najstarszy nasz brat wrócił dopiero z pierwszej wojny, z
                              francuskiej niewoli.
                              Nie przyszedł sam, lecz z plutonowym WP, komendantem posterunku granicznego w
                              Purgałkach. Ponieważ brat legitymował się niemeickim paszportem wydanym dopiero
                              co przez władze niemeickie w Olsztynie, który upoważniał jedynie do pobytu
                              czasowego w Polsce, komendant musial przekonać się osobiście, jak sprawy stoją.
                              Komendant więc przy okazji chciał zbadać całe środowisko, z którego brat się
                              wywodzi.
                              Po wspolnej uroczystej kolacji, ktorą uświetniła butelczyna kornusu, postawiona
                              przez brata, a opróżniona przez nas trzech: brata, komendanta i mnie ,
                              komendant pożegnał się.
                              Wreszcie z bratem mogliśmy swobodnie porozmawiać.
                              • rita100 Re: Powrót z niewoli 19.09.06, 21:16
                                Mowi Wili, brat Karola:
                                - Chciałem być w domu 18 marca. Niestety nie udało się. Administracja niemiecka
                                nie chciała mnie do Polski wpuścić, a ja wcale nie wiedziałem, że tu jest
                                Polska. Dopiero musiałem wywalczyć ten oto paszport i na tej podstawie
                                przekroczyłem granice. Paszport, jak widzicie wymaga przedłużenia skoro chce
                                się dłużej w Polsce pozostać. Ale to dalsza sprawa , najwazniejsze, ze jesteśmy
                                wszyscy razem.

                                Brat wyznał mi, że jest zwolennikiem postępu, podobnie jak ja. Radziłem mu
                                tylko, aby nie wyjawiał swoich poglądów rodzicom.
                                - Przecież wiesz, jacy oni są. Są przecież mocnymi gromadkarzami. Trzeba
                                pamiętać, z kim można mówić,a z kim nie. W każdym razie nie drażnij nikogo,
                                jeno umiejętnie przekonuj. A poza tym tu w Polsce nie wychodź na razie na jaw z
                                tymi nowościami, bo cię na stos wydadzą.
                                Wspomniałem też Wiliamowi o obecności dwóch tajniaków i to pod naszym dachem.
                                Można było mieć pewność, ze jego też wezmą pod lupę.
                                Mówiliśmy również o najżywotniejszych sprawach plebiscytu na Mazurach.
                                A pózniej chrapneliśmy, bośmy zielce łumenczeni buli.
                                • rita100 Re: Przed plebiscytem 20.09.06, 20:57
                                  A teraz przejdziemy do omawiania spraw plebiscytowych, najczęściej temat jet
                                  omijany i niewygodny, a dlaczego ? Bo trochę krytyki nie zazkodzi, a ukaże nam
                                  ogrom tej tragedi i porażki Polaków. A żeby nie było , ze fantazuję posłużę sie
                                  cytatami Karola Małłka ,jak dotąd robię. Temat trochę nudny, bo wymaga bardziej
                                  skupienia i rozumienia problematyki oraz łączenia faktów.
                                  Karol Małłek ma wtenczas dwadzieścia dwa lata i energię.
                                  • rita100 Re: Przed plebiscytem 20.09.06, 20:58
                                    "W końcu maja 1920 roku po zakończeniu robot wiosennych w gospodarstwie
                                    poszedłem jednak na plebiscyt. Przeszedłem przez zieloną granicę i dostałem się
                                    do Niborka. Rozglądam się ostrożnie, wypytywalem o jakieś komitety
                                    plebiscytowe, aż wreszcie dotarłem do "Burgerhalle", knajpy, w ktorej była baza
                                    polskich agentów.
                                    Tam dowiedziałem się, ze robotę agitacyjną na rzecz Polski, powierza sie przede
                                    wszystkim katolikom.
                                    Pobyłem jeszcze w Niborku i obserwowałem rozwój sytuacji. Strona niemiecka
                                    wydała mi się ruchliwsza i bardziej zorganizowana.
                                    Na ogół w okolicy było spokojnie, tylko w "Burgerhalle" agenci mocno sobie
                                    zapijali każdy najmniejszy sukces.
                                    Pewnego dnia udałem się pociągiem do Olsztyna.
                                    • rita100 Re: Przed plebiscytem 20.09.06, 20:58
                                      W Olsztynie spotkałem kolegę z 79 pułku polnej artylerii, gdzie odbywaliśmy
                                      służbę rekrucką w Ostródzie.
                                      - Co tu w Olsztynie się dzieje ? - zapytałem go
                                      - To ty nie wiesz ? - odpowiedział pytaniem.
                                      - No skąd ? Przyjechałem w goscinę i widze tu jakieś dziwne rzeczy !
                                      Poszliśmy do restauracji i kumpel zaczął opowiadać przy gorzalce, piwku i
                                      papierosach miast zakąski, wedle zwyczaju niemieckiego, który przejęli też
                                      wszyscy pod Niemcem wychowani.
                                      - Otóz w naszym abstimmungsgebicie (obszar plebiscytow) inaczej wygląda niz
                                      kiedyś za kochanego Wilusia... - ironicznie rozpoczął. - Przed 17 stycznia 1929
                                      roku wyszło z tego terenu wojsko niemieckie i policja, ale administracja
                                      została cała, nie naruszona. Urzednicy urzędują nadal jak przedtem. To Polakom
                                      się nie podoba. Od 12 lutego główną władzą miejscową jest Komisja Aliancka czy
                                      też Międzysojusznicza - jak kto woli. Główna część tej komisji urzęduje w
                                      Olsztynie, a reszta w Kwidzynie. W skład komisji wchodzą Anglik - Rennie,
                                      Francuz - Couget, Włoch - Fracassi i Japończyk - Marumo.
                                      • rita100 Re: Przed plebiscytem 20.09.06, 21:02
                                        Opowiedział mi szczegołowo, że w ślad za komisją przybył jeden batalion wojska
                                        angielskiego do Olsztyna, a nieco pózniej jeszcze jeden batalion wojska
                                        włoskiego do Ełku. Wojsko podzielono na grupy i odesłano do miasteczek. W
                                        każdym mieście powiatowym był oficer dozorujący starostę. W Ełku i Szczytnie
                                        pełnili tę funkcję oficerowie włoscy, w Olecku, Piszu, Lecu, Mrągowie i
                                        Niedzicy - oficerowie angielscy, a w Ostrodzie, Malborku i Sztumie - francuscy.
                                        Dokładne zestawienia jest na str.38
                                        • rita100 Re: Przed plebiscytem 20.09.06, 21:03
                                          Zagadnąłem kumpla wręcz:
                                          - A jak będziecie głosowali ?
                                          - No, oczywiście, za Niemcami, a jakże by inaczej ! - odpowiedział bez namysłu.
                                          - Jesteś tego pewny ? - zapytałem jeszcze.
                                          - Naturalnie ! Musisz wiedzieć, ze Niemcy nie żałuja ani ludzi , ani pieniędzy,
                                          ani czasu, a jakie mają pomysły organizacyjno-propagandowe ! Działają
                                          najróżnorodniejsze organizacje o charakterze hakatystycznym jak na przykład....
                                          ( uuu tu następują trudne nazwy z 12-u organizacji, pominę) Członkowie tych
                                          organizacji, bracie, są odpowiednio wyposażeni.
                                          (...)
                                          - No dobrze, ale ty jesteś chyba Warmiakiem, jak mi sie przypomina ! -
                                          ośmieliłem sie powiedzieć.
                                          - Naturlich ! Jestem Ermlander, ale niemiecki Ermlander, jak ci przecież
                                          wiadomo.
                                          O, do diabła ! - pomyślałem sobie - za daleko się posunąlem. Pytam go jednak
                                          dalej:
                                          - Czy wszyscy Ermlanderzy tak myślą ?
                                          - Wszyscy ! A jeśli znajdą się gdzie jeszcze tacy, co za Polską ciągną, to
                                          załatwimy się z nimi krótko, to popędzimy ich tam własnie do was, do Działdowa,
                                          albo tam - wskazał palcem - do piasku ! Nie boj się, wyczyścimy ich....
                                          • rita100 Re: Przed plebiscytem 20.09.06, 21:04
                                            W okresie od 15 maja 1919 do 12 lutego 1920 roku , do chwili przybycia Komisji
                                            Sojuszniczej, Niemcy rzucili na teren plebiscytowy okolo 5,5 miliona gazet.
                                            Dowiedziałem się także, ze Niemcy suto opłacają swoich agentów. Stawki
                                            kształtują się od tysiaca do czterch tysiecy marek miesiecznie zależnie od
                                            wykonywanej funkcji. Są też plany sprowadzenia na sam plebiscyt z zachodu,
                                            zwłaszcza z Westfalii, około 200 tysiecy ludzi, ktorzy się tutaj urodzili, aby
                                            też glosowali za Niemcami.
                                            Napiliśmy się jeszcze po jednym sznapsie i po piwie i rozeszliśmy się. To był
                                            prawdziwy hauklubowiec, jeno mu się oczy iskrzyły.
                                            Postanowiłem pojechac do Krolewca w nadzieji, że tam najlepiej zorientują mnie
                                            towarzysze KPD.
                                            • rita100 Re: Przed plebiscytem 22.09.06, 21:06
                                              Patrzę na rozkład jazdy w poczekalni kolejowej a tu nagle ktoś na mnie woła:
                                              - Karolu co tu robisz ?
                                              Patrzę, a to Pawelski z Krolewca, dawny kumpel z okresu działalności w Radach
                                              Żołnierskich i Spartakusie.
                                              - Dokąd się wybierasz ? - pyta
                                              - Szukam prawdy dziejowej i nie mogę jej znaleź - odpowiedziałem mu. - Może i
                                              was w Królewcu ją znajdę ?
                                              - I tam jej nie znajdziesz, ale coś niecoś bym ci powiedział. Jedź ze mną -
                                              zaproponował. - Będzie mi raźniej i w drodze sobie pogadamy.
                                              (...)
                                              - A co sądzisz o plebiscycie ? - spytałem.
                                              - Otóż to. Początkowo sytuacja wyglądała inaczej a teraz inaczej. W roku 1919
                                              głośno w Prusach Wschodnich wyśpiewywano Polskę, a teraz bracie: "Deutschland,
                                              Deutschland uber alles" i nic więcej.
                                              • rita100 Re: Przed plebiscytem 22.09.06, 21:07
                                                - Ciekwi mnie, czy rzeczywiście sprawy polskie tak źle stoją.
                                                - O bracie ! Bardzo źle ! Nie mam mowy, aby Polacy plebiscyt wygrali. Muszę ci
                                                otwarcie wyznać, że Polacy nie umieją tych rzeczy robić. Ilu jest Polaków, tyle
                                                jest zdań i myśli. Poza głównym przedstawicielstwem polskim zorganizowali oni
                                                aż trzy rózne komitety. Zaraz ci to udowodnię.
                                                Wyciągnął z teczki parę gazet, miedzy innymi "Ostdeutsche Nachrichten"
                                                i "Pruskiego Przyjaciela Ludu" ktore w swoim czasie wymieniały te organizacje
                                                plebiscytowe i podawały do publicznej wiadomości ich skład.
                                                Dowiedziałem sie z tych publikacji, że po objęciu władzy przez Komisję
                                                Międzysojuszniczą w dniu 12 lutego 1920 roku przybył do Olsztyna Mazurski
                                                Komitet Plebiscytowy z całym aparatem urzędniczym i zainstalował się w gmachu
                                                Reichshofu, gdzie urzęduje również konsul polski i Komisja Sojusznicza.
                                                Przeczytałem , ze przewodniczącym Komitetu jest ks. dr Juliusz Bursche z
                                                Wraszawy, sekretarzem generalnym Stanisław Zieliński również z Warszawy, drugim
                                                sekretarzem Kazimierz Jaroszyk.
                                                W innym miejscu podano skład władz Mazurskiego Związku Ludowego. Funkcję
                                                przewodniczącego pełnił Fryderyk Leyk, księgarz z zawodu, wyceprzewodniczącego
                                                był Zakryś, właściciel majątku, sekretarzem Andrzej Czeczka, rolnik,
                                                skarbnikiem Jan Majkowski, rolnik.
                                                • rita100 Re: Przed plebiscytem 22.09.06, 21:08
                                                  Pawelski wyjaśnił mi, że pierwsza organizacja - Mazurski Komitet Plebiscytowy -
                                                  przybyła już gotowa w składzie z Warszawy do Olsztyna 18 lutego 1920 roku, a
                                                  Mazurski Związek Ludowy powstał już wcześniej, 19 listopada poprzedniego roku.
                                                  W tym samym prawie okresie została utworzona jeszcze jedna organizacja pod
                                                  nazwą: Rady Ludowe, na której czele stali: dr Gąssowski, dr Wilimski i
                                                  Roszczynalski, polscy majątkarze i katolicy, ktorzy prawie przez pól roku
                                                  kłócili się ze zwiazkami nie wiadomo o co.

                                                  Drań Worgitzki, przecież również ultrakatolik, nie bał się połączyć z Henselem
                                                  ultraewangielikiem dla wspolnej niemieckiej sprawy. Dlatego oni właśnie
                                                  wygrywają.

                                                  Do Warszawy pojechał Kaczyński i wrócił z nosem na kwintę, zrozpaczony,
                                                  zrezygnowany, bo stwierdził, ze w Polsce również rządzi burżuazja i dla ludzi
                                                  postępowych nie ma perspektyw działania.

                                                  (Jak widzicie Warszawie nie zależało na Prusach, kłótnie , awantury, stawianie
                                                  kłody ludowi mazurskiemu nie mogło sprzyjać plebiscytowi)
                                                  • rita100 Re: Przed plebiscytem 22.09.06, 21:09
                                                    Pawelski zreferował mi także znamienne w tej sprawie stanowisko Watykanu.
                                                    Naczelny komisarz kościelny do sprawa plebiscytowych, nuncjusz papieski w
                                                    Polsce, Achilles Ratti, również skłania się niedwuznacznie w stronę Niemców.
                                                    Odwiedził we Fromborku niemieckiego biskupa warmińskiego Bludaua, kanonika
                                                    Weichsla, też Niemca, w Olsztynie, oraz barona von Gayla, znanych niemieckich
                                                    szowinistów. Wszyscy oni są jednomyślni w polityce plebiscytowej. Natomiast
                                                    kiedy polscy pisarze, Stefan Żeromski i Jan Kasprowicz zwrócili sie o pomoc do
                                                    nuncjusza Rattiego w imieniu polskiej ludności na Warmii, Powiślu i Mazurach -
                                                    odpowiedział im wręcz, ze papież życzy sobie, aby Niemcy zostali Niemcami, a
                                                    Polacy Polakami. Biskup warmiński z całą butnością wszystkim podwładnym sobie
                                                    księżom groził przesiedleniem, jeśli bedą sie zajmowali zakładaniem polskich
                                                    ochronek i temu podobnymi rzeczami.
                                                    Komisja Sojusznicza podziela, niestety, stanowisko biskupa Bludaua, co więcej,
                                                    udziela mu cichego poparcia.
                                                  • rita100 Re: Przed plebiscytem 22.09.06, 21:12
                                                    " - A najhaniebniejsze są chyba zakulisowe machinacje klik militarystycznych
                                                    Piłsudskiego z tutejszymi Heimatbundu za zgodą oficerów angielskich, o czym
                                                    dochodzą wieści do tutejszych kół KPD - oburzał się Pawelski.
                                                    Wspólne pertraktacje dotyczyły możliwości włączenia Prus Wschodnich w orbitę
                                                    sił, skierowanych przeciwko Rosji w celu militarnego poparcia Polski.
                                                    Karol Małłek
                                                    - Widzisz jak wyglądają te sprawy od podszewki ?

                                                    Pod wpływem tej rozmowy powziołem decyzję powrotu do domu, zamiast dalej szukać
                                                    kontaktu z polskim Komitetem Plebiscytowym.
                                                    Pożegnałem się z Pawelskim na dworcu w Krolewcu i wykupiłem bilet do Niborka.
                                                    (A w domu czekał go juz pobór do wojska polskiego.
                                                    Takie to ma wspomniena Król Mazur Karol Małłek)
                                                  • rita100 Re: Bereza Kartuzka 22.09.06, 21:20
                                                    Bereza Kartuzka - co to za obóz, że tak bardzo bali się jej polscy mazurzy ?
                                                  • rita100 Re: Pobór 25.09.06, 20:42
                                                    A więc Karol Małłek został powołany do wojska polskiego. Z Dużej Sławki szedłem
                                                    w stronę Małego Kozłowa. Potem przez Zakrzewko, polski majątek , wprost na
                                                    Sarnowo, a z Sarnowa najkrótszą drogą przez laski prosto nad rzekę Nidę. I tak
                                                    dotarłem do Brodowa, uważając na tajniaków.
                                                    Bałem się trochę, bo byłem około dwóch tygodni poza domem i nie wiedziałem co
                                                    mogło sie w tym czasie wydarzyć.
                                                    No i było tak. W domu za dużo nie mówiłem, bo nie chciałem ojca martwić złymi
                                                    wieściami, więc zabrałem się zaraz do pracy. Po owym 'przewietrzeniu' chciało
                                                    mi sie mocno pracować. Zwiźliśmy siano pod dach.
                                                    Kończyliśmy akurat zwózkę, a tu nagle stróż wiejski wydzwania utartym zwyczajem
                                                    nowość:
                                                    - Oznajmuje, ze roczniki wojskowe od 1890-1899 mają sie wstawić do poboru w
                                                    Działdowie !
                                                    Pomyślałem sobie:
                                                    - O, do diobła! To niedobrze, bo to prawdopodobnie idzie o pobór wojskowy na
                                                    front wschodni !
                                                    I okazało sie , że miałem rację.
                                                  • rita100 Re: Pobór 25.09.06, 20:43
                                                    Nadszedł dzień poboru. Poszliśmy całą zgrają do Działdowa.
                                                    Po drodze jeszcze, miedzy Działdowem a Brodowem toczyły się różne dyskusje.
                                                    Jedni krzyczą: - Idziemy bić bolszewika!
                                                    Drudzy: - Nie idziemy !
                                                    Już na głównym rynku ludzie w niezgodzie wykrzykują:
                                                    - W trakcie wersalskim nic się nie wspomina o wojnie z Rosją radziecką !
                                                    Wreszcie idziemy do domu poborowego.
                                                    Gdy stanąłem przed urzędnikiem, zapytałem z miejsca, czy ten pobór ma charakter
                                                    przymusowy i przeciw komu jest wymierzony. Urzędnik zbył mnie jakąś opryskliwą
                                                    uwagą, na co ja odparłem stanowczo:
                                                    - Oswiadczam, iż jestem przeciwnikiem wojny i na wojnę przeciwko bolszewikom
                                                    nie pójdę ! Każdy z nas ma dosyć wojny !
                                                    - No to jest pan Niemcem, jeśli się pan nie chce zgodzić ! - powiedział
                                                    urzędnik.
                                                    -
                                                    Niech mi pan nie wmawia tego, co nie jest ! - odpowiedziałem.
                                                    Ostatecznie nie poszedłem na front.
                                                  • rita100 Re: Pobór 25.09.06, 20:43
                                                    Z naszej wsi zagarneli tylko Jana Walerowicza - najstarszego syna sołtysa,
                                                    który natychmiast złożył swój sołecki urząd. Miał juz wszystkiego dosć. Z braku
                                                    laku wzięto na sołtysa znów Schaua, no bo innego chętnego nie było. Tym razem
                                                    nie pytano o wyznanie, bo nowy starosta, dr Jan Bogocz, ze Śląska Cieszyńskiego
                                                    był mądrzejszy od wszystkich pomorskich i wschodniopruskich endeków czy
                                                    chadeków i umiał odróżnić wyznanie od narodowości.
                                                    - Dlaczego od razu tak nie postępowano ? - skarżyła sie ludność.
                                                    Tymczasem wrzenie wśród ludu narasta. Coraz więcej sie mówi o sytuacji na
                                                    froncie wschodnim. Opinie i nastroje panują sprzeczne.
                                                  • rita100 Re: Pobór 25.09.06, 20:44
                                                    W każdym razie zapowiada sie niewesoło: tu po stronie polskiej wojna, a za
                                                    rzeką, o kilometr od Brodowa - plebiscyt, w którym Mazurzy, Warmiacy i Powiśle
                                                    w dniu 11 lipca 1920 roku mają się wypowiedzieć w tajnym głosowaniu za Polską
                                                    lub za Prusami Wschodnimi.
                                                  • rita100 Re: Plebiscyt 26.09.06, 21:19
                                                    Slowa Warmiaka z Olasztyna stały się rzeczywistością. Już przez dwa tygodnie
                                                    poprzedzające dzień głosowania szły długie pociągi z zachodu do Prus
                                                    Wschodnich. Najwięcej ludzi jechało z Westfalii, z miejscowości Herten i
                                                    Recklinghausen, gdzie mieszkało około 120 000 Mazurów pruskich urodzonych w
                                                    okręgu plebiscytowym. Szły także pociagi z Berlina i z tych zakątkow
                                                    polonijnych, gdzie mieszkali ludzie pochodzący z tzw. abstimmungsgebit. Pociągi
                                                    były umajone zielenią i upstrzone szowinistycznymi hasłami niemieckimi.
                                                    Na stacjach kolejowych, a szczególnie na dworcach docelowych, przybyszów witały
                                                    orkiestry i tłumy ludzi.
                                                  • rita100 Re: Plebiscyt 26.09.06, 21:19
                                                    Akcja była zorganizowana bardzo sprawnie, goście zachodni byli wprost z dworca
                                                    kierowani na bezpłatne kwatery, rozmieszczone stosownie do miejsc urodzenia, a
                                                    więc zarazem miejsc oddawania glosów. Ludziom tym zorganizowano wyśmienite
                                                    warunki pobytu na Mazurach. Poza bardzo dobrymi warunkami lokalowymi i
                                                    wyżywieniem zapewniano im atrakcyjne rozrywki: kino, teatr oraz wycieczki po
                                                    malowniczych jeziorach mazurskich.
                                                    Za to wszystko płaciła II Rzesza, czyli Republika Weimarska. Koszty
                                                    sprowadzenia i pobytu jednego uczestnika plebiscytu np. z Westfalii wynosiły
                                                    ponoć przeszło 140 marek, a globalny wkład gotówkowy Rzeszy w tę akcję wyniósł
                                                    prawie 15 000 000 marek."

                                                    Ciekawe jakie koszty poniosła Polska ? Nawet nie wspomniano. Oprócz ciągłego
                                                    układania kłód kompletnie Polska nie była zainteresowana plebiscytem. Jak więc
                                                    mogła wygrać ?
                                                  • rita100 Re: Plebiscyt 26.09.06, 21:20
                                                    Glosowanie objęło także aktualnych mieszkańców Działdowczyzny, ale tylko tych,
                                                    którzy urodzili się na tamtejszym terenie plebiscytowym. Warunkom tym
                                                    odpowiadali także moi rodzice. Matka miała głosować w Sarnowie, a ojciec w
                                                    Dużej Sławce.
                                                    Tak więc, reasumując:
                                                    Za Prusami głosowało więc przeszło 97%, a za Polską nawet niepełne 3%.
                                                    Polska poniosła wielką klęskę. Teren plebiscytowy pozostał nadal przy Rzeszy
                                                    Niemieckij, pomimo że glosowano za przynależnością do Prus Wschodnich, a nie do
                                                    Rzeszy Niemieckiej.
                                                  • rita100 Re: Plebiscyt 26.09.06, 21:20
                                                    Po 11 lipca nastąpił drugi etap całej akcji - szowiniści niemieccy zabrali się
                                                    teraz do zapowiadanej czystki. Po odniesieniu zwycięstwa w plebiscycie rząd
                                                    niemiecki w Berlinie całkowicie zmienił swą politykę wobec Warmiaków i Mazurów.
                                                    Hasło naczelne brzmiało: "Warmiak i Mazur, to Niemiec".
                                                    I to był chyba najgorszy okres dla czujących się Polakami.
                                                    Zaczęły rozwijać się wszelkiego rodzaju formy i metody germanizacyjne wobec
                                                    tego ludu. Lata po plebiscycie 1929-1933 , a więc okres Republiki Weimarskiej,
                                                    stanowią w historii ludu polskiego na Warmii i Mazurach III okres
                                                    germanizacyjny, w którym Niemcy przystąpili do kompletnego i systematycznego
                                                    nieszczenia polskiej świadomości narodowej."
                                                  • rita100 Re: Plebiscyt 26.09.06, 21:21
                                                    We wsiach wzdłuż polskiej granicy nowo wybudowane na pokaz szkoły, nowocześnie
                                                    wyposażone, w ktorych nie wyzywano już więcej od Polaków albo od ciemnych
                                                    Mazurów.
                                                    W kościołach odbywały się odtąd nabożeństwa tylko po niemiecku.
                                                    W Reichswehrze siedziało wielu Mazurów wojskowych. Niektórzy z nich zrobili
                                                    nawet kariery, jak generał Jesionek z Wielbarka czy Sowa z Wysokiej.
                                                  • rita100 Re: Plebiscyt 26.09.06, 21:22
                                                    Prawie w każdym mieście stał na rynku jak nie Wiluś, to Bismarck lub
                                                    Hindenburg, czy też bezimienny wojak trzymający zwycięski miecz i flagę w ręku.
                                                    Prawie każda wieś posiadała plac, a na nim głaz, na którym wyryto niekiedy
                                                    nawet złotymi zgłoskami różne slogany niemieckie. W kosciołach wmurowano
                                                    tablice gdzie aż sie roiło od nazwis poległych "fur Kaiser und Vaterland"
                                                    Olsztyn otrzymał w podzięce za wygrany plebiscyt nowy gmach teatru, ktoremu
                                                    nadano nazwę "Treudank" - pomnik wdzięcznosci - oraz olbrzymi obelisk
                                                    plebiscytowy z wielkim napisem: "Dies Landbleibt deutsch" (Ta ziemia pozostanie
                                                    niemiecka).
                                                    Tak oto poczyna się toczyć koło historii za naszą rzeką Nidą, za Brodowem i
                                                    Chorabiem.

                                                    A teraz pokazuje Małłek co dzieje się w tym czasie na Działdowczyźnie, kiedy
                                                    ziemie należały do Polski. Co ich czekało w tej Polsce naszej. Teraz zaczną sie
                                                    momenty iście jak z wojaczka Szwejka. Jak tylko będziecie cierpliwi to
                                                    zobaczycie jak można całą wieś Brodowo wsadzić do więzienia i to tylko za to ,
                                                    ze się było Mazurem.
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 27.09.06, 21:02
                                                    Gdy ludność Działdowszczyzny nieco się uspokoiła po zamieszaniu plebiscytowym i
                                                    przystąpiła do robót żniwnych, zaczęły napływać nowe wieści o zaostrzeniu
                                                    sytuacji na froncie wschodnim.
                                                    Mazurzy narazie czekali w milczeniu na rozwój wydarzeń i pracowali w polu.
                                                    Ja kosiłem trawę na łakach pod Gajówkami, kiedy nagle usłyszałem salwę z dział
                                                    gdzieś spod Iłowa na Narzyn. Konie mocno mi się spłoszyły, bo pociski
                                                    artyreryjskie rozerwały się nie tak daleko ode mnie. Celowano widać w polski
                                                    pociąg, który stanął na dworcu w Narzymiu. Kiedy pociąg ruszył pod Działdowo,
                                                    poszlo za nim jeszcze kilka pocisków pojedynczych i to sztapneli. Pociąg został
                                                    uszkodzony. Ileż to strachu i sensacji narobiły te pociski !
                                                    Ludziska w popłochu opuszczali pola i łaki, uciekając do domów. OHO, pomyślałem
                                                    sobie, to pewnie niedługo pojawią sie formacje bolszewickie.
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 27.09.06, 21:02
                                                    Tymczasem nic, było spokojnie. Dopiero wieczorem dotarły do Brodowa wieści, że
                                                    wojsko radzieckie zajęło już Olowo jedno i drugie, a nazajutrz rusza dalej na
                                                    Działdowo. Tego samego dnia uciekli z Brodowa: wójt, kierownik szkoły i obaj
                                                    tajniacy. Usunęli się także żandarmi graniczni z Ilowa, Biaut i Purgałek. Tylko
                                                    konny patrol składający się z siedmiu ułanów, ktory kwaterował u Jebrama
                                                    objeżdzał teren brodowski.
                                                    Ojciec nasz zaś - latał jak furc:
                                                    - Chłopcy ! Chodźcie no za stodołę ! Patrzta pod Narzym ! Widzita!
                                                    Ujrzeliśmy bolszewicką tyralirę ciagnącą sie długą linią przez pola narzymsko-
                                                    brodowskie na Gajówki, Kisiny i Działdowo.
                                                    - Nic z dzisiejszej roboty nie wyjdzie.
                                                    - Chłopcy, nie wychodźta do roboty, bo to mogłoby być niedobrze! - ostrzegł nas
                                                    ojciec.
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 27.09.06, 21:03
                                                    Zjedliśmy śniadanie i wyszliśmy na wieś w stronę Działdowa. Nagle... bach,
                                                    bach ! Zaczęły sie rozrywać na łąkach pociski. Jak się później okazało, to
                                                    artyreria polska strzelała na linię bolszewicką zza Działdowa, spod
                                                    gospodarstwa pana Barana. Niedługo z podmiejskiego lasu kolo Działdowa poczęly
                                                    grzać cekaemy i rozległy się karabinowe salwy piechoty. Na krótko przed objadem
                                                    wpadł do Brodowa, do sołtysa, patrol bolszewicki, ktory zarządził zbiorkę
                                                    kontygentu: dwie sztuki bydła i dwie tony zboża na chleb.
                                                    Sołtys Siała musiał szybko zdobyć żądane artykuły, przy czym zboże trzeba bylo
                                                    zemleć we młynie w Janowie i na wiatraku p.Dąbrowskiego.
                                                    Zaraz potem patrol zażądał siedmiu wozów do zwożenia rannych.
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 27.09.06, 21:04
                                                    Memu ojcu sołtys też wyznaczył podwodę (zwożenia rannych wozem)
                                                    - Ja pojadę , ojczulku, a wy zostańcie w domu ! - zwróciłem sie do ojca.
                                                    Zaprzęgnąłem parę koni do wozu roboczego, matka wcisnęła mi pajdę chleba i wio,
                                                    koniki ! W stronę Narzymia.
                                                    Tam bylo nas już więcej, chyba kilkadziesiąt wozów z kilku pobliskich wsi.
                                                    Dostaliśmy komendanta i kilku żołnierzy sanitariuszy, po czym pojechaliśmy pod
                                                    linię frontu i zatrzymaliśmy sie na miejscu spalonego wiatraka pana Wencla, za
                                                    górką za Mansfeldami i Gajówkami blisko szosy. Tam czekaliśmy na rozkazy.
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 27.09.06, 21:04
                                                    W miedzyczasie bój w Dzialdowie coraz bardziej sie zaostrzał. Spod Iłowa
                                                    przybył pod Kisiny jeszcze jeden radziecki pułk artylerii. Najbardziej
                                                    ostrzeliwano las malinowski.
                                                    Polacy nie pozostawali dłużni i kanonada wzrastała. Coraz to nowe bataliony
                                                    piechoty szły tyralierą od Kasin łąkami pod linię frontową.
                                                    Wtem nasz komandant taboru krzyknął:
                                                    - Pogotowka !
                                                    Wszyscy wsiedliśmy na wozy.
                                                    - Za mną marsz ! - zagrzmiał
                                                    Ruszyliśmy
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 27.09.06, 21:06
                                                    Ruszyliśmy przez Kasiny, a potem skręciliśmy w lewo pod Działdowo. Strzelaniny
                                                    już więcej nie było. Na moście nagle konie parsknęły i spłoszyły się. Obok
                                                    bariery mostowej leżał polski porucznik, trafiony kulą w głowę.
                                                    To był pierwszy i ostatni trup, jakiego widziałem w tej bitwie. Przejeżdzajac
                                                    przez Działdowo widziałem jeden palący sie dom na ulicy Wolność. Ludzi w
                                                    mieście nie widzieliśmy: albo się ukryli, albo pouciekali. Wyjechaliśmy z
                                                    Działdowa, ale potem wróciliśmy i zatrzymaliśmy sie pod starą pocztą. Na
                                                    krótkiej ulicy miedzy pocztą a zamkiem ustawiono nas na noc i strzezono, by
                                                    nikt nie uciekał. Były próby przekupienia żołnierzy, ale bezkuteczne.
                                                    Nazajutrz rano pojechaliśmy dalej na zachód i dotarliśmy do Burkatu, a potem do
                                                    Uzdowa. Bitwy żadnej już nie było, bo Polacy ostro wycofali się na zachód.
                                                    Trzeciego dnia na nasze usilne prośby puszczono nas jakoś do domu.
                                                  • tralala33 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 28.09.06, 21:24
                                                    Rito - w którym roku wydano tę książkę i jaki był nakład?
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 28.09.06, 21:29
                                                    Jutro dokladnie Ci podam, a Karolem Małłkiem jestem oczarowana - kazda strona
                                                    to odkrycie Działdowczyzny i stosunków międzyludzkich. Już piszę dalej co się
                                                    działo. Miałam szczęście z tą książką, przypadkowo ją mam. Jeszcze się
                                                    zastanawiałam czy kupić i tak w ciemno, ze względu na autora.
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 28.09.06, 21:31
                                                    Po kilku dniach odwiedził mnie jeden z moich przyjaciół, Kostek Krzemieniewski,
                                                    syn małorolnego chłopa, miejscowy katolik, który opowiedział mi, że podobno
                                                    nasz brodowiak Gustaw Robaczek i stary Falkus z Purgałek przyłapali dwóch
                                                    szpiegów i przyprowadzili ich pod karabinami do Brodowa. Odprowadzając Kostka
                                                    do domu zauważyłem duże zbiegowisko koło sołtysa. Z jednej strony z karabinami
                                                    stali Gustaw Robaczek dwudziestoletni łobuz brodowski, rzeźnik z zawodu i
                                                    Michał Jezusek. Po drugiej stronie stała w ciszy kupa ludzi.
                                                    - Co tu robicie ?- zapytałam Robaczka
                                                    - Czekamy na pismo od sołtysa na tych dwóch szpiegów, których złapaliśmy pod
                                                    Purgałkami w lesie !
                                                    - My nie szpiedzy, my żołnierze polscy! - odezwał się jeden z nich.
                                                    - Puszczajcie ich ! Niech idą ! - zadecydowałem szybko.
                                                    - Ja też tak sądzę ! - dopomógł Kostek.
                                                    Bodajże wszyscy ludzie byli po naszej stronie. Nawet Michał Jezusek odważył się
                                                    powiedzieć:
                                                    - Ja ich nie będę prowadził.
                                                    (...)
                                                    To rozegrała się walka między wszystkimi i przepychanki między tymi co chcieli
                                                    oddać złapanych w ręce bolszewickie , a tymi co chcieli póścić ich wolno.
                                                    - Nie róbcie tego ! Cywile niech się nie mieszają do spraw wojennych ! -
                                                    zaryczeliśmy pełnymi głosami.
                                                    Ale Robaczek i Wielgos trwali przy swoim.
                                                    Złapałem za kołmierz Michała Jezuska i powiedziałem mu na ucho:
                                                    - Puście tych ludzi do domu, niechaj idą swoją drogą !
                                                    Poszli.
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 28.09.06, 21:32
                                                    Stwierdziliśmy, że źle wychowano społeczeństwo. Władze polskie doprowadziły do
                                                    powstania rozdźwięków między spokojną dotychczas ludnością. Zmiana sytuacji
                                                    politycznej stała się okazją do zemsty, którą każdy stara się realizować po
                                                    swojemu.
                                                    ----------
                                                    Po zajęciu Dzialdowa przez Armię Radziecką został utworzony Tymczasowy Komitet
                                                    Rewolucyjny, na czele którego stanął Ernest Matzner, zaś członkami zostali Paul
                                                    Muller i Herman Schledzewski. Komitet funkcjonował zaledwie trzy dni, gdyż
                                                    sytuacja na froncie gwałtownie się zmieniła, wojska polskie poszły do natarcia
                                                    i oddziały radzieckie znalazły sie w odwrocie, cofając się także spod Brodnicy
                                                    i Grudziądza.
                                                    Szła piechota, jechała konnica, artyreria, ciągnęły tabory. Szli tak przez trzy
                                                    dni w kierunku Iłowo. Dopiero ostatniego dnia, gdy droga została odcięta, dużo
                                                    kawalerii przeprawiło się wpław przez Nidę, za granicę, na Mazury Pruskie. Tam
                                                    podobno internowano ich, a następnie odesłano do Szlagi pod Orzysz i zamknięto
                                                    w specjalnym obozie. Niemcy mieli potem niemalo kłopotu z wykarmieniem ich i
                                                    przeciwdziałaniem propagandzie komunistycznej, jaką szerzyli w okolicy.
                                                  • tralala33 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 28.09.06, 21:32
                                                    Odnalazłam tę stronę z dedykacją, rok 1960. Ale nakład chyba nie był duży, bo
                                                    ta historia z wojny polsko-bolszewickiej to przecież nie pasowała do ówczesnych
                                                    czasów.
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 28.09.06, 21:34
                                                    I na dodatek ksiązka poszła w inne rejony Polski, przez co została zapomniana i
                                                    nieznana - tak sądzę. Ale jutro sprawdzę dokładnie. Nie wiem jak ona mogła
                                                    przebrnąć przez ówczesne czasy smile
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 28.09.06, 21:35
                                                    Czwartego dnia w opustoszałym Brodowie zjawił się polski patrol wojskowy i
                                                    zażądał od sołtysa dziesięciu furmanek. Między innymi wyznaczono także naszego
                                                    ojca.
                                                    - Ja pojadę, a wy zostaniecie ! - powiedziałem znowu do ojca.
                                                    Zaopatrzony przez matkę w pajdę chleba i mięsiwo zasiadłam w wozie. Zbiórka
                                                    była w Iłowie. Zebrało się nas chyba ze siedemdziesiąt podwód parokonnych.
                                                    Staliśmy tam pół dnia i jedną noc, dopiero drugiego dnia odjechaliśmy na
                                                    wschód, wioskami wzdłuż starej granicy. Wleklyśmy się noga za nogą przez cztery
                                                    dni i dotarliśmy pod Kolno na Kurpiowczyznę.
                                                    Tu okazało sie, że nasza czterodniowa tułaczka była zupełnie bezcelowa.
                                                    Wreszcie na błagalne prośby zwolniono nas do domów. Kurpiacy chcieli nas
                                                    ograbić z koni i z wozów, aleśmy pruli naprzód co sił.
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 28.09.06, 21:35
                                                    W powrotnej drodze dobiegła nas wiadomość o wybuchu drugiego powstania
                                                    śląskiego, które rozpoczęło się 19 sierpnia i nie wiadomo bylo, jak sie skończy.
                                                    Wszyscyśmy czym prędzej podążali na zachód, aby jak najszybciej opuścić krainę
                                                    Kurpiów, do ktorych bardzo zraziliśmy się.
                                                    Do wsi wrócił z ucieczki cały i zdrowy wójt, a zarazem kierownik szkoły, Wróbel
                                                    wraz z żoną i dziećmi.
                                                    Narzekał na niezdyscyplinowanie ludzi, ktorzy mu skradli krowę. Wróbel bowiem
                                                    cały swój żywy i martwy inwentarz zostawił w Brodowie pod opieką starej
                                                    służącej. Gdy wrócił, okazało sie, że ocalało wszystko z wyjątkiem krowy.
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 28.09.06, 21:36
                                                    Z czasem wydawało się, ze to dwaj najstarsi synowie Wilhelma Szymańskiego
                                                    uprowadzili krowę za granicę do Niborka, i tam ją sprzedali. Po kilku
                                                    tygodniach tamtejsza policja odnalazła krowę i po usilnych staraniach sołtysa
                                                    oraz całej wsi zwróciła poszkodowanemu. Chwilowo Wróbel korzystał z krowy
                                                    wypożyczonej mu przez mojego ojca.
                                                    Wróbel opowiadał, że w ostatnim okresie wielu opuściło Działdowczyznę, udając
                                                    sie na Mazury Pruskie. Uciekli również ci, ktorzy stali po stronie bolszewików
                                                    i młodzież.
                                                    ------------
                                                    Tak , sprawę krowy mamy już wyjaśnioną, teraz przed nami będzie obiecany opis
                                                    aresztowania całej wsi przez piłsudczyków.
                                                    cdnj
                                                  • rita100 Re: Działania wojenne na Działdowszczyźnie 29.09.06, 20:10
                                                    schlesien.nwgw.de/foto/displayimage.php?album=94&pos=103
                                                    schlesien.nwgw.de/foto/displayimage.php?album=94&pos=104
                                                    Tralala, tu só wszystkie dane, dokładnie napisane.
                                                    A teraz dalej czytajmy , bo bandziesz sama zaskoczóna.
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 20:12
                                                    Nazajutrz, kiedy byliśmy wszyscy w domu, około godziny jedenastej przed
                                                    południem, weszło na nasze podwórze dwóch polskich wojskowych.
                                                    - Dzień dobry państwu ! Jak państwu idzie ? - zagadał gdzieś
                                                    dwudziestosześcioletni blondyn w pięknym mundurze polskiego "kanarka".
                                                    Przywitał się z nami serdecznie, jakbyśmy się znali długie lata. Drugi z
                                                    przybyszów , ciemnowłosy około dwudziestu ośmiu lat, w mundurze wojskowym
                                                    polskiego piłsudczyka też się przywitał. Obaj mieli stopień plutonowego.
                                                    - Proszę siadajcie panowie ! - zachęcał ich ojciec.
                                                    Zachowywali się ci wojacy, jakby nas już dawno i dobrze znali, aż nam było
                                                    wstyd, że ich jakoś nie poznajemy.
                                                    Aż wreszcie "kanarek" zapytał:
                                                    - Nie poznajecie nas ?
                                                    - Nie ! - odpowiedzieliśmy z ojcem.
                                                    - No, bo wtedy było ciemno, to może nie widzieliście nas dobrze, ale my
                                                    zapamiętaliśmy znakomicie waszego syna, Karola, który walczył o nasze
                                                    zwolnienie, jak lew. Gdyby nie on, bylibyśmy już w piasku, gdyż na to się
                                                    zanosiło.
                                                    Wprawdzie Michał Jezusek stale powtarzał, że on dalej nie pójdzie i że trzeba
                                                    nas puścić, ale Robaczek na pewno byłby nas przejechał serią z karabinu.
                                                    - Ach, nareszcie wiem ! - wykrzyknąłem odkrywczo. - To wy, panowie, byliście
                                                    tymi rzekomymi szpiegami !
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 20:12
                                                    Zaczęliśmy wypytywać, co się dalej z nimi działo.
                                                    - Chcieli nas puścić zaraz, za wsią, ale prosiliśmy, aby nas podprowadzili do
                                                    następnej wsi, bo nie dowierzaliśmy Robaczkowi. Wreszcie puścili nas w tej wsi
                                                    przed Dzialdowem.
                                                    - To w Kasinach - stwierdziłem.
                                                    - A gdzie może być ten Robaczek, bo we własnym domu go nie bylo. Sprawdzaliśmy -
                                                    rzekli przybysze.
                                                    - Pewno uciekł za granicę, ale nic bliższego nie wiem - odpowiedziałem.
                                                    - To szkoda, bo chcieliśmy mu się przypomnieć.
                                                    A Wielgosz i Jezusek są ?
                                                    - Wielgosz też chyba za granicą, a i Michała Jezuska nie widziałem od tamtego
                                                    wypadku, bo mieszka daleko, na tzw. wybudowaniu pod Pruskami. To zresztą z
                                                    natury dobry chłopak ! - dodałem.
                                                    Wojacy podziękowali raz jeszcze za wszystko, pożegnali się i odeszli.
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 20:14
                                                    Wieczorem po wsi rozeszła się wieść, że Michała Jezuska i starego Falkusa z
                                                    Purgałek złapali "kanarki". Obydwóch poprowadzili do Działdowa.
                                                    - Oj, dostaną oni, oj, dostaną ! - mowili ludzie,
                                                    Stary Falkus podobno zdarł polskiego orła z bramy sołtysa i miał rzekomo wydać
                                                    czerwonoarmistom dwóch szpiegów polskich - za to go wzieli. Ale biedny Michał -
                                                    jak wiadomo - tylko z namowy Robaczka wlazł w kabałę, choć dobrowolnie nigdy by
                                                    się na odprowadzenie tych dwóch aresztantów nie zgodził. Tamten główny drań
                                                    uciekł, a ten nieboraczysko musi za niego kałęczyć. Takie było zdanie ludzi z
                                                    naszej wsi.
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 20:15
                                                    Następnego dnia wrócili obaj dawni tajniacy, zajęli starą kwaterę w naszym domu
                                                    i poczęli urzędować jak przedtem. Najczęściej przebywali w Purgałkach.
                                                    Tego samego dnia okolo godziny drugiej po południu przyszło do nas dwóch
                                                    cywilów z karabinami na ramionach.
                                                    - Czy tu mieszka Wilhelm Małłek ? - zapytali
                                                    - Jam jest ! - odezwał sie ojciec.
                                                    - Aresztujemy pana! Niech zaraz z nami idzie !- ryknęli.
                                                    - Stop, stop, panowie ! A wy kim jesteście ! ? - zapytałem stanowczo.
                                                    - My policja pomocnicza - legitymowali się - mamy rozkaz dostarczyć wszystkich
                                                    członków Rady Gminnej z Brodowa do więzienia w Działdowie, za to , że Polaków
                                                    wydali !
                                                    Ojciec rzewnie zapłakał.
                                                    Pierwszy raz widziałem ojca płaczącego tak jawnie i nigdy tego obrazu nie
                                                    zapomnę.
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 20:16
                                                    Zrobiło mi się głupio i strasznie żal, ze nie mogę ojca w tym zastąpić.
                                                    Okropnie go kochałem i pragnąlem mu jakoś ulżyć.
                                                    Matka dała ojcu odświętne ubranie i świeżą bieliznę, potem kanapki na drogę.
                                                    Ojciec drząc ubierał sie, a ja szlochałem w kącie. Wreszcie pożegnał sie czule
                                                    z mateczką i mnie chciał uścisnąć, ale ja wówczas rzekłem:
                                                    - Pójdę z wami siedzieć, ojczulku !
                                                    - Ależ, Karluśku, zostań z mateczką! - prosił ojciec.
                                                    - Idę z wami ! - powiedziałem.
                                                    I poszliśmy. My z ojcem na przodzie, a obaj pomocnicy policji za nami.
                                                    - Patrzta ! Obydwóch Małłków prowadzą, starego i młodego, i to Karla ! ?? -
                                                    szeptali na wsi.
                                                    Doszliśmy do domu sołtysa. Sołtys Siała stał już potowy. Był też kulawy
                                                    Zakrzewski - sołtys z okresu rewolucji - i jeszcze trzech radnych. Na podwórzu
                                                    stały dwie furmanki naszykowane do drogi.
                                                    Masa narodu przyglądała się tej sprawiedliwości i płakała.
                                                    - Panie plutonowy ! Jeśli ci ludzie są winowajcami, to i ja nim jestem ! Nie
                                                    puszczę mego ojca beze mnie ! - rzekłem.
                                                    Plutonowy zaczął mi obiecać, ze wszystkich zatrzymanych odstawi po
                                                    przesłuchaniu do domu i jakoś mnie udobruchał.
                                                    Pożegnałem się z ojczulkiem i z tą całą "obwinioną zgrają", z ktorej każdy był
                                                    Bogu ducha winien.
                                                    Pojechali przejęci wstydem i zrezygnowani.
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 20:17
                                                    Gdy przybyli na miejsce, winowajców wprowadzono do więzienia działdowskiego,
                                                    gdzie dozorcą był pan Rzemieński, a furmanki odjechały do domu.
                                                    - Nie ma miejsca, wszystkie cele są zakorkowane, może wojskowa żandarmeria
                                                    pomieści ich w gmachu Wagnera ! - oświadczył Rzemieński.
                                                    Prowadzono ich ulicami miasta, starych, kulejących, zmaltretowanych wstydem. A
                                                    przecież byli to ludzie zasłużeni dla polskości i dla gminy brodowskiej.
                                                    Okazało sie, ze i tu nie ma dla nich miejsca.
                                                    - Z takimi to do chlewa ! - krzyknął któryś z tych wojskowych panów.
                                                    Aresztantom zrobiło sie markotno. Jeden z cywilów poprowadził ich do chlewu
                                                    pana Żbikowskiego, rzeźnika mieszkającego przy rynku.
                                                    Nazajutrz z samego rana otrzymujemy meldunek od tegoż rzeźnika, że nasi
                                                    brodowscy ojcowie siedzą u niego w chlewie.

                                                    (tylko powiem jeszcze, ze to jest dopiero początek i że czytając tę książkę ,
                                                    wielokrotnie nagle przrywałam, zastanawiając się czy jest to możliwe ? Jak
                                                    straszne powikłane i niesamowite są wspomnienia Małłka i jeszcze bardziej go
                                                    podziwiam za wiernośc dla sprawy Polski.)
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 20:18
                                                    Pojechaliśmy z mateczką do miasta. I faktycznie stwierdziliśmy, że ojcowie
                                                    gminy przebywają w owym chlewie nie wiedząc za co i po co. Nikt się o nich nie
                                                    troszczył.
                                                    Poszedłem do żandarmerii szukać sprawiedliwości, ale tam odesłano mnie do
                                                    sądu. Okazało się, że nie wie lewica, co czyni prawica. W sądzie powiedziano
                                                    nam, że ci ludzie są przestępcami i będą surowo ukarani.
                                                    Złożyłem w tej sprawie odpowiednie wyjaśnienia i oświadczyłem, ze nie wyjdę z
                                                    gmachu bez mojego ojca.
                                                    Zażądano od mnie opinii co najmniej dwóch świadków. Dostarczyłem tego samego
                                                    dnia świadectwa uzyskane od Wróbla i leśniczego Szwocha. Pomogło. Po dwóch
                                                    dniach zabrałem ojca i pozostałych zatrzymanych, oprócz sołtysa , ze sobą.
                                                    Sołtysa przynajmniej przeniesiono z chlewa do celi więziennej. Nieco póżniej
                                                    zwolniono go za kaucją.
                                                    Do uwolnienia oskarżonych przyczynili sie także nasi obaj tajniacy.
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 20:20
                                                    Po powrocie jednak sołtys Siała został zdegradowany i starostwo znowu
                                                    wyznaczyło komisarycznego sołtysa, Walerowicza.
                                                    Falkus został również zwolniony z więzienia po pół roku, Jezusek natomiast
                                                    zbiegł stamtąd podobno za granicę, w każdym razie więcej się w Brodowie nie
                                                    pokazał. Podobno, że udał się na stałe do Westfalii.

                                                    Ucieszyliśmy sie z powrotu ojczulka, chociaż wrócił zniszczony, zrezygnowany,
                                                    zarośniety i brudny. Nie chciał jeść ani pić, był zupełnie załamany duchowo i
                                                    bardzo zawstydzony tym krótkim pobytem w więzieniu. Przecież tam przebywają
                                                    tylko łotry, złodzieje, nożownicy, bandyci, ale nie wzorowy dotychczas obywatel
                                                    wsiowy.
                                                    Bardzo mu współczułem, ze ten chlew Żbikowskiego odebrał mu chęć do życia.
                                                    Nawet do obory ani na pole nie chciał zajrzeć, tak mocno był zrezygnowany.
                                                    Przeżywałem to strasznie i ja.
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 20:21
                                                    Następnego dnia zaraz od rana przy pieknej sierpniowej pogodzie zabraliśmy sie
                                                    do zwózki siana, zrzucaliśmy właśnie do sąsieku w stodole, gdy zobaczyliśmy
                                                    biegnącego przez nasze podwórze sołtysa Walerowicza w asyście jednego
                                                    żołnierza. Pędzi prosto na nas trzymając w rękach jakiś papierek.
                                                    - Dzień dobry ! Złą przynoszę nowinę, bo Wilim, Karol, August i Jan muszą
                                                    natychmiast stawić się do mnie do sołtysa. Są tu na liście i mają być
                                                    aresztowani jako wojskowi. Przyszykujcie się i przychodźcie zaraz, bo razem z
                                                    innymi pojedziecie furmankami do Działdowa.
                                                    - Jan i August nie pojadą, bo ich tu nie ma. Pracują na polu i nie mogą tak
                                                    zaraz przybyć ! - zdobyłem się na odwagę, by odpowiedzieć.
                                                    - A ja też nie pojadę, bom jest w Polsce tylko na paszporcie! - wyrżnął na
                                                    odlew Wilim (brat Karola) z wnętrza sąsieka.
                                                    - Proszę się wylegitymować ! - odezwał sie żołnierz.
                                                    Brat zszedł z sąsieka, zaprowadził ich do domu i pokazał swój paszport.
                                                    Zwolniono go.
                                                    - No, to tylko ten jeden - Karol - niechaj się zaraz ubiera i jedziemy ! -
                                                    powiedział żołnierz.
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 20:22
                                                    Do wrót odprowadzili mnie wszyscy płacząc, a najwięcej płakał ojciec, bo
                                                    wiedział czym to pachnie.
                                                    Dwa pełne wozy parokonne zapakowane młodymi ludźmi czekały już przy Krokowskim
                                                    gotowe do odjazdu. Napchano nas jak szpilek, a w każdym wozie z tyłu stał
                                                    żołnierz z bagnetem na karabinie.
                                                    Bylo znów ogromne zbiegowisko, ludziska beczeli jak barany, a aresztanci
                                                    jeszcze bardziej.
                                                    - Nie beczcie, to wszytko dla ojczyzny ! - krzyknąłem im wprost dla
                                                    rozweselenia lub dla podrażnienia, jak kto wolał przyjąć.
                                                    No i rzeczywiście pomogło ! Bractwo doszło do normy.
                                                    Ruszyliśmy z miejsca. Około szesnastki niedobitków wojennych jechało z Brodowa
                                                    do Działdowa pod wojskową eskortą jak bandyci. Walerowicz tak się tym
                                                    widowiskiem przejął, ze trzasnął pismem o ziemię, zaklął, potem jednak podniósł
                                                    je i odszedł w stronę domu. Całe wiejskie zbiegowisko natomiast towarzyszyło
                                                    nam aż za wieś i długo jeszcze widzieliśmy wiewające chustki.

                                                    ----
                                                    Teraz zacznie się najlepszy konsek ksiązki, tak pisze Małłek , ze aż ryczałem
                                                    ze śmiechu , bo sie nie dało inaczej, tak to opisał. Iście moment szwejkowski
                                                    będzie.
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 20:23
                                                    Jechaliśmy przeważnie kłusem , czym prędzej do więzienia.
                                                    Zastanawialiśmy się, za co mamy siedzieć w więzieniu, pytaliśmy o to żołnierza,
                                                    ale on wzruszył tylko ramionami i nie wiedział, co ma odpowiedziać. Mogliśmy
                                                    przecież tych trzech żołnierzy rozbroić i pójśc sobie za granicę, i koniec !
                                                    Pogoda dopisywała , więc bractwo poczuło sie lepiej. Przejeżdzając przez Kisiny
                                                    chcieliśmy sobie wychylić jednego w karczmie Franciszka Lehnerta, ale żołnierze
                                                    nie pozwolili.
                                                    - Jeszcze dwa kilometry i bedziemy w Działdowie - pocieszali.
                                                    Wreszcie dojechaliśmy przed gnach sądu.
                                                    - Wysiadać! - krzyknęli eskortujący.
                                                    Wysiedliśmy, a ludziska, przyglądając się nam "łotrom spod ciemnej gwiazdy",
                                                    litowali się nad nami.
                                                    - Do wnętrza za mną marsz ! - krzyknął plutonowy.
                                                    Wprowadzili nas do więzienia. Zameldowali dozorcy Rzemieńskiemu.
                                                    - Nie ma miejsca ! Skąd wy macie tyle ludu ? ! Kiedy skończycie ten zjazd ? -
                                                    gderał po swojemu dozorca.
                                                    Poszedł do sędziego, zameldował mu o braku miejsca i po chwili wrócił, brzęcząc
                                                    pękiem kluczy.
                                                    - Wszyscy za mną ! - rzekł.

                                                    (Jak myslicie , gdzie ich wpakowano ?)
                                                    Szwejk sie zbliża wink
                                                  • tralala33 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 20:53
                                                    No to teraz widzę - nakład nieco ponad 5000 tysięcy egzemplarzy, i to jeszcze
                                                    rozprowadzany wśród uczennic śląskich szkół smile Miałam kiedyś znajomego, który
                                                    w czasach PRL-u nigdy nie kupował książek wydawanych w nakładzie większym niż 5
                                                    000 - twierdził, że tylko naprawdę wartościowe książki wydawane są w małych
                                                    nakładach. Widzę, że miał rację. Zaraz poczytam o aresztantach tylko się
                                                    przywitam.
                                                  • tralala33 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 21:06
                                                    (Jak myslicie , gdzie ich wpakowano ?)
                                                    Zgaduję - do piwniczki z winem?
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 21:12
                                                    Nie zgadłaś - nie, nie , nie, calkiem gdzie indziej, zmień kierunek.
                                                    Ale nie bedę Cię trzymac dłużej - do kaplicy smile
                                                  • tralala33 Re: Pierwsi aresztanci 29.09.06, 21:14
                                                    No to może było tam wino mszalne?
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 30.09.06, 20:40
                                                    Wpakował nas do kaplicy więziennej. Po chwili wprowadził nową grupę aresztantów
                                                    i tak szlo aż do późnej nocy.
                                                    Bractwo zabrało się najpierw do spożywania tego, co dał dom, a potem do
                                                    kopcenia papierosów.
                                                    Choć kaplica była wysoka, to jednak szybko dymem się napełniła, że siekierę
                                                    można było powiesić. Od czasu do czasu zachodził pan dozorca i badał stan
                                                    kaplicy.
                                                    W nocy zabrali się niektórzy do gry w karty. Jedni grali w skata, druszy w
                                                    mauszla, inni jeszcze w "schafskoppa", a potem wszyscy zaczeli rżnąć w "oczko".
                                                    - "Sibezehn-und-vier".
                                                    Rzemieński huknął na karciarzy:
                                                    - Czyście Boga zapomnieli, co ? Bank na ołtarzu tu urządzacie! Tu, w kaplicy !
                                                    A bank był spory. Począł więc na niego spozierać i wnet sam doszlusował do
                                                    grających. Napatrzył się, napalił i poszedł chyba spać.
                                                    I on nie wiedział, za co nas tu w tym przybytku pańskim trzymali.
                                                    W końcu znużeni grą zaczęliśmy układać się do snu.
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 30.09.06, 20:41
                                                    Ponieważ nie było miejsca, kucali sobie wszyscy jeden przy drugim. Ja
                                                    wyciągnąłem się przy ołtarzu, a Falkowski - jeśli się nie mylę - na ołtarzu, bo
                                                    już nie było gdzie.
                                                    Rankiem zazgrzytały klucze i otwarły się na oścież wierzeje kaplicy.
                                                    - Pfuj ! Co za smród w tej kaplicy ! Wychodzić mi zaraz na podwórze i to już ! -
                                                    krzyknął Rzemieński zatykając nos.
                                                    Wyszliśmy niewyspani, zziajani. Chodzimy za swoimi potrzbami i czekamy na
                                                    dalsze rozkazy.
                                                    O godzinie dziewiątej rano jakiś porucznik zakomendował:
                                                    - W dwuszerego zbiórka !
                                                    Ustawiliśmy się.
                                                    - W prawo zwrot ! Dwójkami za mną naprzód marsz!
                                                    Opuściliśmy podwórze główną bramą, eskortowani chyba przez pluton żandarmerii
                                                    wojskowej.
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 30.09.06, 20:41
                                                    Prowadzili nas jak barany ulicą Dworcową, przez rynek, do biura tajnej policji.
                                                    Tam wypytywali jednego po drugim, dlaczegośmy nie poszli na front. Wyzywali
                                                    nas od Szwabów, szkopów itp. Trzymalismy się we dwóch z Kostkiem
                                                    Krzemieniewskim i kłóciliśmy się z samym podoficerem, że to, co oni wyrabiają,
                                                    woła o pomstę do nieba, że my jesteśmy tacy sami Polacy, jak i on.
                                                    Chcieliśmy go przekonać, że Polacy mieszkają i w Prusach Wschodnich, tak samo
                                                    jak na Pomorzu i w Wielkopolsce. Ale gdzież tam nie chciał słuchać.
                                                    Co jakiś czas odpowiednio zakwalifikowane grupy odchodziły jedna za drugą do
                                                    starostwa. Przy sporządzaniu naszej listy, kiedy Kostek podawał swe wyznanie:
                                                    katolik, wpisujący od razu zareagował:
                                                    - No, to pan jest Polakiem ! Jak pan się tu znalazł ?
                                                    Niech pan zmyka do domu !
                                                    - No, a moj kolega - ewangielik - chyba jest takim samym Polakiem, jak ja -
                                                    upomniał się o mnie Kostek.
                                                    - Nie, nie ! Ewangielicy, to Szwaby ! - padła odpowiedź.
                                                    "No i gadaj, bracie, z takimi znawcami do wiatru" - pomyślałem sobie.
                                                  • rita100 Re: Pierwsi aresztanci 30.09.06, 20:42
                                                    Rozstaliśmy się z Kostkiem. Było mu bardzo przykro, a mnie jeszcze gorzej.
                                                    Odszedłem z następną grupą.
                                                    W wąskiej sieni starostwa ustawiono nas w jednym szeregu. Za jakiś czas z biura
                                                    na korytarz wyszedł urzędnik i wręczył każdemu krótkie zaświadczenie
                                                    tymczasowej opcji, na mocy ktorego byliśmy zakwalifikowani jako optanci, czyli
                                                    Niemcy, no i zwolniono nas do domów.
                                                    Z każdej wsi była pokażna grupa ludzi, lecz kogo policja nie zastała w domu,
                                                    temu się jakoś upiekło, albowiem więcej takich obław nie urządzano. Wieczorem
                                                    byłem w domu. Okropnie sie wstydziłem, lecz nie przeżywałem tego, jak ojciec.

                                                    ---
                                                    Po tym incydencie następny rozdział będzie o gorączce ucieczki. Nikt z Mazur
                                                    nie chciał tu pozostać. Jeszcze ten rozdział napisze dokładnie , tak jak to
                                                    ukazał Karol Małłek we swoich wspomnieniach.
                                                  • fedar Cmentarz w Brodowie 30.09.06, 00:32
                                                    Rito, jakiś czas temu pytałaś o mogiły na cmentarzu w Brodowie. Podczas ostatniego wyjazdu na działdowszczyznę dość dokładnie obfotografowałem to, co pozostało po cmentarzu. Jest tam stara mogiła, której zdjęcie wcześniej umieściłem na forum, grób rodziny Małłków oraz symboliczna mogiła dawnych mieszkańców Brodowa. Bardzo dużo nazwisk. Cała reszta cmentarza jest zarośnięta krzakami i nie wiem czy dalej zachowały się jakieś mogiły. Nie jestem pewien, czy te zdjęcia powinienem zamieszczać na forum Gazety. Po pierwsze jest tam dużo nazwisk, które pewnie jeszcze istnieją w pamięci współczesnych mieszczkańców. Po drugie, jeśli możliwość publicznego odczytania tych nazwisk nie byłaby przeszkodą, to problemem są zbyt małe dopuszczalne rozmiary zdjęć, nie da się przedstawić kadru z wystarczającą czytelnością. Ewentualnie mogę podesłać Ci te zdjęcia i sama zdecydujesz co z nimi zrobisz. To jak?
                                                  • rita100 Re: Cmentarz w Brodowie 30.09.06, 20:39
                                                    No to poczytajcie co dalej się działo w tej kaplicy, wprawdzie wina mszalnego
                                                    nie było, ale aresztanci mieli przy sobie inny rodzaj rozrywki.
                                                    Fedar - to wspaniały pomysł zając się tym zaniedbanym cmentarzem. Napewno leżą
                                                    tam ludzie z tego okresu, gdzie nie wiadomo było jak żyć. Małłek uukazał swoje
                                                    wspomnienia , a zarazem życie w Brodowie i Działdowie, podając nawet dokładne
                                                    nazwiska. Można w ten sposób odtworzyć i nagrobki. Szkoda, że ta historia tak
                                                    jest zapomniana. Cieszymy sie wprawdzie odnalezieniem zapisków Małłka
                                                    zbierającego zapomniane tradycje Mazur, ale też mamy jak na dłoni historię tej
                                                    ziemi, dokładną , ze szczegółami. Cała ta książka jest jedną wielką historia
                                                    tego okresu. Strasznie tylko załuję , że zakończył pisanie jej na roku 1939.
                                                    Pytanie dlaczego ?
                                                    Co sie stało , że nie napisał o powojennych czasach, no ale pewnie nie mógł.
                                                    Wierzę , że gdzieś dokończenie jego wspomnień jest - tylko gdzie ? Miał
                                                    przecież braci, zonę, dzieci. Jestem bardzo ciekawa dalszych ich losów.
                                                    Jest to nadzwyczaj ciekawa książka, a dopiero piszę wam 70 stronę przy 350
                                                    stronach. Będzie to trwało , ale pewnych spraw nie można ominąc.
                                                    Nieznajomośc , brak wiedzy o tej ziemi spowodowało wiele tragedi mieszkańców
                                                    Działdowszczyzny. Kochali Polskę , a dostawali od niej baty, prawie na każdym
                                                    kroku.
                                                    Teraz wybory Samorządowe, bedą mówić o autostradach, o tym , o tamtym, a nic o
                                                    zrozumieniu i potrzebach samej miejscowości. Jeśli tak wygląda cmentarz jak
                                                    mówisz, to szacunku do tej ziemi dalej nie ma. No bo któż ma o to zadbać ?
                                                    Małłka też już nie ma.
                                                    Przydało by się sfotografować cały cmentarz, by może na podstawie ksiązki
                                                    odszyfrować jeszcze jakie nazwiska.
                                                    Jeśli chcesz Fedar to jak sie zgodzi Gajowy, chyba się zgodzi bez dwóch zdań ,
                                                    to wkleimy te większe zdjecia do albumu warnijskiego , wtenczas mozemy je
                                                    powiększać i nazwiska odszyfrować. Album Gajowego ma zdjecia z Warmmi to
                                                    najlepiej by tam pasowały. Albo sam załóż album u nas
                                                    schlesien.nwgw.de/foto/index.php?cat=1
                                                    Nikt nikomu tam nie przeszkadza.
                                                    Chyba , że chcesz na galerii olsztyńskiej , ale wieksze zdjęcia i powiększenia
                                                    nie wychodzą, by dokladnie przeglądnąc.

                                                    Dobry pomysł z tym cmentarzem. To jest cmentarz ewangielicki. A ten katolicki ,
                                                    co z nim ?
                                                  • fedar Re: Cmentarz w Brodowie 01.10.06, 20:33
                                                    rita100 napisała:
                                                    > jeśli tak wygląda cmentarz jak
                                                    > mówisz, to szacunku do tej ziemi dalej nie ma. No bo któż ma o to zadbać ?

                                                    Jak to jest, trudno powiedzieć. W okresie międzywojennym przeważała tam ludność wyznania ewangelickiego, obecnie to praktycznie sami katolicy. Cmentarz musiał być kilka lat temu porządkowany. Co prawda ponownie zarasta niskimi jeszcze krzakami, ale gdyby był zupełnie zaniedbany, to byłby to teraz istny busz.

                                                    > To jest cmentarz ewangielicki. A ten katolicki, co z nim ?

                                                    Wygląda na to, że nie było oddzielnego cmentarza katolickiego. Tak np. w Narzymiu w okresie międzywojennym funkcjonowała parafia ewangelicka, a nieliczni katolicy należeli do katolickiej parafii w Działdowie. Pewnie podobnie było w Brodowie, Gajówkach i Kisinach. Mogło być też tak, że katolicy byli grzebani na cmentarzach ewangelickich, bo wyprawienie pogrzebu w Działdowie musiało sporo kosztować. To są tylko moje domysły. Aby znaleźć poprawną odpowiedź, należałoby sięgnąć do rzetelnych, wiarygodnych źródeł.
                                                  • rita100 Re: Cmentarz w Brodowie 01.10.06, 21:01
                                                    Ten ewangielicki z grobem Małłków chyba jest. Tym cmentarzem należało by się
                                                    zaopiekowac , bo jednak to historia i godne ich miejsce po takim cięzkim czasie
                                                    jakim przeszli. Ewangielików już chyba wogole nie mamy , bo i po drugiej wojnie
                                                    też zrobiono czystki. No ale jutro będą ciekawe nazwiska wymieniane w nastepnym
                                                    rozdziale.
                                                    Wogóle te ksiązkę czytam jak fantazję , choć to sa prawdziwe wspomnienia
                                                    Małłka, dośc nawet szczegółowe, ale nie wyobrażałam sobie takich dziejów z
                                                    których nie wiadomo czy sie śmiać czy płakać. Nie chcę uprzedzac faktów, ale
                                                    napisze taki przykład historii z zycia Małłka i innych, który ukaże jak
                                                    traktowano takich ludzi , którzy zostali źle zrozumiani i gdyby nie humor i
                                                    upór Małłka i jego byśmy nie mieli.
                                                  • tralala33 Re: Cmentarz w Brodowie 01.10.06, 21:05
                                                    Mimo wszystko są jeszcze na naszej ziomeczce ewangelicy. Dziś obchodzili swoje
                                                    ważne święto - Swięto Chleba. W kościele ewangelickim w Olsztynie była dziś z
                                                    tej okazji uroczysta msza.
                                                  • rita100 Re: Gorączkowa ucieczka 02.10.06, 20:39
                                                    Wydaje mi się , że i dziś maja lepszą sytuację i teraz nie sa prześladowani jak
                                                    zaraz po wojnie. Może nawet są zadowoleni. Bo najważniejsza jest zgoda i
                                                    porozumienie i której własnie pisze Małłek.

                                                    Gorączkowa ucieczka
                                                    Od czasu działań wojennych na Działdowczyźnie wzmogły się ucieczki za granicą.
                                                    Ubywało ludzi tak w Brodowie, jak również i na całym terenie. Pierwsza fala
                                                    uciekinierów, głównie nauczycieli i urzędników odpłynęla zaraz na początku
                                                    wojny w 1920r.
                                                    Druga fala ucieczek nastapiła zaraz po wycofaniu sie z Działdowa Armii
                                                    Czerwonej. Uciekli ci, którzy mieli powody obawiać się represji za strony
                                                    powracającej władzy polskiej.
                                                    Trzecią i najpotęzniejszą falę masowych ucieczek za granicę spowodowała opisana
                                                    wyżej obława na młodzież męską. Wieść o łapance jak błyskawica rozeszła się po
                                                    Brodowie i po całym terenie powiatu działdowskiego.
                                                    Jeszcze tego samego dnia, dużo młodziezy poszlo wprost z pól i łąk, od swych
                                                    robót, za rzekę i tułało się jak Cyganie, w obawie przed dalszymi obławami.

                                                    Uciekali również i ci, którzy właśnie zostali przymusowo zaliczeni do
                                                    grup "optantów", bo też nie wierzyli, że będą pozostawieni w spokoju. Spośród
                                                    tych ostatnich jedni wracali i zostali, inni osiadli na stałe za granicą.
                                                    Najwięcej z nich wyjechało do Westfalii, do swych krewnych, a najzdrowszych
                                                    wzięto do Reichswehry.
                                                  • rita100 Re: Gorączkowa ucieczka 02.10.06, 20:41
                                                    Droga ucieczki została wskazana. Proces ten z różnym nasileniem zależnym od
                                                    sytuacji społeczno-politycznej i taktyki władz, trwał stale, aż do drugiej
                                                    wojny światowej. Przeważnie opuszczali ojczowiznę młodzieńcy, doszedłszy do
                                                    wieku poborowego, uciekali do krewnych za rzekę, tam się żenili i już więcej
                                                    nie wracali. Zostali ci, którzy dziedziczyli po rodzicach gospodarstwo
                                                    względnie inne warsztaty pracy.
                                                    Ucieczki ogarniały coraz to większe kręgi, stając sie prawdziwą plagą.
                                                    Cóż mieli począć starzy rodzice bez dorosłych dzieci, a więc bez siły roboczej
                                                    w gospodarstwach rolnych ?
                                                  • rita100 Re: Gorączkowa ucieczka 02.10.06, 20:43
                                                    Równocześnie sytuację komplikowało istnienie wielowładzy na tym terenie. Brak
                                                    koordynacji miedzy działalnością administracji państwowej, straży granicznej i
                                                    policji sprzyjał nadużyciom władzy odbijając się niepomyślnie na stosunkach w
                                                    powiecie działdowskim.
                                                    Także uciekinierzy z przegranego terenu plebiscytowego przyczynili się do złego
                                                    położenia Mazur na Działdowczyźnie. Wyładowywali swą gorycz, domagając się
                                                    usunięcia ludności mazurskiej z Polski i obsadzenia przez nich uzyskanych w ten
                                                    sposób gospodarstw.
                                                    Także inni zza starej granicy oraz polscy emigranci z USA ostrzyli zęby na
                                                    darmowe względnie bardzo tanie gospodarstwa. Nastąpił okres powszechnego
                                                    zamętu. Jedni, poszkodowani stamtąd, tu "grasowali" za majątkami, zaś ci stąd -
                                                    tam.
                                                  • rita100 Re: Gorączkowa ucieczka 02.10.06, 20:44
                                                    Zamieszanie to nasilało się najbardziej w drugiej połowie 1920 r. Nikt nie
                                                    pracował, tylko wszyscy jeździli. Moj ojciec też szukał zamiennego
                                                    gospodarstwa. Znalazł odpowiednie w Dziurdziewie za Dużą Sławką w powiecie
                                                    niborskim, u pana Cybulskiego. Było bardzo ładne , tej samej wielkości co
                                                    nasze. Jednakże pan Cybulski chciał dopłaty, a na to nie mielismy funduszów.
                                                    Ojciec najeździł sie, natrudził, ale że innego podobnego nie mógł znaleźć, więc
                                                    dał spokój.

                                                    Gospodarstwa w Działdowskiem, szczegolnie w Brodowie, Kurkach, Kisinach i
                                                    Pierławce, były ładniejsze i lepsze niż dalej na Mazurach, toteż większość z
                                                    rolników z tych wsi pozostało na miejscu, nie chcąc tracić na zamianie.
                                                  • rita100 Re: Gorączkowa ucieczka 02.10.06, 20:46
                                                    W Brodowie tylko ośmiu gospodarzy zamieniło w tym okresie gospodarstwa i
                                                    wyjechało za rzekę wraz z rodzinami. Wilhelm Szymański i dwaj Wiśniewscy,
                                                    Wilhelm i August, zamienili się z katolikami Warmiakami z terenu
                                                    plebiscytowego. Wilhelm Węcławski, August Gradki i Bredlau sprzedali
                                                    gospodarstwa za dolary Polakom reemigrantom z Ameryki i kupili sobie inne na
                                                    terenie plebiscytowym. Natan Brock i Wilhelm Śliwiński sprzedali swą własność
                                                    miejscowym brodowiakom.
                                                    Do Brodowa przybyli więc w tym czasie nowi ludzie. Trzy rodziny z byłego terenu
                                                    plebiscytowego: Wilhelma Lipińskiego i Augusta Kanigowskiego - obie z Napierk,
                                                    powiatu nidzickiego, małorolni praz Brzezińscy z Małego Lewałdu, z powiatu
                                                    ostródzkiego. Dwie rodziny przybyły z USA: Grzelka i Konkol. Około dwudziestu
                                                    rodzin robotniczych przeniosło sie zza starej miedzy, z powiatu mławskiego.
                                                  • rita100 Re: Gorączkowa ucieczka 02.10.06, 20:47
                                                    Tak więc około jednej trzeciej ogólnej liczby rodzin brodowskich stanowiły
                                                    teraz rodziny nowe o różnych zwyczajach i obyczajach, rozmaitych nawykach,
                                                    odrębnej kulturze i zapatrywaniach społeczno-politycznych.
                                                    Wszyscy natomiast byłi wspolnego wyznania rzymsko-katolickiego i nacjonalistami
                                                    polskimi. Prawie wszystkie te rodziny były wielodzietne. Brodowo więc zamieniło
                                                    się bardzo pod względem charakteru ludności.
                                                    Ludność zasiedziała, z wyjątkiem sześciu rodzin katolickich, była wyznania
                                                    ewangielickiego.
                                                    Otąd wieś tworzyła obozy wyznaniowe, które zarysowały sie od samego poczatku
                                                    objęcia Działdowczyzny przez Polskę, a z czasem na tym gruncie powstawały dwa
                                                    obozy narodowościowe: polski i niemiecki.
                                                  • rita100 Re: Gorączkowa ucieczka 02.10.06, 20:49
                                                    Polakami nazywano wszystkich przybyłych katolików, a Niemcami - wszystkich
                                                    zasiedziałych ewangielików.
                                                    Te pojęcia weszły w krew wszystkim mieszkańcom wsi i całej Działdowczyzny. Ci
                                                    ktorzy myśleli inaczej, umieli odróznić wyznanie od narodowości, byli
                                                    wyśmiewani przez obydwie strony, początkowo tylko przez przybyłych, a póżniej
                                                    przez tuziemców.
                                                    Z czasem wytworzyła sie bardzo ciężka sytuacja. Problem był niezmiernie trudny
                                                    do rozwiązania, bo zabrakło dobrych i rozumnych wychowawców narodu.
                                                    Podsycaniem szowinizmów z obu stron zajęły sie różne czynniki, a mianowicie:
                                                    akcja katolicka i akcja niemiecka.
                                                    Akcji katolickiej chodziło o wyeliminowanie z życia działdowskiego elementów
                                                    polskich wyznania ewangielickiego, akcji niemieckiej natomiast o utrzymanie
                                                    tych elementów w swoich łapach i posługiwanie się nimi w swych rozgrywkach
                                                    politycznych.
                                                  • rita100 Re: Gorączkowa ucieczka 02.10.06, 20:50
                                                    Mazurzy zorientowali sie szybko w tych przetargach. Na ogół nie godzili się na
                                                    rolę obiektu doświadczalnego i poczęli masowo korzytać z prawa optowania.
                                                    Tłumy ludu polskiego waliły więc do starostwa działdowskiego i żądała zwrotu
                                                    obywatelstwa niemieckiego
                                                    by zagwarantować sobie prawo wyjazdu do Niemiec, a tym szamym zobowiązać rząd
                                                    niemiecki do zaopiekowania się nimi i nadania ekwiwalentu za utracone ziemie w
                                                    Polsce.

                                                    Pierwszym człowiekiem, który głęboko zaniepokoił się tym zjawiskiem, był
                                                    ówczesny starosta powiatu działdowskiego, zresztą katolik . dr Jan Bogocz.
                                                  • rita100 Re: Gorączkowa ucieczka 02.10.06, 20:51
                                                    Dr Jan Bogocz na podstawie gruntownej analizy sytuacji doszedł do bezwzględnego
                                                    przekonania, że należy całkowicie zmienić metody działania na działdowczyźnie.
                                                    Zreferował podobno całą sprawę swej władzy nadrzędnej i wystąpił z wnioskiem,
                                                    że powiat działdowski, jako powiat mazurski, musi być prowadzony przez Polaków
                                                    wyznania ewangielickiego. Ludzie wyznający tą samą religię, co mieszkańcy tej
                                                    ziemi, łatwiej zaskarbiają sobie ich zaufanie. On sam jako katolik, nie widzi
                                                    dla siebie miejsca tutaj. Jednakże, zanim ci właściwi, jego zdaniem ludzie
                                                    zjawili się w Działdowskiem, dużo czasu upłynęło.
                                                  • rita100 Re: Gorączkowa ucieczka 02.10.06, 20:53
                                                    Bogocz tymczasem począł sam naprawiać błędy: mianował Mazurów sołtysami i
                                                    wójtami. Stary Waleś, który zamierzał porzucić wywalczoną ojcowiznę, bo mu
                                                    tamtejsi katolicy nie dawali żyć, wyzywając od róznych Wilusiów, Germanów i
                                                    innych lutrów, uwierzył w poprawę stosunków i został nadal na urzędzie wójta
                                                    gminy, a zarazem sołtysa Uzdowo. Cała jego rodzina zabrała sie do wzmożonej
                                                    roboty polskiej. Wieść o tym rozeszła sie szybko po powiecie, docierając też do
                                                    uszu mego ojca.
                                                    Starosta domagał sie również, by kadry nauczycielskie i urzędnicze na terenie
                                                    powiatu składały się z ludzi wyznania ewangielickiego.
                                                    Ludnośc poczęła się powoli uspakajać, ale zło, ktore sobie wyrządziła przez
                                                    nabycie obywatelstwa niemieckiego, pozostało."

                                                    Powracamy teraz do samego Karola Małłka i jego osobistych przeżyć - zaręczam,
                                                    że bardzo ciekawych i szokujących.
                                                  • tralala33 Re: Gorączkowa ucieczka 02.10.06, 20:57
                                                    Z tego, co do tej proy przeczytaliśmy widać, że polskie władze nie miały
                                                    żadnego pomysłu na ten skrawek pruskiej ziemi, który trafił do Polski. Ale
                                                    trudno się dziwić, przecież wtedy dopiero 'zlepiano' Polskę z trzech części,
                                                    które przez ponad wiek były dla siebie 'zagranicą'.
                                                  • rita100 Re: Gorączkowa ucieczka 02.10.06, 21:58
                                                    Ale zobaczysz jak sklepiano nieumiejętnie i jak Małłek to opisuje na swoim i
                                                    innym przykładzie. Ciekawe jakie wrażenie będzie miał Fedar, wszak nocki nad
                                                    ksiązka zarywa wink)) Zdtradzę tajemnice , że w pewnym momencie udało sie coś
                                                    stworzyć i kiedy stworzyli dobty klimat przyszedł następny starosta i wszystko
                                                    zepsół. Wniosek , że ludzie na stanowiskach musza być umiejetnie dobierani a
                                                    nie przysyłani z Warszawy. Ale to w dalszej cześci.
                                                  • rita100 Re: Idę na rektora - mówi Małłek 03.10.06, 20:07
                                                    Pod koniec września 1920 roku, już w okresie kopania ziemniaków, ojciec wszem i
                                                    wobec oznajmił o swoim postanowieniu:
                                                    - Dziatki ! Dosyć tego bałaganu, tego leniuchowania, spoglądania za granicę.
                                                    Zostajemy tutaj i koniec ! I zabieramy sie do roboty !
                                                    Otóż na poczatku października 1929 roku pan kierownik szkoły, a zarazem wójt
                                                    gminy Kisiny, Brodowo i Kurki , Karol Wróbel, zwrócil sie do mnie, żebym
                                                    poszedł na rechtora.
                                                    - Organizuje się wielomiesięczny kurs nauczycielski w Działdowie i szukamy do
                                                    niego kandydatów. - mówił.
                                                    - Właśnie szukamy jak najwięcej ewangielików, aby można było obsadzić nimi
                                                    wszystkie szkoły ewangielickie w naszym powiecie.
                                                    Pięknie zabrzmiały dla mnie te słowa, bo oznaczały, że nauczycielem w Polsce
                                                    można być bez obawy.
                                                  • rita100 Re: Idę na rektora - mówi Małłek 03.10.06, 20:07
                                                    Były dwa kursy nauczycielskie: jeden polski , a drugi niemiecki. Kandydaci na
                                                    kurs mogli wybierać kurs niemiecki lub polski. Nasza czwórka brodowska wybrała
                                                    polski.
                                                    Celowałem zwłaszcza w śpiewie. Miałem doskonały słuch i świetną pamięć muzyczną.
                                                    Na naszym kursie było osiemnaścioro katolików i pięcioro ewngielików. Dopóki
                                                    katolicy nie wiedzieli, że nasza piątka to niekatolicy, było dobrze, ale gdy
                                                    wyszło na jaw, natychmiast miny im pokwaśniały.
                                                    My jednak mieliśmy już pod tym względem jaką taką zaprawę, zwłaszcza ja, toteż
                                                    obracaliśmy docinki w żarty i powoli lody zostały przełamane. Nasi koledzy
                                                    katolicy zapomnieli jakoś o tych 'lutrach' i zaczęli traktować nas jak równych
                                                    ludzi.
                                                    ---
                                                    Teraz bedzie bardzo ciekawe
                                                  • rita100 Re: Idę na rektora - mówi Małłek 03.10.06, 20:07
                                                    Dzień za dniem schodził, aż 17 stycznia 1921 roku nadeszła pierwsza rocznica
                                                    powrotu Działdowszczyzny do Polski. Nasz zespół słuchaczy polskiego kursu
                                                    urządził małą wewnętrzną uroczystość. Nad przebiegiem całej uroczystości czuwał
                                                    kierownik szkoły w Działdowie, pan Wantowski. Obecny był również inspektor
                                                    szkolny, oan Binek. Słuchaliśmy wszyscy z całą powag/ą słów referatu i
                                                    deklamacji, a potem nagle wszyscy powstali i zaintonowali:
                                                    "Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród, nie damy pogrześć mowy..." Pełną piersią
                                                    śpiewali ci wszyscy, którzy pochodzili spoza Działdowszczyzny, ale my - ludzie
                                                    z tej właśnie ziemi - nie znaliśmy ani tekstu, ani melodii tej pieśni. Nikt nas
                                                    nie nauczył, więc staliśmy milcząc - odczuwając okropne zawstydzenie. Nie
                                                    wiedzieliśmy, co czynić, czując na sobie gniewne spojrzenia współkolegów i
                                                    inspektora.
                                                    Zaintonowali właśnie trzecią zwrotkę:

                                                    Nie bedzie Niemiec pluł nam w twarz
                                                    Ni dzieci nam germanił....

                                                    Fryda Szymańka odwróciła się i spojrzeliśmy po sobie pobledli i zawstydzeni.
                                                    Zrozumieliśmy te slowa jako aluzję do nas samych. Opanowało nas uczucie
                                                    bolesnej rezygnacji.
                                                  • rita100 Re: Idę na rektora - mówi Małłek 03.10.06, 20:08
                                                    Po uroczystosci podszedłem do inspektora i poczęłem go przekonywać, że nie
                                                    śpiewaliśmy "Roty", ponieważ jej nie znamy. Nikt nam dotychczas o niej nie
                                                    mówił. Jesteśmy mocno tym przejęci, bo widzimy, ze wszyscy patrzą na nas jak na
                                                    wrogów. Dopiero po dłuższym milczeniu inspektor uznał wreszcie moje wyjaśnienie
                                                    za wystarczajace.
                                                    Wróciłem do klasy, gdzie wszyscy prawie ubierali się już do wyjścia, ale
                                                    panowała atmosfera pełna zażenowania.
                                                    Nazajutrz nie stawili się na zajęcia Szymańska, Mullerówna i jeden z
                                                    narzymiaków. Zrezygnowali z dalszej nauki, choć do końca kursu pozostalo
                                                    zaledwie kilkanaście dni.
                                                    Resztę nas w dalszym ciągu traktowano bardzo podejrzliwie, tak , ze nie tylko
                                                    ja, ale nawet Kostek - katolik - chciał również kurs opuścić. Wytrzymaliśmy
                                                    jednak. Powoli, dzięki memu podzuciu humoru, zdołaliśmy jakoś rozchmurzyć
                                                    towarzystwo fanatyków i osiągnąć zawieszenie broni.
                                                  • rita100 Re: Idę na rektora - mówi Małłek 03.10.06, 20:09
                                                    Między sobą narzekaliśmy na naszych nauczycieli, którzy nie rozmawiali z nami
                                                    na najbardziej drażliwe aktualne tematy. Jednym usprawiedliwieniem mogła być
                                                    nieznajomość dziejów ziemi mazurskiej i doli tego zahukanego ludu.

                                                    Wreszcie kursy zakończyły realizację programu, zdaliśmy egzamin ustny i
                                                    pisemny. Wszyscy pozdawali pomyslnie i z niemieckiego kursu i polskiego.
                                                    Dnia 28 sttycznia 1921 roku pan Tuscjik, zastępca inspektora w szkole w
                                                    Działdowie wreczył nam nominacje na nauczycieli szkół podstawowych. Ja
                                                    uzyskałem posadę siły pomocniczej w szkole w Purgałkach.

                                                    W ten sposób zostałem nareszcie rektorem.

                                                    ----
                                                    Następny rozdział będzie już o nauczaniu.
                                                    "Na drugiej lekcji był śpiew. Ćwiczyliśmy piosenkę:
                                                    "Kureczki, gdzie się rozbiegacie?"
                                                    To będzie zadanie dla Tralali smile
                                                    Słyszałaś coś o tej pioseneczce ?
                                                  • rita100 Re:Moja pierwsza posada 04.10.06, 20:31
                                                    Moja pierwsza posada
                                                    Wręczając mi nominację, pan Tuschik zastępsa inspektora szkolnego w Działdowie,
                                                    rzekł z naciskiem:
                                                    - Idzie pan do Purgałek, do przygranicznej wsi. Niech pan będzie bardzo
                                                    ostrożny z wprowadzeniem polskiej nauki w szkole. Niech pan unika wszelkich
                                                    zadrażnień.
                                                    Wziołem sobie te słowa do serca.
                                                    Tegoś dnia rano udałem się pieszo po raz pierwszy do szkoły w Purgałkach.
                                                    Dzieci już się zebrały w ogrzanej klasie. Za chwilę zjawili się czlonkowie
                                                    dozoru szkolnego. Dzieci było aż siedemdziesięcioro dwoje.
                                                    W szkole panowała jak najlepsza harmonia.
                                                    Okazało się, że wcześniej posterunek wojskowy zniszczył wszystkie dzienniki i
                                                    księgi szkolne. Miałem o to wielki żal do żołnierzy. Między zniszczonymi
                                                    dokumentami była również kronika szkolna pięknie prowadzona przez byłego
                                                    niemieckiego nauczyciela Kelcha, który odszedł w roku 1919 razem z Chmielewskim
                                                    z Brodowa.
                                                  • rita100 Re:Moja pierwsza posada 04.10.06, 20:31
                                                    W drugiej polowie lutego 1921 r nadszedł ogólnik nowego inspektora szkolnego,
                                                    Pawła Klimosza, informujący o dniu objęcia przezeń urzędu.
                                                    Klimosz, starszy wypróbowany nauczyciel wiejski z dobrym językiem polskim,
                                                    ewangielik przybył ze Śląska Zaolziańskiego. Przybyszow z tamtych terenów było
                                                    więcej.
                                                    Jednakże na wiosnę w Purgałkach znależli sie ludzie, ktorzy zaczęli buntować mi
                                                    dzieci. Ja się jednak nie dałem. Wielkim moim atutem był piękny śpiew, a dzieci
                                                    bardzo lubiły śpiewać i dlatego regularnie chodziły do szkoły.
                                                    Przełamałem jakoś opory ze strony ludzi mazurskich, ale katolicy, mimo że
                                                    cierpliwie urabiałem grunt uderzyli we mnie.
                                                  • rita100 Re:Moja pierwsza posada 04.10.06, 20:32
                                                    Napisali skargę do inspektoratu, że jestem niedouczony i że domagają się we wsi
                                                    katolickiego nauczyciela, ponieważ mieszkają w katolickiej Polsce.
                                                    W związku z tym przyjechał do mnie Paweł Klimosz na pierwszą wizytację. Przybył
                                                    pieszo z Działdowa do odległych o 12 km Purgałek.
                                                    Inspektor przyglądał się dokładnie lekcji.
                                                    Byłem zdenerwowany, ale dzieci ładnie odpowiadały i śpiewały.
                                                    Potem zreferowałem inspektorowi, jak zdobyłem zawód nauczyciela i w jakich
                                                    warunkach rozpoczynałem pracę.
                                                    - No, to czego ci ludzie chcą od pana ? Stwierdzam , że pan ma warunki
                                                    nieprzeciętnego pedagoga i zachęcam pana do pozostania w tym zawodzie i do
                                                    dokształcania się.
                                                    - Jak to, czego chcą ? Co takiego ludzie zrobili ? - pytałem zaniepokojony.
                                                    - Ano , skargę na pana napisali. Chcą przede wszystkim katolika, no i
                                                    wyuczonego...
                                                    Zmartwiłem się tym, ze za dobrą robotę jeszcze spadają na czlowieka ciegi.
                                                    Gryzłem się z powodu ludzkiej obłudy. Ci sami, ktorzy w oczy udają wielkich
                                                    przyjaciół, za plecami piszą skargi do władz. Chciałem z miejsca podziękować za
                                                    posadę.
                                                  • rita100 Re:Moja pierwsza posada 04.10.06, 20:32
                                                    Rozmawiając poszliśmy z inspektorem pieszo do Brodowa, do moich rodziców.
                                                    - Jak tam mój syn się prowadzi, panie inspektorze ?
                                                    - Choć mi nie wolno tego powioedzieć, bo to jest nasza sprawa urzędowa, ale
                                                    kiedy pan jako ojciec tak poważnie pyta, to muszę pana syna pochwalić. Uczy jak
                                                    stary wytrawny belfer.
                                                    - A co to znaczy belfer ? - zapytał ojciec , bo nie słyszał nigdy takiego slowa.
                                                    Inspektor roześmial się i ciągnął dalej:
                                                    - Własnie zachęcam syna, by sie dalej dokształcał.
                                                    - Ba, ale ta przeklęta opcja ! Panie, co oni tu z nami narobili ci urzędnicy,
                                                    toć to kijem pędzić ! To kim my wreszcie jesteśmy ? - i ojciec począł grzmocić
                                                    całą prawdę.
                                                    Okazało się , ze tej prawdy potrzeba było panu Klimoszowi, gdyż nie był
                                                    dokładnie zorientowany w historycznym rozwoju miejscowych stosunków.
                                                    Inspektor był bardzo zadowolony z tej rozmowy i zapewnił ojca, ze postara się
                                                    wszystko naprawić, tak , że będziemy zadowoleni.
                                                    - To nie tylko o nas chodzi, lecz wszystkich ludzi, o całą sprawę ! - wybuchnął
                                                    ojciec.
                                                    (...)
                                                    Inspektor Klimosz pomyślnie wszystko zalatwił obie moje sprawy: uzyskałem zwrot
                                                    obywatelstwa polskiego oraz oddalenie złożonej na mnie skargę.
                                                  • rita100 Re:Podziwiam Małłka, a Wy ? 04.10.06, 20:33
                                                    Na początku lipca 1921 r zakończyłem pierwszy rok szkolny w mojej karierze
                                                    nauczycielskiej.
                                                    Wziąłem się do dalszego studiowania.
                                                    Egzaminy maturalne złożyłem dnia 27 czerwca 1924 roku.
                                                    Odbyłem także kursy: socjologiczny, etnograficzny, historyczny, artystyczny,
                                                    kulturalno-oświatowy itd.
                                                    W sumie spędziłem na tego rodzaju kursach około trzydziestu siedmiu miesięcy.
                                                    Studia te, zwłaszcza socjologiczne i etnograficzne, pomogły mi walnie w mojej
                                                    dziewiętnastoletniej pracy badawczej nad historią i folklorem Mazurów pruskich.
                                                    Plonem tych żmudnych badań prowadzonych w okresie międzywojennym jest zebranie
                                                    3011 podań, opowiadań, legend, poematów, bajek i baśni, zapisanie 753 pieśni
                                                    ludowych, przeszło 600 zagadek i ponad 600 anegdot, figli, żartów, oraz
                                                    kilkanaście gier ludowych, przeszło 7000 przysłów mazurskich, zanotowanie 5
                                                    tańców.
                                                    Opracowałem też monografię polskich obrzędow ludowych na Mazurach i wydałem
                                                    cztery prace o charakterze ludoznawczym. Posiadam chyba najbogatsze zbiory w
                                                    dziedzinie folkloru mazurskiego.
                                                    Wybitni profesorowie: Bystroń, Nitsch i Poniatowski, uważali mnie za czlowieka
                                                    najbardziej obeznanego z problematyką dotyczącą Prus Wschodnich, a szczególnie
                                                    Mazur.

                                                    Gdzie można znaleź te 600 anegdot ? Taki dorobek, a wcale go nie znamy.
                                                  • rita100 Re:Repolonizacja 05.10.06, 20:07
                                                    Repolonizacja
                                                    Polityka 'naprawy błędów' w Działdowszczyźnie, zapowiedziana przez inspektora
                                                    szkolnego p.Klimosza zaczynała przybierać realne kształty, a to wszystko w imię
                                                    szybkiej repolonizacji ludności powiatu dzialdowskiego.
                                                    Zaczęto sprowadzać - niby dobrze przygotowanych do tej roboty ludzi z Polski
                                                    centralnej, zwłaszcza z Warszawy i ze Ślaska Cieszyńskiego.
                                                    Michał Żywiec z Brodowa stał się 'żelaznym wójtem', gdyż objąwszy swą funkcję w
                                                    1922 r. pełnił ją nieprzrwalnie do r. 1939
                                                    Ja z dniem 1.I.1922 roku decyzją Kuratorium Szkolnego Pomorskiego zostałem
                                                    przeniesiony do Płośnicy, później zostałem nauczycielem wędrownym z siedzibą w
                                                    Działdowczyźnie.
                                                    Postanowiono zorganizować w Działdowie zakład kształcenia nauczycieli pod
                                                    nazwą : Państwowe Seminarium Nauczycielskie. Dyrektorem tej uczelni został
                                                    ewangielicki ksiądz Ewald Lodwich.
                                                    Ściągnęli ze Ślaska Cieszyńskiego i Zaolziańskiego kilku nauczycieli Polaków.
                                                    Dyrektor i cała grupa nauczycieli Ślązaków nawiązywali kontakty z tutejszym
                                                    ludem i werbowali młodzież do seminarium działdowskiego.
                                                    Z mojej rodziny poszło do seminarium młodsi bracia .
                                                    Na ogół Mazurzy po tylu przykrych doświadczeniach z 1920 roku nieufnie odnosili
                                                    się do tego typu szkoły. Nie wierzyli w sprawiedliwość.
                                                  • rita100 Re:Repolonizacja 05.10.06, 20:08
                                                    Działdowszczyzna była doprawdy ziemią doświadczalną dla jednej i drugiej
                                                    strony. Interesowali się nią Polacy, interesowali się nią Niemcy, a kontakty
                                                    rodzinne były najżywsze, albowiem na skutek ostatnich przemian i przemieszczeń
                                                    ludności prawie każda rodzina z Działdowszczyzny miała swych krewnych za
                                                    miedzą, na Mazurach Pruskich i odwrotnie.
                                                    Tamci wiedzieli, co się u nas w Działdowie dzieje, a my, co się tam u nich
                                                    wyprawia.Działdowo było przeto rzeczywiście politycznym języczkiem uwagi.
                                                  • rita100 Re: Wesele Małłka 08.10.06, 21:10
                                                    Jak to często w życiu bywa, na miłość nie ma lekarstwa. Małłek zapoznał się z
                                                    Piechówną, ewangieliczką, nauczycielką przysłaną z Warszawy i mimo, że Warmiacy
                                                    tego nie mogli przebaczyć, ze Mazur żeni się z Polką i do tego jeszcze z
                                                    Warszawy, Małłek :
                                                    "4 sierpnia 1925 roku o godzinie jedenastej , oboje z narzyczoną pojechaliśmy
                                                    bryczką do Działdowa 'do oddawin'.
                                                    Wyjechaliśmy ze wsi, a tu poczyna z lekka pryskać deszcz.
                                                    - Oj, to niedobrze ! - rzekłem do młodej - bo według wierzeń ludowych będziemy
                                                    się mazać.
                                                    Lecz za chwilkę rozjaśniało.
                                                    W USC stwaili się ślubni świadkowie. Byli nimi dwa drobne ptaszki : Sikora i
                                                    Wróbel, obaj z Działdowa.
                                                    Burmistrz Rzyman, wielki krasomówca, popisywał sie swoją ślubną gadką. Szło mu
                                                    jak z płatka i oczy mu się iskrzyły, bo chyba był 'pod gazem'.
                                                    No i było po strachu !
                                                  • rita100 Re: Wesele Małłka 10.10.06, 20:16
                                                    Wesele Małłka
                                                    Zaraz wsiedli na wóz i dalej do weselnego domu na weselisko, a wesele na
                                                    Mazurach trwało kilka dni.
                                                    Chić jedli i pili do syta, nie zdążyli zjeść wszystkiego jadła. No ale
                                                    cóż ? "Żniwa i wesele trzeba pamiętać cztery niedziele, jak głosił mój młodszy
                                                    brat August, rzeźnik i masarz z zawodu, przygotowijąc dobre kiełbasy na to
                                                    nasze weselisko.
                                                    Goście przyglądali sie nam, nowożeńcom, i ponoć niektórzy kręcili głowami,
                                                    szepcząc między sobą: " Jak to może być, że tutejszy chłop zeni sie z bziałko z
                                                    Warszawy ?
                                                    Burmistrz Rzymian zaś inaczej powiedział w swym przemówieniu:
                                                    "Oto mamy najlepszy przykład porozumienia się i zgody..."
                                                    Życie jednak wykazało, ze mój przykład podziałał zachęcająco, gdyż łączenie
                                                    Mazur z Polską przez ożenki stało sie dość częste. Po mnie podobny "mezalians"
                                                    zawarto w rodzinie pani Laurien w Szczuplinach, potem mój brat Edward, Jerzy
                                                    Bruski, Hieronim Skurpski, Wilamowski, Leyding, dr Obitz, Eugieniusz Piecha i
                                                    wielu innych polsko-mazurskich działaczy.

                                                    Łobaczcie siła znanych noma ludziów ?
                                                  • tralala33 Re: Wesele Małłka 10.10.06, 20:50
                                                    W końcu jakieś weselsze wydarzenie w życiu Karola Małłka. Ciekawy ten przesąd o
                                                    deszczu - nie słyszałam. A dr Obitz to chyba Kurt Obitz?
                                                    Kurt Obitz pseudonim Wasz Przyjaciel, Pogorzelski (urodził się 16 stycznia
                                                    1907 r. w Brzozowie – zmarł 8 sierpnia 1945 r. w Szwecji.), lekarz weterynarii,
                                                    dziennikarz, pracownik naukowy, jeden z najwybitniejszych działaczy mazurskich
                                                    dwudziestolecia międzywojennego, redaktor „Cechu”, organu Związku Mazurów
                                                    (Masurenbund). Było to pismo w języku niemieckim. Ukazywało się w latach 1928-
                                                    1932. Wzywało Mazurów, by pamiętali o swoim polskim pochodzeniu, czcili
                                                    tradycje ojczyste oraz zachowywali odrębność kulturalną.

                                                    www.bil-wm.pl/wegorzewo-umig/index.php?inf=1&idsl=2&id=2
                                                  • rita100 Re: Wesele Małłka 10.10.06, 20:52
                                                    A Hieronim Skurpski to ten co łostatnio pożegnalim ?
                                                  • tralala33 Re: Wesele Małłka 10.10.06, 20:57
                                                    Bez wątpienia tak.
                                                  • rita100 Re: Zakończenie roku szkolnego 14.10.06, 20:35
                                                    I tak Karol Małłek zaczął nauczać w szkole. Omijając wiele zdarzeń bardzo
                                                    zaciekawiło mnie samo zakończenie roku szkolnego w owych czasach. To
                                                    posłuchajcie jak sam pisze:
                                                    "Wreszcie nadszedł dzień zakończenia roku szkolnego. O godzinie trzynastej
                                                    wszyscy zebrali się przed budynkiem szkolnym. Orkiestra odegrała hymn polski i
                                                    całośc ruszyła rónym krokiem naprzód przez wieś w takt marszu.
                                                    Wszyscy byli odświętnie ubrani. Całość dotarła na suchą i równą łąkę
                                                    p.Redzanowskiego, przy rzece za wsią.
                                                    Program artystyczny otworzył trzygłosowy chór szkolny, potem szlo "Krakowskie
                                                    Wesele"
                                                    - Ach, jak te dzieciary mogą! - podgadywali ludzie między sobą.
                                                    A mlodzież z całą werwą popisywała sie zwłaszcza żywym krakowiakiem
                                                    - Ihii... wesel...- poczyniali pokrzykiwać starsi Mazurzy, przypominajac sobie
                                                    swoje mazurskie wesele.
                                                    Program artystyczny trwał w sumie cztery godziny z zawodami sportowymi włącznie.
                                                    - Prose do wspólnego stołu ! - zawołał Jan Linka, gospodarz całej uroczystości.
                                                    Po podwieczorku nastąpiła wspólna zabawa taneczna dzieci i rodziców.
                                                    Bufet z napojami i dobrym jadłem był na miejscu, prowadził go Franciszek
                                                    Lehnert.
                                                    Wieczorem całość ustawiła się w grupę marszową i przy dzwiękach orkiestry
                                                    pomaszerowała do szkoły. Odegrano hymn, podziękowano, dzieci zwolniono do
                                                    domów, a starsi bawili się na sali tanecznej do północy.

                                                    W roku 1925 Kisiny, chyba po raz pierwszy od trzydziestu lat, obchodziły
                                                    Jutrznię i polską uroczystość zakończenia szkoły. Rokrocznie przez cały
                                                    ośmioletni okres mojego pobytu w Kisinach pd 1925 do 1933 roku.
                                                    ---
                                                    Trzeba przyznać efektowne i wesołe zakończenie roku szkolnego z wystepami i
                                                    zabawą wspólną.
                                                  • tralala33 Re: Zakończenie roku szkolnego 14.10.06, 22:10
                                                    I tak w sam raz trafiło - na Dzień Nauczyciela! Dziś możemy wspomnieć
                                                    wszystkich dobrych nauczycieli, ktorych mieliśmy szczęście spotkać w szkole. Ja
                                                    najmilej wspominam pana od fizyki ze swojej szkoły podstawowej smile
                                                  • rita100 Re: Zakończenie roku szkolnego 14.10.06, 22:16
                                                    Ja pania od histori - nie zapomne jak płakała kiedy inscenizowała jakąs bitwę.
                                                    Bylo to w szkole podstwaowej. Była tak osoba wrazliwa , że kiedy szła aleją
                                                    gdzie rozły jablonie i włąsnie aleja ta cała kwitła zamiast histori mieliśmy
                                                    przyrodę i musieliśmy iść z nią by oglądac kwitnące jablonie. Niezapomnaina
                                                    Pani Fortuna.

                                                    A wspominasz dlatego , ze miałas piatkę z fizyki ?
                                                  • tralala33 Re: Zakończenie roku szkolnego 14.10.06, 22:25
                                                    Nie, nie dlatego. Piątek to pewnie miałam cały wór, bo dostawaliśmy dużo ocen,
                                                    ale sprawiedliwie - nawet najlepszy uczeń mógł dostać dwóje, jak się czegoś nie
                                                    nauczył. A wspominam dobrze, bo nasz pan nie uczył z książki, wszystko opowadał
                                                    sam, bardzo ciekawie, dowcipnie, z żartami. Nigdy się nie nudziłam na tych
                                                    lekcjach. Więcej się wtedy nauczyłam niż w liceum, choć poszłam do klasy mat. -
                                                    fiz. Nasza pani od matematyki też potrafiła dobrze uczyć, ale jak się
                                                    zdenerwowała to rozbijała nam na głowach drewniane piórniki (wtedy takie się
                                                    nosiło, takie skrzyneczki w wysuwanym wierzchem). Teraz to nie do pomyślenia, a
                                                    wtedy niejedna tępa matematycznie głowa bywała udekorowana guzem. No i piórnik
                                                    trzeba było nowy kupić wink
                                                  • rita100 Re: Zakończenie roku szkolnego 14.10.06, 22:47
                                                    Te piórniki drewniane, pamiętam zawsze były dla mnie koszem na śmieci. Co ja w
                                                    nim nie miałam. To były takie skrzyneczki drewniane, najczesciej wyrzeźbiane
                                                    na wieczku. Oj, tak to ja wspomnę szkołę nr 3 w Olsztynie , tam to był terror
                                                    w klasie. Kiedyś matulka zakręciła mi włosy i przyszłam z zakręconymi włosami i
                                                    przy całej klsie kazałam mi wyjść do łazienki z włosy zmoczyć - przyszłam z
                                                    mokrymi włosami. Szczerze ci powiem , nie lubiłam szkoły w Olsztynie - bałam
                                                    sie jej i nauczycieli. Pamiętam jak za tabliczke mnożenia też oberwałam - nigdy
                                                    nie wspominam nauczycieli z Olsztyna , bo mam złe wspomnienia.
                                                    Calkiem inaczej wyglądała nauka w podkrakowskiej wsi, jak niebo i ziemia.
                                                    Nie wiem dlaczego tak było ?
                                                    Nauka w olsztyńskiej szkole kojarzy mi się z zamkiem w Malborku wink)))
                                                  • rita100 Re: Inspekcja w szkóle 16.10.06, 20:49
                                                    A tera bandzie łurywecek o jydnej z przeprowadzonej kontroli w szkole u Małłka
                                                    w Kisinach. Przyjechoła Wielka Komisja z Klimoszem na czele i Józefem
                                                    Dzięciołem , kierownikiem szkoły w Działdowie.

                                                    "Komisja była zachwycona poziemomem i bystrością dzieciaków. Komisja już
                                                    chciała skończyć swoją pracę, ale klasy chciały sie dalej popisywać, oczywiście
                                                    pięknym chóralnym śpiewem. Hilda Brajdówna objęła funkcję dyrygenta, a Elżbieta
                                                    Lehnertówna zasiadła przy fishatmonii i dalej koncertować.
                                                    Na pierwszy ogień poszła pieśń: "Kto wesoło, a nie marnie dni przeżyje w swojej
                                                    mlodości, gdy go pycha nie ogarnie i daleki od podłości, ten i starszym będąc
                                                    człekiem ucieszy sie młodym wiekiem", a potem "Przyjaźń, o bracia, niech wiąże
                                                    nas, w śpiewach wesołych czcimy ją wraz...". "Ty niebotyczny lesie...", no i na
                                                    zakończenie hymn polski "Jeszcze Polska nie zginęła...".
                                                    Ślicznie wypadł ten poranny koncert czerwcowy, ktory echem odbijał się po wsi. "
                                                  • rita100 Re: Zbieranie folkloru 17.10.06, 20:29
                                                    A oto następne wspomnienia Małłka z tego okresu:
                                                    "Uprawiałem także moje hobby - społeczne i socjologiczne studia nad
                                                    środowiskiem mazurskim, poprzez gromadzenie i kolekcjonowanie wszelkich
                                                    przejawów folkloru mazurskiego, w czym gorliwie pomagali mi uczniowie szkoły
                                                    dziennej, jak również dorośli z kursów wieczorowych i czlonkowie organizacji
                                                    społecznych.
                                                    Iluż to ludzi przewinęło się przez moj pokój - pracownię, gdzie mi pełnymi
                                                    piersiami śpiewali staromazurskie pieśni, opowiadali rózne ciekawostki, a nawet
                                                    tańczyli. Już właśnie wcześniej zdobywałem materiały w samych Kisinach.
                                                    Tu właśnie zdobyłem słynna 'żabkę'"

                                                    To tera bandzie ło 'żabce' bardzo ciykawe wspomknianie.
                                                  • rita100 Re: Zbieranie folkloru - 'żabka' 17.10.06, 20:30
                                                    Tu właśnie w Kisinach zdobyłem słynną "żabkę", którą odtańczył mi stary
                                                    Pawłowski z Dźwierzni; staruszek liczący wówczas siedemdziesiąt dwa lata
                                                    podskakiwał na czterech łapach aż 1 m i 16 cm , a kiedy był po litrze, to ponoć
                                                    jeszcze wyzej skakał.
                                                    - A kiedy wracałem z wesela z Białut, to przez całą drogę do Dźwierzni
                                                    tańcowałem 'żabkę', a było cztery kilometry drogi ! - chwalił się.
                                                    Rzeczywiście 'żabki' nie wykona byle kto, to musi być człowiek z tym obeznany i
                                                    dobrze wyćwiczony. Właściwy smak 'żabki' polega na tym, aby skoki i ruchy były
                                                    żabie wraz z żabim syczeniem. Tańczyło zawsze dwóch mężczyzn, jeden był żabą, a
                                                    drugi żabiorem.
                                                  • rita100 Re: Kurs w Kazimierzu Dolnym 18.10.06, 20:54
                                                    Każdego prawie lata w okresie wakacji brałem udział w różnych kursach
                                                    oświatowych dla nauczycieli. Jeden taki był w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą.
                                                    Poznałem tam: Jerzy Zawieyski, Jędrzeja Ciernika - ojca teatru ludowego.
                                                    Zawarłem znajomość z Tadeuszem Mayznerem i jego świetną muzyką ludową, panią
                                                    Jadwigę Mierzejewską miłośniczkę polskich tańców masowych. Polubiliśmy się z
                                                    utalentowanym tancerzem góralskim Zachemskim oraz wspaniałym kobziarzem z
                                                    Poronina - Mrozem, ktory do ucha mi przygrywał:
                                                    Prędzej znikną góry i chmury
                                                    Niźli Polska i Mazury.
                                                    Jakże nie wspomnieć Feliksa Popławskiego i kolegi Kani i z wieloma ludzmi z
                                                    tego ruchu.
                                                  • rita100 Re: Kurs w Kazimierzu Dolnym 19.10.06, 20:48
                                                    "W roku 1931 wydałem "Mazurską Jutrznię na Gody", misterium ludowe, jutrzenne,
                                                    odbywające się corocznie w każdej wiosce mazurskiej od północy do rana 25
                                                    grudnia.
                                                    Jutrznia mazurska podobała sie wszystkim ludziom niezależnie od wyznań i
                                                    poglądów społeczno-politycznych, gdyż niektóre jej teksty sięgają bardzo
                                                    dalekiej przeszłosci przedreformacyjnej.
                                                    Po wydaniu "Jutrzni" zabrałem się do pisania tekstów widowis
                                                    ludowych : "Plonu", czyli dożynek na Mazurach, i "Wesela mazurskiego".
                                                  • rita100 Re: O Polską szkołę w Niemczech 20.11.06, 21:06
                                                    W okresie ferii letnich 1930 roku zajechał pod szkołe kisińską mały czerwony
                                                    samochód osobowy. Pracowałem wtedy nad zakończeniem "Jutrzni" i zauwałyłem go
                                                    przez okno.
                                                    - Puk, puk do drzwi.
                                                    - Proszę ! - zawolałem głośno.
                                                    - A dzień dobry ! Karolu ! - odpowiedziałem poznając Karola Biernatowskiego i
                                                    kolegę Pruessem, który z nim przyjechał.
                                                    Karol Biernatowski to mój rówieśnich i serdeczny przyjaciel. Jako początkujący
                                                    nauczyciel pracował w Małej Turzy koło Płośnicy.
                                                    Szwagrem Biernatowskiego był właśnie Jan Baczewski, poseł do Landtagu Pruskiego
                                                    w Berlinie, który sie zwrócił do mnie o pomoc.
                                                    - Siadajta, chłopy i ptycht ! - rzekłem i gadajta co woju do noju sprowadza ?
                                                    Biernatowski zajmuje sie potrzymywaniem ducha polskości, wyjmuje stos gazetek,
                                                    okolników i róznych pism urzędowych z których dowiedziałem się o istnieniu
                                                    ustawy, na mocy której możem montować szkoły polskie.
                                                    Potem poczeliśmy wyliczać szkoły juz istniejące.
                                                    Wymienił cztery szkoły na Powiślu: w Waplewie, Trzcianach, Starym Targu i
                                                    Podstolinie, oraz sześć na Warmii: w Gietrzwałdzie, Nowych Butrynach, Nowej
                                                    Kaletce, Unieszowie, Pluskach i Worytach. W roku 1931 planuje sie otwarcie na
                                                    Warmii dalszych ośmiu szkół i na Mazurach trzech.
                                                    - I wiedz - oznajmił mi - że trzy mają być w twoim rodzinnym powiecie, w
                                                    Dębowcu, Jedwabnie i Rudzie, a może jeszcze jedna w Piastunie. - Ty pasowałbyś
                                                    najlepiej na Jedwabno. To byłoby pole dla ciebie w sam raz - proponował mi od
                                                    siebie i w imieniu swego szwagra Baczewskiego.
                                                    - To warto wypsić litkup na taką bojową wiadomość karolu ! - rzekłem.
                                                    Biernatowski lubił pić mocną gorzałkę i ja też.
                                                    - No to prost, prychy ! Na dobre powodzenie sprawy - zachęciłem ich.
                                                    Popijaliśmy i rozmawialiśmy. Takem gadali, gadali...i trza sia buło łozitać.
                                                    - Dawaj pyska ! zawołał
                                                    Odjechali
                                                    Cieszyłem sia i czkałem na nominacje.
                                                    Tymczasem....
                                                    cdnj
                                                  • rita100 Re: O Polską szkołę w Niemczech 21.11.06, 21:26
                                                    "Tymczasem ni stąd ni zowąd gruchneła wieść o wiekim rozgromieniu Polaków w
                                                    Jedwabnie i Dębowcu.
                                                    W Jedwabnie miał miejsce bandycki napad na organizatorów polskiej szkoły.
                                                    Działacze ci zostali tak mocno pobici, ze sprawa oparła się o prokuratora i
                                                    nabrała rozgłosu dyplomatycznego. W sprawie była zamieszana banda, liczaca
                                                    ponoć 104 osoby, pod wodzą Augusta Otto.
                                                    Dla zachowania pozorów, panowie sędziowie z Republiki Weimarskiej potrzymali
                                                    ich trochę , niektórym podobno dali po kilka dni aresztu, ale rychło ich
                                                    wypuścili.
                                                    Podobny przebieg miały wypadki przy organizowaniu szkoły polskiej w Dębowcu.
                                                    Gospodarza Bogumiła Późnego tak zbili, ze ledwie ducha nie wyzionął, a jego
                                                    dzieci, Fryderyk i Walter musiały szukać przytułku w Polsce.
                                                    A najtragiczniej skończyła sie walka o szkołe polską w Piastunie (opis w kóntku
                                                    o Jerzym Lancu i jego tragiźmie)
                                                  • rita100 Re: Walka o "rząd dusz" 22.11.06, 20:14
                                                    Wiele osób nie potrafiło niestety odzielić sprawy repolonizacji Mazurów od ich
                                                    rekatolizacji.
                                                    Narodowa Partia Robotnicza na naszym terenie grzeszyła błedami. Z całą siła
                                                    wszyscy występowali "w imię Chrystusa", aby zniszczyć to, co było zrobione.
                                                    Rozpoczęto walkę z niekatolikami od góry, a więc bito w tych urzędników, którzy
                                                    zajmowali stanowiska.
                                                    Najostrzejszą nagonkę prowadzono wobec Edwarda Lodwicha, zażartego Polaka, a
                                                    zarazem "lutra". Obalono go. Jesienią 1923 roku został zdjęty ze stanowiska
                                                    dyrektora Seminarium. Dyrekcję po nim objął p. Józef Biedrawa z Cieszyna,
                                                    Polak, ewangielik. Lodwich odtąd był tylko profesorem , aż wreszcie w 1925 roku
                                                    odszedł na Wołyń.
                                                    Zabrano się teraz za 'Cieszyniaków', za tych 'polskich szowinistów'
                                                    i 'fanatycznych ewangielików' - jak o nich mawiano.
                                                    Wytworzył się jakby wspólny front działania Polaków katolików i Niemców
                                                    przeciwko tej grupie ludzi.
                                                    Pisano na nich paszkwile, ktore ogłaszano w prasie.
                                                    "Gazeta Działdowska", wydawana wówczas przez zniemczonego Warmiaka Franza
                                                    Makollę, ultrakatolika i najbrzydszego warchoła społecznego, ktory zresztą
                                                    później uciekł do Gdańska włączyła się w tą kampanię.
                                                    Kiedy pewnej soboty....
                                                    cdnj
                                                  • rita100 Re: Walka o "rząd dusz" 23.11.06, 19:39
                                                    Kiedy pewnej soboty zjawiłem się u starosty Pawlicy, zastałem go w stanie
                                                    ostatecznej irytacji. Przyznał mi się otwarcie, ze całe jego urzędowanie od
                                                    jakiegoś czasu polega tylko na wybielaniu się, na odpieraniu czynionych mu
                                                    zarzutów.
                                                    - Aż mi to gardłem wychodzi - rzekł i trzaskał ze złości papierami o podłogę.
                                                    Nigdy nie widziałem go tak rozpalonego jak wtedy.
                                                    - To kim ja jestem ?! - Ja ?! Ja?! Ja mam być Niemcem !!! - krzyczał i chodził
                                                    po gabinecie.
                                                    Aż mi się go żal zrobziło, bo ja jeszcze nie doznałem tego na własnej skórze.
                                                    Latem 1024 roku objeżdzał Mazury Pruskie i zawadził o Działdowo senator
                                                    Bolesław Limanowski, nestor polskiego socjalizmu.
                                                    Odwiedził starego Walesia, polskiego wójta w Uzdowie, od ktorego usłyszał słowo
                                                    oskarzenia.
                                                    - Senatorze ! Na Polaków tośmy sia mocno przerachowali ! Cóż z tego, ze
                                                    wujtuję, kiedy oni noma nie wierzą, jeno za Niemców nas poczytują. I dlatego
                                                    jest niedobrze !
                                                    Odwiedził też stary Limanowski naszego ojca w Brodowie."
                                                    Zapraszam teraz wszystkich na ucztę smile
                                                  • rita100 Re: Walka o "rząd dusz" 23.11.06, 19:40
                                                    Hurra senator Limanowski w Brodowie i u Małłka w domu.
                                                    Pamnientam matulka chibko zakrzatnęła sie koło kochera, łówijała sia wokół
                                                    łobjadu. Pamniantam udusiła w brytfanie, na świeżym masełecki kilka
                                                    tłuściuteńkich kurczacków, do tygo podała młode kartofelki i młode kruche
                                                    łogórecki ze śwyżó śniatanó.
                                                    - No, to przysióńdźta sia do styłu i podjedzta sobzie, bo noju słwetny gość
                                                    chyba głodny, co ?
                                                    - Toć ...
                                                    - "Przyjdź Panie Boze, bądź gościem nam i pobłogosław noma te dary, ktore dałeś
                                                    nam" - łojciec zwycajową modlitwą ciągnął.
                                                    Zabraliśmy sia do jydła. Ba, kiedy Limanowskiemu drżały rance. Co kawałek
                                                    kurczaka uchwycił, to mu z rąk wypadał.
                                                    - O, bracie, to u ciebzia esce gorzej te reczyska latają, niż mnie. Ba, toć
                                                    prawda, ty masz przecie przeszło dziewięćdziesiąt... - westchnął łojciec.
                                                    Mojemu ojcu również drzały rece.
                                                    Matecka, nie zważając na nikogo, chwyciła najlepsze cząstki kurczaka, oczyściła
                                                    z kości i tak przygotowane mnajso położyła gościowi na talerzu.
                                                    Limanowski niezmiernie się ucieszył z tej serdecznej ulgi jaką mi "Augustka",
                                                    ta dobra gospodyni zrobziła.
                                                    Po spożytym smacznym objedzie ojcowie znowu rozprawiali.
                                                    - Tu biją ich Polacy, a tam biją ich Niemcy - stwierdził
                                                  • rita100 Re: Walka o "rząd dusz" 23.11.06, 19:41
                                                    Limanowski ogłosił później w "Robotniku" list otwary, krytykujący stosunki w
                                                    Prusach Wschodnich i w Działdowszczyźnie.
                                                    Cała prasa chadecko-endecka, zwłaszcza pomorska wzieła sie za starego
                                                    Limanowskiego. Przede wszystkim wyśmiewano go.
                                                    W rezultacie zamiast polepszyć sytuację - Limanowski niechcąco pogorszył
                                                    sytuację w Działdowszczyźnie, bo od tego czasu Akcja Katolicka zabrała się
                                                    pełną parą za usuwanie od właczy "Cieszyniaków". Odchodzili po kolei. Pierwszy
                                                    wyjechał burmistrz Alfred Rzyman - wrócił do Cieszyna. Potem starosta Jan
                                                    Pawlica dostał przeniesienie do Mielca, gdzie sobie później w łeb strzelił. Do
                                                    Torunia odszedł Tadeusz Micheja, lekarz powiatowy, do Cieszyna wyjechał Jan
                                                    Sikora, nauczyciel polonista. A na ich miejsce przyjechali nowi ludzie z Akcji
                                                    Katolickiej, jak: burmistrz Antoni Felski, starosta Plackowski i inni."

                                                    Zwracam uwagę na Antoniego Felski, dał w skórę Małłkowi, ale o tym po tym.
                                                    Zawrzało znowu na Działdowszczyźnie.
                                                  • rita100 Re: Walka o "rząd dusz" 24.11.06, 20:36
                                                    Mazurzy poczeli wycofywać się z akcji polskiej i uciekać gdzie pieprz rośnie.
                                                    Okazało się , że starosta Plackowski wycofał się na inny teren uciekając do
                                                    ewangielickiego Cieszyna. Po nim objął starostwo Teodor Montwiłł, wilnianin z
                                                    pochodzenia. Wojewodą ówczesnym był Stefan Kirtiklis.
                                                    Dr Adolf Szymański z Wierzbowa nosił sie z zamiarem utworzenia Związku Mazurów,
                                                    wytykał błedy popełniane wobec ludu mazurskiego. Dobrze, ze dr. Szymański nie
                                                    był urzędnikiem państwowym, bo pan Kirtiklis chyba kazałby go natychmiast
                                                    zamknąć do mamra.
                                                    Od tej chwili niechęć do Mazurów wzrastała z dnia na dzień. Lud począł teraz na
                                                    całego szukać oparcia w akcji niemieckiej, gdyż popychano go w tym kierunku,
                                                    zaliczając oficjalnie do Niemców.
                                                  • rita100 Re: Walka o "rząd dusz" 25.11.06, 20:57
                                                    Władze wojewódzkie zabrały sie teraz do ponownego oczyszczania aparatu
                                                    urzędniczego, a potem zabrano się za likwidację urzędników Mazurów.
                                                    Pierwszy padł ofiarą inspektor szkolny i zasłużony działacz mazurski Paweł
                                                    Klimosz. Ze wstydu Klimosz wywędrował z ulubionego Działdowa do Torunia, śladem
                                                    doktora Michejdy. Jego następcą został niejaki pan Sieteski, inspektor szkolny
                                                    z Brodnicy, który dojeżdzał z Działdowa. Stał się on z miejsca postrachem
                                                    nauczycieli i zaprowadził zupełnie inny styl pracy niż jego poprzednik. Był
                                                    typowym urzedasem wykonującym na ślepo polecenia władz zwierzchnich.
                                                    Przystąpiono znów do bardzo dalszego i energicznego wyniszczania Mazurów.
                                                    Denuncjowano tych nauczycieli nieboraków w najbardziej świński sposób. Grunt to
                                                    siać niezgodę i wprowadzić nieład w imię "katolickiej racji stanu" ! Przecież
                                                    Polska musi być katolicka, jakże inaczej. Tak mi stale oświadczano. Nie ma
                                                    miejsca dla niekatolików i basta !
                                                    cdn
                                                  • tralala33 Re: Walka o "rząd dusz" 25.11.06, 21:13
                                                    Przecież Polska musi być katolicka, jakże inaczej. Tak mi stale oświadczano.
                                                    Nie ma miejsca dla niekatolików i basta !

                                                    No to tego zupełnie nie rozumiem, przecież przedwojenna Polska była dużo
                                                    bardziej zróżnicowana niż dzisiejsza. Z konieczności trzeba było przyjąć do
                                                    widomości isnienie nie tylko ewangelików ale i grekokatolików, Ormian,
                                                    prawosławnych i Żydów. Po co tyle energii wkładano w usuwanie Mazurów z
                                                    Działdowszczyzny?
                                                  • rita100 Re: Walka o "rząd dusz" 25.11.06, 21:26
                                                    A mówiłam Ci Tralala, ze Warmia i Mazury to dziwna kraina. Dobrze pisze Małłek,
                                                    pisze prawde. Nigdzie tak nie było jak na Działdowszczyźnie, takiej metody
                                                    działania , takiej bojaźni, takiej ..... Nawet na Śląsku, czy w Cieszynie nie
                                                    było. Dobrze wyczułam, że życie na Warmii , a życie w Krakowie to niebo a
                                                    ziemia. Czuło się w Olsztynie kajdany nawet po II wojnie światowej.
                                                    Niby wolnośc , niby swoboda, a jednak jakaś czarna otoczka ciagle istniała.

                                                    Ale wracając do tematu, to jutro przeczytasz coś co Cię zszokuje, bo nawet nie
                                                    wolno było ożenić się z Mazurką. Bardzo ciekawe te wspomnienia Małłka.
                                                  • rita100 Re: Walka o "rząd dusz" 26.11.06, 19:33
                                                    Pewnego dnia spotkałem kierownika szkoły Adama Cylicha z Uzdowa i Władysława
                                                    Pastuchę z Klęczkowa. Obaj ze zwieszonymi głowami, widać, ze kompletnie
                                                    zrezygnowani.
                                                    - Co wam jest, żeście sie tak nabzdyczyli ? - zapytałem ich.
                                                    - A to co, ty nie wiesz, co z nami zrobili ? Jesteśmy zwolnieni ze służby
                                                    państwowej - odpowiedzieli.
                                                    - Za co ? - zdziwiłem się
                                                    - Chyba dlatego, żeśmy się pozenili z Mazurkami, bo innego wytłumaczenia byż
                                                    nie może - odparli.

                                                    Nieszczęściem ich było tylko to , ze się ożenili z Mazurkami i tyle.
                                                    To samo czekało mego szwagra Eugeniusza Piechę, choć "Bogu ducha winien", nie
                                                    znał żadnego słowa po niemiecku. Ba, ale bedąc warszawiakiem pozwolił sobie na
                                                    ożenek z Mazurką - Wilamowską z polskiego Zakrzewa.
                                                    Przyszedł czas, że i na mnie zaczęła sie nagonka.
                                                    cdn
                                                  • fedar Re: Walka o "rząd dusz" 26.11.06, 20:41
                                                    Czytając to można odnieść wrażenie, że ówczesne władze zniechęcały do siebie Mazurów tak jak tylko potrafiły. Bardzo przykry kawałek historii Działdowszczyzny.
                                                  • rita100 Re: Walka o "rząd dusz" 26.11.06, 20:54
                                                    Dziwna to polityka była. To było jawne wyrzucanie Mazur z Mazur. Nawet więcej,
                                                    wyrzucanie ich w objęcia Niemiec na własne życzenie. Po II wojnie światowej
                                                    przypuszczam , ze to samo było. W skutek takiej polityki Mazura możemy oddać
                                                    już tylko do muzeum. Dobrze wiedzieć prawdę, bo jednak należy im się ukłon w
                                                    ich stronę, że mimo wszystko tych Polaków lubią, a może nas dopinguje do innego
                                                    spojrzenia na nich.
                                                    Ciekawi mnie dlaczego Małłek mimo wszystko był tak wierny Polsce.
                                                    Chyba powiedział - że serce nie sługa
                                                  • rita100 Re: Walka o "rząd dusz" 27.11.06, 20:47
                                                    "Przyszedł czas i na mnie, nagonka się zaczęła. Od 1925-1931 roku pełniłem w
                                                    Kisinach funkcje kierownika szkoły. Niby było w porządku, aż tu następuje
                                                    ogłoszenie konkursu na stanowisko kierownika.
                                                    Potem napuszczono na mnie niejakiego Kordona, osiedleńca pochodzącego z
                                                    Poznańskiego, znanego hochsztaplera i nabieracza.
                                                    Ten zabrał się do zbierania na mnie różnych "duperełek" i klecił z nich wielkie
                                                    memoranda dla ministerstw. Kazdy z tych doniesień kończyło sie stwierdzeniem,
                                                    że jestem Niemcem i nie mam prawa przebywać w Polsce.
                                                    Stale bazował na niemczyźnie. Nagonka na mnie zaostrzyła się. Lata 1931, 1932 i
                                                    1933 były okresem nieustannych walk. Czegóż to nie wymyślano! To przechodziło
                                                    wprost ludzkie pojęcie.
                                                    Oto niektóre z najczęściej powtarzanych insynuacji:
                                                    że jestem zdecydowanym Niemcem, że mam żonę Niemkę, że wychowujemy dzieci po
                                                    niemiecku, ze trzymam li tylko z Niemcami, a Polakami pogardzam, że bardzo
                                                    często wyprawiam się za granicę, ze biję polskie dzieci, ze śpiewam po
                                                    niemiecku, że uprawiam agitację za Niemcami, ze niemczę dzieci, ze jestem
                                                    bolszewikiem, ze dowodziłem pułkiem artylerii bolszewickiej w czasie bitwy o
                                                    Działdowo 13 sierpnia 1920 roku i pobiłem Polaków i stek podobnych fałszerstw.
                                                    Moja robota polegała tylko na udowadnianiu, ze to wszystko są oszczerstwa. Ba,
                                                    ale było trochę za dużo tego, więc nawet inspektor Klimosz począł sam we mnie
                                                    wątpić i stronić ode mnie. Bał się.
                                                    Zastosowano i inną metodę. Zorganizowano podsłuch, aby złapać mnie, zonę czy
                                                    któreś z dzieci na jakimś słowie niemieckim.
                                                    Aż pewnego wieczoru...
                                                    cdnj
                                                  • rita100 Re: Walka o "rząd dusz" 28.11.06, 20:17
                                                    "Aż pewnego wieczoru wyjaśnił mi sprawę sam podsłuchiwacz - policjant tajny z
                                                    Działdowa. Spotkaliśmy się obaj w restauracji Franciszka Lehnerta w Kisinach,
                                                    Zapiliśmy się serdecznie piwem i gorzałą czystą. Wypiliśmy gorzalkę i
                                                    chwyciliśmy znów za piwo.
                                                    - Małłku! Ty dobry Niemcu....
                                                    - Wypluj pan to zaraz! - wściekłem się
                                                    Wtedy własnie odkrył mi całą tajemnicę, że mnie pilnuje dniem i nocą. Zwłaszcza
                                                    uciążliwe jest wytawanie całą nocą pod moimi oknami. Już trzeci rok wystaje i
                                                    nic wystać nie może. Ma już tego dosyć i stwierdza, ze to wszystko, co mówią
                                                    donosiciele jest nieprawdą.
                                                    Nazajutrz.....
                                                    cdnj
                                                  • rita100 Re: Walka o "rząd dusz" 29.11.06, 20:37
                                                    Nazajutrz przed południem pan dobrodziej policjant przyszedł do mnie i prosił
                                                    bym nikomu nie powtarzał tej rozmowy. Dowiedziałem się od niego o jeszcze
                                                    większych świństwach. Inny na moim miejscu pożegnałby się z takim środowiskiem,
                                                    z taką władzą, z takim państwem i poleciałby na księżyc. Ja czekałem co bedzie
                                                    dalej.
                                                    Skoro nie udało się mnie zniszczyć drogą oskarżeń, spróbowano jeszcze raz drogi
                                                    urzędowej.
                                                    Pewnego zimowego poranka widzę w budynku szkolnym pana inspektora Sieteskiego.
                                                    Inspektor nabzdyczony, kiej Schicklgruber-Hitler. Po lekcjach zrobił zebranie i
                                                    powiedział, że wszystko dobrze i szkoda , ze Małłek tu się marnuje.
                                                    Nadchodzi wiosna. Pan inspektor wzywa mnie do siebie i proponuje służbowe
                                                    przeniesienie do miasta Działdowa, a jak się nie zgodzę to zawsze się znajdzie
                                                    kij na psa.
                                                    W tym czasie kuratorem pomorskim z siedzibą w Toruniu był dr Michał Pollak
                                                    (zasłużony dla polskości).
                                                    Inspektor Sieteski raz jeszcze ze mną pogadał i radził mi napisać podanie o
                                                    przeniesienie, argumentując, ze lepiej po dobroci, niż - inaczej.
                                                    W ten sam sposób wysiudali z samodzielnej posady mego szwagra Piechę.
                                                    Przeniesiono go z Komornik do Narzymia, rzecz jasna, też pod kierownictwo.

                                                    koniec tego rozdziału
                                                  • rita100 Re:Akcja niemiecka 02.12.06, 19:59
                                                    "Początek tzw. akcji niemieckiej na Działdowszczyźnie sięga drugiej polowy 1920
                                                    roku, kiedy to na skutek błędnych posunięć ówczesnych przedstawicieli władzy
                                                    polskiej, ludność mazurska została odseperowana od życia polskiego i
                                                    niedopuszczona do współrządzenia.
                                                    Niemcy inaczej podeszli do zagadnienia. Zaczęli od niesienia pomocy
                                                    materialnej, mianowicie postawili na nogi spółdzielnie, obsadzili je
                                                    fachowcami. Dostawy żywności były lepsze, dawali kredyty, a ludziska lgneli jak
                                                    do magnesu.
                                                    Co gorsza, nawet rdzenni Polacy napływowi zaopatrywali się w niemieckich
                                                    punktach.
                                                    Ponowny szturm przypuścili Niemcy w okresie działania Akcji Katolickiej po 1925
                                                    roku. Pamiętam jak proponowali mi bardzo wysokie stanowisko, w polskiej
                                                    hierarhii nigdy nigdy nie osiągalne, za bardzo wysokie wynagrodzenie. Niewąsko
                                                    mnie bestie ocenili wink Dałem im odprawę typowo po mazursku. Odczepili się."

                                                    Jak to jest odprawa po mazurski, Tralala ziysz ?
                                                    O tym nie pisze Małłek.
                                                  • rita100 Re:Akcja niemiecka 04.12.06, 21:11
                                                    Jednym słowem akcja niemiecka w Działdowszczyźnie zdobywała duszę za duszą, zaś
                                                    akcja polska na tym terenie znalazła sie w ciasnym zaułku, co odbiło się
                                                    ujemnie na Mazurach za miedzą.
                                                    W rezultacie polski ruch na Mazurach ledwo zipie. Gustaw Leyding i Kazimierz
                                                    Jaroszyk borykają się z narastajacymi trudnościami.
                                                    Gazeta 'Mazur', której naczelnym redaktorem był Kazimierz Jaroszyk, zaczęła
                                                    tracić abonentów. Wypierała ją gazeta ksiedza Kurta Skowronka "Masurischer
                                                    Violksfreund".
                                                    Skowronek razem z Maxem Worgitzkim zaprzysięgł sobie, że resztę polskości z
                                                    Mazurów wypędzą.
                                                    Wiemy już jak perfidnie zamordowano w dniu 28 lutego 1932 roku pierwszego i
                                                    ostatniego nauczyciela Jerzego Lanca. Tylko jego zwłoki wróciły do ojczyzny.
                                                    Wielki był żal po jego utracie.
                                                    Drugą ofiarą miał być dr Kurt Obitz, starszy asystent przy Akademii Weterynarii
                                                    w Berlinie, współzałożyciel Związku Mazurów i naczelny redaktor jego organu -
                                                    "Cechu".
                                                  • rita100 Re:Dr Obitz 05.12.06, 21:33
                                                    "Niech państwo do nas zajrzą wieczorkiem tego to a tego dnia, bo bedziemy
                                                    gościć wypędzonego z Niemiec Kurta Obitz - brzmiały przez telefon słowa pani
                                                    Biedrawiny z Działdowa.
                                                    Dr Obitz urodził się 16 stycznia 1909 roku w okolicy Węgorzewa. Po wielu
                                                    perypetiach, latem 1931 roku uciekła z Berlina do Warszawy i przez dłuższy czas
                                                    przebywał u dra Stankiewicza w Błędowie, w powiecie grójeckim, pod Warszawą.
                                                    Później otrzymał posadę st. asystenta katedry zoologii i parazytologii Wydziału
                                                    Weterynaryjnego Uniwersytetu Warszawskiego."

                                                    Teraz się zastanawiacie co ma wspólnego z Warmią i Mazurami ? Posłuchajcie jak
                                                    Małłek o nim pisze.

                                                    "W domu państwa Biedrawinów zastaliśmy dra Kurta Obitza. Był to czlowiek
                                                    młody , miał 24 lata mający postawę Napoleona Bonapartego. Po polsku , ani
                                                    jednego słowa nie umiał, ale jednak dogadaliśmy się, zwłaszcza , ze dobra
                                                    kolacja z wyśmienitą nalewką dodawały animuszu.
                                                    Dr Obitz nie miał pociągu do alkoholu, bo po każdym kieliszku krztusił
                                                    się"..... no ale w tym momencie pisze pewnie nie na temat wink))
                                                    Chociaż czy ja wiem, Małłek to tak wspaniale opisuje, że musze się uczyć od
                                                    mistrza wink))
                                                    No więc dr Obitz sie krztusił po każdym kieliszeczku i narzekał, ze ta polska
                                                    gorzałka taka mocna.
                                                    My natomiast byliśmy innego zdania, bowiem lubieliśmy zalewać robaka
                                                    najskuteczniej gorzelanką lub siedemdziesięcioprocentową śliwowicą z płomieniem.
                                                    Dr Obitz wywodził się z prastarej rodziny słowiańskiej- mazurskiej, której
                                                    pierwotne nazwisko brzmiało inaczej, najprawdopodobniej "Kopeć". Z biegiem
                                                    czasu bismarkowscy urzędnicy poczeli zmieniać nazwisko, tak jak z polskiego
                                                    Oleśnickiego zrobili Olschnitza, podobnie ten polski Kopeć stał się niemieckim
                                                    Obitzem.
                                                  • rita100 Re:Dr Obitz 06.12.06, 20:54
                                                    Kurtz Obitz pochodził z chłopskiej rodziny ze wsi Brzozowa, powiat Węgorzewo.
                                                    Maturę złożył w Krolewcu 1925 roku i tu rozpoczął studia na wydziale
                                                    weterynarii. W rok óźniej przeniósł się na Akademię w Berlinie. Kończy studia
                                                    1930 roku mając zaledwie 23 lata. Doktoryzuje się i otrzymuje asystenturę w
                                                    Akademii w Berlinie.
                                                    Będąc jeszcze studentem Obitz podpadł Ostdeutscher Heimatdienst - Wschodnio-
                                                    Niemickiej Służbie Ojczyźnie pownieważ często wytykał błedy popełniane przez
                                                    bonzów wobec ludności.
                                                    Obitz po omacku uświadamiał sobie o własnej przynależności narodowej. Ciągnie
                                                    go sentyment do ziemi przodków, do ziemi mazurskiej.
                                                    I tu Małłek się zaczerwienił bo tak Obitz do niego mówi:
                                                    - Dopiero wyście mi oczy otworzyli i wyjaśnili, kim my Mazurzy jesteśmy !
                                                    - Jak to ? Przecież myśmy się nigdy przedtem nie widzieli ! - odparłem zdumiony.
                                                    - Ba, ale duch waszej "Mazurskiej Jutrzni na Gody" mnie przebudził,
                                                    zrozumiałem , że jestem naprawdę z pochodzenia Mazurem, a więc Polakiem ! -
                                                    odpowiedział mi prosto w oczy.
                                                    Wyjął "Cech" organ berlińskiego Zwiąku Mazurow i pokazał mi atrykuł z oceną
                                                    mojej Jutrzni na dowód , ze mówi prawdę.
                                                    W maju 1928 roku powołali do życia organizacją pod nazwą Masurenbund i organ
                                                    prasowy "Cech". Siłą rzeczy zostałem przewodniczącym i redaktorem głównym.
                                                    Chcecie wiedziec co dalej z Obitzem sie stało ?
                                                  • gajowy555 Re:Dr Obitz 07.12.06, 11:46
                                                    Rita napsisała:
                                                    Chcecie wiedziec co dalej z Obitzem sie stało ?

                                                    No toc, chcemy i to jek najprendzy, bo fejn psiszesz...
                                                  • rita100 Re:Dr Obitz 07.12.06, 19:48
                                                    Tak sia tlo pytołam, bo ziam, co chceta. Małłek i jygo historyja to cikawa
                                                    rzecz. No jo!

                                                    "Zapytałem podczas tej rozmowy o okolicznosci wygnania dra Obitza z Niemiec.
                                                    - O, to nie szło tak szybko, nie. To szło langsam, aber sicher ! - odpowiedział
                                                    mi i wyjąwszy plik papierów dawał mi po kolei do przeczytania.
                                                    Były to pisma w jezyku niemieckim, nadesłane przez jego kolegów po fachu.
                                                    Pierwszy list był stekiem ordynarnych wymysłów, epitetów i pogróżek. Kończył
                                                    się wymownym zdaniem: "Wynoś się, zbrodniarzu, z Niemiec".
                                                    "Niemcy, zbudźcie się! Polsko przepadnij! Obitz precz!"
                                                    Grozili śmiercią.
                                                    Nie było innego wyjścia, jak opuścić Akademię w Berlinie i za poradą polskiego
                                                    lekarza Stankiewicza wyjechał Obitz do Warszawy. Ukrył się w Warszawie i było
                                                    to jedyne dobre wyjście, aby uniknąć losu Jerzego Lanca z Piastuna. Tu
                                                    opieszale załatwiono mu pracę dzieki intensywnym poparciom i w 1931 roku Obita
                                                    został zatrudniony na Uniwersytecie Warszawskim na Wydziale Weterynarii.
                                                    Cóż, kiedy Obitza rozpierała żadza działania na rzecz swej ziemi. Zrozumienie
                                                    znajdował w domu p. Sukertowej - Biedrawiny w Warszawie
                                                    Pisząc później o Obitzu pani Sukertowa łączyła jego linię polityczną z linią
                                                    separastyczną. Za tą opinią poszedł później Wańkowicz i tak powstała chyba
                                                    niewłasciwa ocena jego postawy, gdyż Obitz reprezentował linię polskiego
                                                    postępowca, radykalnego socjalisty. Zresztą sam Wańkowicz poczatkowo tak go
                                                    określał, a niemiecki Heimatdienst wyraźnie zakwalifikował go jako erz-Polaka.
                                                    Obitz zresztą ozenił się z Polką, aby ten stan rzeczy umocnić.
                                                    Dr Obitz jak się później okazało chwalebnie zapisał się na kartach nauki
                                                    polskiej.

                                                    Na drugi dzień po wypędzeniu Obitza z Niemiec do Polski, inspektor szkolny
                                                    Sieteski wypędził nas z Kisin do Działdowa.
                                                  • rita100 Re:W Działdowie 08.12.06, 21:04

                                                    I tu bandziem brukowali (potrzebowali) łobrazecki Fedara.

                                                    "Dnia 3.VI.1933 roku przeniesiono mnie wraz z żoną na stanowiska nauczycieli do
                                                    Publicznej Szkoły Powszechnej w Działdowie. Byliśmy już ze środowiskiem mocno
                                                    związani, a środowisko z nami. W Kisinach żona urodziła mi dwóch synów. W ciągu
                                                    jednego miesiąca otrzymaliśmy czteropokojowe mieszkanie na drugim piętrze,
                                                    wolne do zajecia. Zaraz je odmalowalismy i niebawem zajęliśmy. Mieszkanie miało
                                                    gaz i wodę, elektryczność i łazienek jeszcze wtedy nie było. (takie podobne
                                                    miałam mieszkanie w Olsztynie)
                                                    Szkoła w Działdowie zajmowała jeden wielki gmach, ten sam, który stoi do dziś.
                                                    Przed szkołą znajdował się ogród botaniczny z pomnikiem krola Władysława
                                                    Jagiełły, którego wojska w 1410 roku szły tędy na pola grunwaldzkie. Obok
                                                    gmachu ciągnął się duży dziedziniec z warzywnikiem. W tyle dziedzińca stała
                                                    wielka sala gimnastyczno-sportowa. Szkoła liczyła wówczas przeszło tysiąc
                                                    dzieci. Było siedemnaście klas i dwudziestu trzech nauczycieli, w tym dwóch
                                                    prefektów: katolicki i ewangielicki, no i rzecz jasna kierownik szkoły - p.
                                                    Jozef Dzięciół"

                                                    Tu się zatrzymamy na p. Dzięciole, bo to indywidum tyż fejn ciekawe. Poziem
                                                    woma tlo dzisioj jydno zdanie:
                                                    "Znalismy się już przedtem bardzo dobrze, zwłaszcza od strony kielszka". No i
                                                    jek ? Fejn sia zapoziada smile
                                                  • rita100 Re:W Działdowie 09.12.06, 20:39
                                                    "Dzięciół był od mne o dwa lata starszy i pochodził z Wielkopolski; zabity
                                                    endek, sym karczmarza wsiowego, kierownik Akcji Katolickiej, prezes
                                                    Stowarzyszenia Nauczycieli, pijak gorszy ode mnie, dobry administrator, gorszy
                                                    pedagog.
                                                    Dzięciół tak samo jak ja wojował na froncie zachodnim w armii Wilusia w okresie
                                                    pierwszej wojny światowej i tak samo ja przegrał jak ja. Obaj byliśmy ranni, z
                                                    tym że ja mam bliznę na czaszcze, a on stracił palec lewej dłoni i nosił
                                                    sztuczny skórzany kciuk.
                                                    Znalismy się już przedtem bardzo dobrze, zwłaszcza od strony kieliszka. On
                                                    wytrzymywał dużo, ja jeszcze wiecej. Ścieralismy się ostro, ponieważ on był
                                                    zdecydowanym endekiem, a ja rewolucjonistą, ale bardzo rzadko, bo wiedział, ze
                                                    mi nie da rady.
                                                  • fedar Re:W Działdowie 10.12.06, 12:47
                                                    rita100 napisała:

                                                    > "Dnia 3.VI.1933 roku przeniesiono mnie wraz z żoną na stanowiska nauczycieli do
                                                    >
                                                    > Publicznej Szkoły Powszechnej w Działdowie.

                                                    Nie mam obrazecków tej szkoły - przegapiłem.
                                                  • rita100 Re:W Działdowie 10.12.06, 12:52
                                                    "Szkoła w Działdowie zajmowała jeden wielki gmach, ten sam, który stoi do dziś.
                                                    Przed szkołą znajdował się ogród botaniczny z pomnikiem krola Władysława
                                                    Jagiełły, którego wojska w 1410 roku szły tędy na pola grunwaldzkie. Obok
                                                    gmachu ciągnął się duży dziedziniec z warzywnikiem. W tyle dziedzińca stała
                                                    wielka sala gimnastyczno-sportowa."

                                                    No lobacz Fedar, ta szkoła do dzisioj stoi i nopewno nie taka psiankna jak
                                                    kedajś. Ciekawe jaki dziś stoi pomnik w miejscu pomnika króla.
                                                    Nic sia nie dzieje, w przyszłym roku znowuj wypady na bezuch. Z roku na rok
                                                    bandziem ziedzieć na co warto szczególnoą uwagę zwrócić. Eszcz jest dom Małłków
                                                    dzie mnieszkoł na II piantrze, tyż eszcze stoi chyba.

                                                  • fedar Re:W Działdowie 10.12.06, 13:44
                                                    Wiem,wiem. Stoi. Nie raz koło niej przejeżdżałem. I pomnik stoi też. Tyle tylko, że łobrazecka jakoś nie pstryknąłem.
                                                  • rita100 Re:W Działdowie 10.12.06, 17:11
                                                    Ziesz co Fedar, ziem jek sia cujesz smile Bułeś, bułeś , zidziołeś, no ale nie
                                                    zrbziłem - to tak krenci w bełku (brzuchu). Ale zawdy se wtanczas myśle , co to
                                                    je powód by by eszcze raz tamój być i to jest cel nastampnej wyprawy i w tam je
                                                    urok i nadzieja na przyszły rok. A jo sia ciesze , że kiedajś wrócim do tego
                                                    kóntka.
                                                  • rita100 Re:W Działdowie - to je fejn 10.12.06, 17:13
                                                    Przydzielił mi lekcje biologii i geografii w szkole. Gnębiliśmy się wzajemnie z
                                                    powodu reżimu sanacyjnego. Największą męką dla nauczycieli były ciągłe
                                                    wizytacje w tym czasie.
                                                    Po reorganizacji inspektoratu w roku 1933/34 mieliśmy gwałt wizytacji. Głównym
                                                    inspektorem był pan K., nazwany 'małą wechą', bo był dokuczliwy jak 'wecha'.
                                                    Otaczał się fałszywimi - podobnie jak on sam - 'strzelcami' spod znaku
                                                    Piłsudskiego.
                                                    Otóż ta 'mała wecha' uwzieła się na Małłków. Prawdę powiedziawszy to aż troje
                                                    Małłków uczyło naraz w działdowskiej szkole: moja żona, ja i mój najmłodszy
                                                    brat Robert. Złosliwie nazywano naszą szkołę, szkołą Małłków, no i za nich
                                                    własnie się zabrano.
                                                    Zjeźdzali się wizytorzy, przyjechał nawet sam naczelnik kuratorum Glinicki.
                                                    Byłem tak przygotowany, że ciężko cokolwiek zarzucać.
                                                    Przy kieliszku Dzięciół odkrył mi całą tajemnicę częstych wizytacji.
                                                    Powiedział, ze stale uważal, iż tu o jego skórę chodzi, bo jako endek jest
                                                    niemile widziany w kierownictwie. Tymczasem przekonał się, iż chodziło o skórę
                                                    Małłków. Naczelnik miał mu rzec, ze Małłków okreslano jako działaczy
                                                    niemieckich.
                                                    - A ja ci chcę dobrze poradzić, Karolu ! Posłuchaj mnie ! Przejdź jak
                                                    najpredzej na katolicyzm, a zobaczysz, ze was nikt o niemieckość nie bedzie
                                                    podejrzewał. Ty musisz zrozumieć myslenie Polaka-katolika ! Katolik nie uznaje
                                                    niekatolika za Polaka i tyle ! - wyrżnął mi na zakończenie Dzięciół.
                                                    - W imię ojców ! Aż tak się mam cofnąć, Józek, przecież ja i tak do koscioła
                                                    nie chodzę ....
                                                    - Toteż wej chadzaj, ale do katolickiego, to bedzie dobrze ! - odrzekł i
                                                    wychyliliśmy ostatnią gorzałkę.
                                                    Odprowadziłem go do domu , bo tak się skuł, ale com się od niego dowiedział,
                                                    tom dowiedział.
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re:W Działdowie - to je cikawe 11.12.06, 21:16
                                                    "Niezadługo znowu wizytacja, tym razem inspektor w wizytatorem Godecki wpadł
                                                    znienacka i dalej na nowo do Małłków.
                                                    Ach, jak oni mnie obserwowali! Zazdrościli mi bebecha, czy co ? A może za
                                                    dobrze spełniałem swoje obowiązki szkolne ?
                                                    Po kilku dniach wyjechali.
                                                    Rychło potem zaproponowali mojej żonie przeniesienie do Lidzbarka. Żona nie
                                                    zgodziła się. Potem jeszcze raz. Ona znów nie. Ba, ale żonie od tych kłopotów
                                                    zdrowie zaczęło szwankować. Inspektor K. tak kręcił , tak cudował, odsyłał ja
                                                    od komisji do komisji, aż wreszcie uznano ją za stale niezdolną do pracy
                                                    nauczycielskiej za 90zł emerytury. Mnie i mojemu bratu jakoś narazie dano
                                                    spokój. Ba, ale Wilamowski, Kosciński, Longwicz, Zakrzewski, siedzieli w domu
                                                    na pośmiewisko ludzkie i nie mogli otrzymać posady, a akcja niemiecka z nich
                                                    sie nabijała i szydziła."
                                                  • rita100 Re:W Działdowie - to je cikawe 11.12.06, 21:18
                                                    Jest taki ciekawy urywek opowiedziany przez Małłka, przytocze, bo książkę
                                                    nigdzie nie dostaniecie, a ciekawy.
                                                    Pewnego wieczoru zaszedł do nas Wojciech Boruta, nauczyciel z Gralewa i
                                                    zakomunikował, ze otrzymał posadę nauczyciela.
                                                    Boruta był synem starego kolejarza z Działdowa, polskiego działacza
                                                    plebiscytowego na Mazurach.
                                                    Pewnej nocy, chyba w 1933 roku, wydarzył się bardzo znamienny wypadek. Pełniący
                                                    nocną służbę funkcjonariusz Polskiej Straży Granicznej zatrzymał motor jadący z
                                                    Gralewa. Zatrzymał go, poprosił o papiery i jak się okazało , jechał to Maga
                                                    Leopold, ktory wracał z Gralewa od Wojciecha Boruty kolegi i przyjaciela.
                                                    Strażnik to zanotował. Ta wiadomość trafiła do inspektora szkolnego, a
                                                    następnie zarządzono tajne dochodzenie. Jeden ze szpicli udał się do Wojtka
                                                    Boruty 'niby na gościnę', jako do dawnego kolegi.
                                                    Boruta przyjął go , jak się godzi. Pani gospodyni p. Berger, u ktorego mieszkał
                                                    Wojciech Boruta przyniosła dzbanek dobrej kawy. Stawiając go na stole podłożyła
                                                    podeń zapisaną kartkę zeszytową, by chronić obrus przed ewentualnym
                                                    poplamieniem. Postawiła jeszcze dobre ciasto.
                                                    W pewnej chwili pan Wojtek zszedł po papierosy, a szanowny gość zauważył na
                                                    owej kartce pismo niemieckie - jak się domyślił, niemieckie dyktando szkolne -
                                                    z podpisem nauczyciela - B. i z predyktatem 'gut' - dobrze, szybko wyciągną ja
                                                    spod dzbanka i schował za pazuchę. Był pewien, ze nakrył utajonego działacza
                                                    niemieckiego "przyjaciela Magi", a więc gorliwca akcji niemieckiej. I tak gość
                                                    sie pożegnał i odprowadzony jeszcze przez Borute poszedł zadowolony w swoją
                                                    stronę.
                                                    cdn
                                                    (bardzo to ciekawe)
                                                    Nazajutrz zapisana kartka dostała się.... ?
                                                  • rita100 Re:W Działdowie - to je cikawe 12.12.06, 21:09
                                                    Nazajutrz zapisana kartka dostała się w ręce pana inspektora, który stwierdził,
                                                    ze jest to niemieckie dyktando z gramatyki z roku 1931 z podpisem B. i z
                                                    wystawionym stopniem 'dobrze'.
                                                    Dowód rzeczowy bez precedensu ! Wojtek Boruta, nauczyciel polski w Gralewie,
                                                    prowadzi tajne nauczanie języka niemieckiego i tyle. Wojtek Boruta został
                                                    zwolniony z pracy.
                                                    Srodze zmartwiony Boruta nie wiedział z jakich powodów został zwolniony.
                                                    Takich kartek, ba , całe stosy niemieckich zeszytów szkolnych: z ćwiczeniami z
                                                    kaligrafii, z dyktandami pani Bergerowa miała pełen strych. Bergerowie u
                                                    ktorych mieszkał Boruta mieli bowiem syna, nauczyciela w Białej Piskiej w
                                                    Niemczech, ktory przyjeżdzając w odwiedziny do rodziców w Polsce, przywoził ze
                                                    sobą najlepsze zeszyty uczniów, a pani Bergerowa zużywała je jako rozpałkę albo
                                                    jak w tym przypadku pod dzbanek z kawą.
                                                    Dopiero dzięki fachowej ekspertyzie rozszyfrowano tę intrygę, którą uknuła
                                                    akcja niemiecka posługując się Magą, aby zaszkodzić Mazurowi Borucie.
                                                    Wojciech Boruta opuścił Działdowo udając się do Gdyni i tam został wyższym
                                                    urzędnikiem państwowy.
                                                  • rita100 Re:Moi mnili - co woma to przypomina ? 13.12.06, 20:07
                                                    W jakich czasach my teraz żyjemy ?

                                                    "Działy sie też sprawy innego rodzaju. Starosta cofał Mazurom koncesje na
                                                    prowadzenie wyszynków i rozdawał swoim ludziom. Odebrano też koncesję na
                                                    prowadzenie hurtowni tytoniu w Dzaiłdowie Janowi Jaegertakowi-Jagiełce,
                                                    działaczowi polskiemu, ktory ledwie zdążył zbiec przed zbirami niemieckimi do
                                                    Polski.
                                                    A działo sie to pod rządami osławionego pana starosty dra Adama Twardowskiego.
                                                    Twardowski robił wszystko to, czego nie powienien. Według opinii jego
                                                    urzędników nienawidził autochtonow Polaków, to znaczy tych Mazurów, którzy
                                                    opowiadali się za polskim narodem. Szkodził im, gdzie tylko mógł. 27000 tysięcy
                                                    zapomogi finansowej dla ludności mazurskiej zużył on na prywatne zabawy. A
                                                    lubił się bawić, ze hej, zwłaszcza z babami.
                                                    Olbrzymie puszczał pieniądze, nic tez dziwnego, ze przez pierwszy rok
                                                    urzędowania zadłużył powiat. Jedni przebąkiwali, ze przepuścił pół miliona,
                                                    drudzy , ze milion, a jeszcze inni , ze półtora miliona.
                                                    Działo sie to pod okiem Kirtiklisa, wojewody pomorskiego.
                                                    Wreszczie dobrano mu sie do skóry. Na skutek tego Twardowskiego umieszczono w
                                                    wiezieniu gdzieś , aż pod Krakowem. Doszło do rozprawy sądowej, wyrok 5 lat
                                                    więzienia z ktorego to, z powodów zdrowotnych uzyskał urlop, wyjechał do
                                                    Francji do polskiej słuzby dyplomatycznej.

                                                    hehehehehehehe....i hehehehehe fejn to. Gdyby Małłek żył, to by się już dzisiaj
                                                    tak nie dziwił, a to Polska właśnie.
                                                  • tralala33 Re:Moi mnili - co woma to przypomina ? 13.12.06, 20:49
                                                    Adyć ratujta mnie moi mnili, nie myślita chyba co tyn poseł tero wyciójgnie do
                                                    służby dyplomatycznej!
                                                  • rita100 Re:Moi mnili - co woma to przypomina ? 13.12.06, 21:36
                                                    Tak sia działo i przed wojną i dzieje się po wojnie - nic nowego smile
                                                  • rita100 Re: Działdowszczyzna 14.12.06, 20:08
                                                    Obłudni, obłudnik ten Twardowski był. Kiedy po roku 1933 zaczął sie szerzyć
                                                    hytleryzm Twardowski niby to robiąc dla Mazurów zarejestrował ruch. Świadczy o
                                                    tym jego sylwetka przedstawiona dobitnie w książce Żuławskiego "Refleksje", a
                                                    także opinia Jana Majkowskiego urzędnika odpowiadającego wtenczas za finanse.
                                                    Hitleryzm zaczął rozpościerać swoje skrzydła.
                                                    Poczęli bić w starego Ernesta Barczewskiego ( nie mylić z Walentym Barczewskim
                                                    tego od Kiermasów warmińskich), który musiał odejśc w stan spoczynku. Na jego
                                                    miejsce przyszedł jakiś hitlerowski naganiacz, zgermanizowany Ślazak - Wallach.
                                                    Teraz wszystko sprzyjało hitleryzmowi.
                                                    Śmiałków księży, którzy byli temu przeciwni, Hitler kazał wtrącać do kazamatów
                                                    więziennych.
                                                    Nie wolno było po polsku ani śpiewać, ani modlić się, ani rozmawiać.
                                                    Za polską mowę najsamprzód bito w gębę, a zaraz potem pakowano do lochów
                                                    więziennych, obozów zagład albo prosto do piasku.
                                                    Nastroje prohitlerowskie na Działdowszczyźnie spotęgował pakt o nieagresji
                                                    między Polska a Niemcami, zawarty przez Becka w styczniu 1934r.
                                                  • rita100 Re: Działdowszczyzna 15.12.06, 20:29
                                                    Zastraszająca sytuacja wytworzyła sie na Mazurach.
                                                    Małżeństwo Regina i Wilhelm Byczkowscy zorganizowali we wsi Klon polską szkołe
                                                    prywatną, do ktorej uczęszczało dwadzieścioro dzieci. Byczkowska była
                                                    nauczycielem , a 'stary Michał', czyli Michał Kajka (poeta mazurski)
                                                    zaopatrywał ową szkołę w dostępne podreczniki i ksiażki polskie, a więc w
                                                    kalendarze dla Mazurów, kancjonały, pieśni , opowieści.
                                                    Drogę z Ogródka, spod Ełku, aż do Klonu pod Szczytnem odbywał rowerem. Nie było
                                                    to łatwe, ponieważ obok ładunku wymienionej literatury taszczył także
                                                    wyposażenie murarskie, udająć , ze jedzie pomóc w budowie do swego kolegi
                                                    Fahrmanna.
                                                    Gdy sie dowiedział inspektor szkolny Byczkowskich kazał uwięzić. Tak ich
                                                    maltretowano, aż pomarli."

                                                    --
                                                    Łobaczcie to momy wspomnienia ło Kajce i tragizm życia Byczkowskich. Je ulica
                                                    Byczkowskich w Olsztynie ?
                                                  • rita100 Re: Związek Polaków w Niemczech 18.12.06, 19:58
                                                    Wszyscy zastanawialiśmy się w roku 1933 dlaczego Hitler nie przystąpił do
                                                    likwidacji Związku Polaków w Niemczech. Przecież to była największa polska
                                                    organizacja, działająca na terenie całej Rzeszy Niemieckiej.
                                                    Dopiero rok 1934 przyniósł nam odpowiedź na to pytanie. Została zawarta polsko-
                                                    niemiecka umowa o nieagresji, przy czym Niemcy zastrzegały sobie na zasadzie
                                                    wzajemności prawo do utrzymania organizacji niemieckich po stronie polskiej.
                                                    Pierwotna nazwa Związku Polaków w Niemczech brzmiała Związek Polakow w Prusach
                                                    Wschodnich. Organizacja ta powstała w październiku 1920 roku, a więc wkrótce po
                                                    niedawnym plebiscycie.
                                                    Założycielami Związku byli: Wacław Osiński, ks. Walenty Barczewski (łod
                                                    Kiermasów na Warmii), ks.Demski, Kazimierz Donimirski, Stanisław Górski,
                                                    Tadeusz Odrwoski, hr.Helena Sierakowska, Wiktor Schulz, Librecht, Franciszek
                                                    Kwas, Klein, Domański, Michał Lengowski (poeta), Seweryn Pieniężny (założyciel
                                                    GO), Jan Brzeszczyński, Brunon Gabrylewicz, Franciszek Barcz i Jan Baczewski -
                                                    poseł polski do Reichstagu.
                                                    Pod względem organizacyjnym Związek był podzielony na dzielnice: pierwsza -
                                                    Gorny Ślask, druga - Berlin,Niemcy środkowe i Pogranicze, trzecia - Westfalia i
                                                    Nadrenia, czwarta - Prusy Wschodnie.
                                                    Siedzibą Głównego Zarzadu był Berlin.
                                                  • rita100 Re: Związek Polaków w Niemczech 19.12.06, 20:15
                                                    Związek Polaków w Niemczech prowadził akcje propagandową przy pomocy własnej
                                                    prasy. Dysponował następującymi pismami: "Dziennik Berliński", "Nowiny
                                                    Śląskie", "Gazeta Olsztyńska" i "Mazur".
                                                    Dziennik Berliński redagował Edmund Osmańczyk, Nowiny Ślaskie - Tabernacki,
                                                    Gazetę Olsztyńską i Mazura Seweryn Pieniężny i Wacław Jankowski, zaś "Małego
                                                    Polaka" Jan Boenigk.
                                                    Najmniejszą poczytalnością z pism polskich cieszył się "Mazur", wychodzący w
                                                    Szczytnie.
                                                    Jedną ze zdobyczy na skutek pertraktacji z samym Hitlerem zarządu Zwiazku
                                                    Polaków w Niemczech było uzyskanie gmachu Opery Berlińskiej na Pierwszy Kongres
                                                    Polaków w Niemczech 5-6 marca 1938r. gdzie na zakończenie obrad odśpiewano hymn
                                                    Polaków w Niemczech , do którego słowa napisał Edmund Osmańczyk, a melodię
                                                    ułozyła pani Kaczmarkowa.
                                                    a oto te słowa:
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re: Związek Polaków w Niemczech 19.12.06, 20:16
                                                    hymn Polaków w Niemczech

                                                    Nam Bóg powierzył ojców ziemię,
                                                    Oraną sochą, zroszoną krwią.
                                                    Dał znak rodowy - Wisłę Rodzicę,
                                                    Co karmi łany krynicą swą.
                                                    Dziejowe chwały postawił gontynę,
                                                    U Wisły źródeł - Wawelski Gród,
                                                    Rodło niech łączy nas w odważną drużynę,
                                                    Polski my naród, polski my lud.

                                                    Pruskie jeziora, śląskie kopalnie,
                                                    Złotowskie łany, Westfalii świat,
                                                    Wszystkich nas łączy nierozerwalnie
                                                    Matczyne znamię, rodzony brat.
                                                    Więzią serdeczną splećmy rodzinę,
                                                    Hartujmy dusze na znój na trud,
                                                    Rodło niech łączy nas w odważną drużynę,
                                                    Polski my naród, polski my lud.
                                                  • rita100 Re: Związek Polaków w Niemczech 20.12.06, 21:53
                                                    Związek Polaków w Niemczech nie był niestety organizacją spoistą wewnętrznie.
                                                    Wrzały silne antagonizmy dzielnicowe i klasowe. Złotowiacy nie lubili
                                                    Westfalczyków, a Westfalczycy - Warmiaków i tak w kółko.
                                                    Awangardą rządzącą byli Westfalczycy. Tam nie lubiano Warmiaków, a najbardziej
                                                    Mazurów, dlatego też polska robota na Mazurach nie mogła mieć powodzenia. Wraz
                                                    z wybuchem wojny ośrodki polskie w Niemczech zlikwidowano. Majątek ich uległ
                                                    konfiskacie, a czołowych działaczy osadzono w obozach koncentracyjnych.
                                                  • rita100 Re:Wycieczki nauczycielskie 27.12.06, 20:43
                                                    Pewnego lipcowego dnia 1934 roku sześćdziesiąt kilka osób - nauczycieli,
                                                    wybrało się dwoma samochodami ciężarowymi do Nidzicy. Wycieczką kiertował
                                                    dyrektor Józef Biedrawa.
                                                    Na granicy w Małym Kozłowie celnicy życzyli przyjemnego pobytu na 'niemieckiej
                                                    ziemi'.
                                                    Na Ratuszu przyjął nas burmistrz Nidzicy Wagner, który przywitał nas slowami:
                                                    ziemia germańska wita gości z Polski i zyczy im przyjemnego pobytu. Po
                                                    zakończeniu oficjalnej mowy krzyknął:
                                                    - Ein dreifach Sieg ! Heil!
                                                    A potem:
                                                    - Ein dreifach Sieg Piłsudski! Heil!
                                                    Niemcy ryczeli, a mjy Polacy siedzieliśmy w ławkach jak nieme stworzenia,
                                                    udając Greków.
                                                    Wagner przedstawił nam trzech ludzi, którzy mają nam towarzyszyć. Byli to
                                                    panowie: Grzana - emerytowany nauczyciel pochodzący z Piszu, Lankau - radca
                                                    sądowy i Mazur z urodzenia oraz Głowała - urzędnik pochodzący z Górnego Ślaska.
                                                    Wszyscy trzej znali język polski.

                                                    Poprowadzą nas, wiernych czytelników wspomnień Małłka według ustalonej
                                                    marszruty.
                                                    hehe, tan Głowała buł fejn, bo jek Małłek zbaczał z drogi to Głowała tlo
                                                    ryczoł: 'kajś tam wlazł, pieronie'
                                                    smile
                                                  • rita100 Re:Wycieczki nauczycielskie 28.12.06, 22:21
                                                    Najpierw zwiedzali szkołę powszechną w Nidzicy pod nazwą "Adolf Hitler-Schule".
                                                    Kierownikiem tej szkoły był zgermanizowany Litwin Dewischeit, potomek
                                                    nauczyciela . który w Olsztynku napisał pieśń mazurską: "Wild fluhtet der See".

                                                    pieśń mazurska, ciekawe czy jest przetłumaczona ?

                                                    Na jedym z korytarzy stał fortepian. Siadłem do niego i zagrałem kilka
                                                    mazurskich pieśni ludowych. Po mnie chciał się popisać Głowała (Ślójzak). Z
                                                    miejsca uderzył pełnymi rękami pieśń: "Boże, coś Polskę".
                                                    - Skąd ja znacie ? - zapytałwem go gdy skończył.
                                                    - Z Górnego Ślaska, z domu ! - odrzekł
                                                    No i teraaz Glowała musiał z nami gadać po śląsku, my po mazursku. Okazało
                                                    sie , ze wszycy się rozumieliśmy.
                                                    Lody zostały przełamane, a dalej poszliśmy je łamać do restauracji Helmuta
                                                    Żurawskiego na obiad, a tam flaki walca grały, ło czam w następnym wpsisie
                                                    napsisze. smile
                                                  • rita100 Re:Wycieczki nauczycielskie 03.01.07, 20:54
                                                    "W restauracji, czyli tzw. schlosshotelu, witał nas osobiście właściciel Helmut
                                                    Żórawski, porządny czlowiek. Poprosił nas do dużej sali i po koniaczku, potem
                                                    po drugim, potem po trzecim. Wreszcie Guten Appetit !, Smacznego ! i zabraliśmy
                                                    sie do żarcia, bo flaki walca grały. Potem jeszcze donieśli kilka butelek
                                                    czystej i wtedy nasz muzyk Arno Kant, siadł przy pianinie i dalej za szlagiery.
                                                    Później przeszedł na mazurskie piosenki ludowe, a myśmy mu wtórowali na głosy.
                                                    Niemcy bili nam brawo i następnie zaczęli swoje.
                                                    Potem rozpoczęły sie popisy solowe. Ja zaśpiewałem mazurską pieśń ludową, trochę
                                                    erotyczną, " O Emilce". Za mną Grzana zaczął się popisywać piosenką " Konik
                                                    zmokł i jam zmokł, i uzdecka zmokła, wołałem, pukałem kole twego okna".
                                                    Od tej chwili w sali brzmiał tylko język polski. Zapanowała bardzo przyjemna
                                                    atmosfera. Nie próbowano już gloryfikować Hitlera ani Piłsudskiego.
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re:Wycieczki nauczycielskie 03.01.07, 20:55
                                                    Jek myślita nojdziem takie psiosenecki mazurskie jek:
                                                    1 ."O Emilce"
                                                    2. " Konik zmokł i jam zmokł, i uzdecka zmokła, wołałem, pukałem kole twego okna".
                                                    No zidzita jek psioseneczki łączą ludzi. Jek cias psianknie płynół w restauracji
                                                    na byłym niemieckim terenie. Ło wszystkam zabanczyli. I ło Hitlerze tyż, bo
                                                    folklor buł na szczycie.
                                                  • rita100 Re:Druga wycieczka 04.01.07, 20:21
                                                    "Druga wycieczka nauczycielska odbyła sie w lecie następnego roku. Tym razem ja
                                                    w imieniu Zarządu Powiatowego ZNP wystosowałem pismo do niemieckiego
                                                    Lehrerverbandu z prośbą o opiekę.
                                                    I znów pewnego lipcowego dnia ruszyliśmy dwoma samochodami ciężarowymi z
                                                    Działdowa w kierunku Uzdowo - Dąbrówno. Przed szlabanem granicznym czekały na
                                                    nas dwa samochody osobowe Lehrervergandu i aż z Krolewca. Zostaliśmy przywitani
                                                    w imieniu niemieckiej administracji powiatu.
                                                    - Jedziemy na pole grunwaldzkie, potem na olsztyńskie. Zwiedzimy Olsztynek, a
                                                    później Dąbrówno. Obiad zjemy w Dietrichshotelu w Dąbrównie, i pana Bohnkego
                                                    (mój dobry znajomy)
                                                    Przyjechaliśmy na pole Jagiełły. Nie chcieli bestie skręcić pod kamień w lasku.
                                                    I znowu zaczęły się jarmarczne targi. Wreszcie pojechaliśmy wszyscy pod górkę,
                                                    gdzie nasi historycy zrobili wykład Niemcom.
                                                    Niemcy grzecznie słuchali. Ja opowiedziałem na dodatek kilka baśni grunwaldzkich.
                                                    Wywiązała się później dyskusja z Niemcami, w której okazało się, ze zespół
                                                    niemiecki nie ma tak dokładnych wiadomości historycznych o przebiegu bitwy.
                                                    Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjecie przy kamieniu Jagiełły i ruszyliśmy w stronę
                                                    Olsztynka.
                                                    - Vorwarts Marsch ! - po niemiecku dostaliśmy komendę i ruszyliśmy prosto na
                                                    Hindenburgdenkmal.

                                                    ---
                                                    Świetnie to Małłek opisuje.
                                                    Dokładny opis Tannenbergu zamieszcze w innym kóntku.
                                                  • rita100 Re:wieś Leszcz 29.01.07, 21:07
                                                    "Wreszcie dotarliśmy do Dąbrówna. Tam w restauracji "Dietrichshotel" zjedliśmy
                                                    obiad podlewany gorzałeczką.
                                                    Podczas obiadu zaczęli złazić sie ludzie. Przysiadł do nas sołtys ze wsi Leszcz
                                                    spod Dabrówna.
                                                    Leszcz to ta słynna historyczna wieś, z której pochodził Jan Bażyński,
                                                    przewodniczący delegacji Związku Pruskiego, który w lutym 1454 r rozpoczął
                                                    trzynastoletnią wojnę powstańczą z Zakonem Krzyżackim. Bażyński również
                                                    prowadził uroczyste poselstwo tego związku do Krakowa, do króla Kazimierza
                                                    Jagiellończyka, który listem żelaznym wcielił Prusy Wschodnie do Polski i
                                                    uczynił Błażyńskiego wojewodą pruskim.

                                                    w Leszczu również urodził się Jerzy Wasiański, twórca polskiego kancjonału na
                                                    Mazurach w 1741 roku.
                                                    Sołtys leszczyński znał te fakty
                                                  • rita100 Re:wieś Leszcz 29.01.07, 21:14
                                                    Potem przysiadł się do mnie Burdyński, listonosz z Dąbrówna, od którego
                                                    dowiedziałem się, że zna moją mateczkę, bo chodził z nią w Sarnowie do szkoły.
                                                    W przypływie szczerości wyznał mi, że musi dziś taką brudną robotę robić.
                                                    - Jaką ? - pociągnąłem go za jezyk.
                                                    Wyciągnął zza pazuchy małą legitymację, która upoważniała go do badania
                                                    nabożeństw polskich w kościołach. Słowem - zawodowy szpicel Gestapo.
                                                    - No, chodzę na te nabożeństwa, ale zawsze melduję władzom, ze "Alles in
                                                    Ordung". No, bo co ja mam gadać ? Przecież w kosciele tlo o Bogu jest gadka, a
                                                    nie o Hitlerze - tłumaczy.
                                                  • rita100 Re:wieś Leszcz 29.01.07, 21:14
                                                    Ledwieśmy tę gadkę skończyli a tu inni goście się zaczeli schodzić wołając:
                                                    - Czy tu jest może pan Karol Małłek ?
                                                    - Ajw jestem !
                                                    - A toś ty pewnie , psiorunie, jest tym leiterem wycieczki. Toś ty jest ten
                                                    Karol, ten król Mazur !
                                                    - Panie ober ! Dajcie nam tu jedną lagę sznapsa i psiwa - zawołałem
                                                    Nasz gość podochocony rozpoczął śpiewać po swojemu:

                                                    "W Inowrocławiu na ratuszu ,
                                                    stoi Bismarck w kapeluszu...."

                                                    Śpiewał tak przeraźliwie, że oficerowie niemieccy, którzy przy drugim stole
                                                    spożywali obiad, zwrócili mu uwarę.
                                                    A on im na to:
                                                    - Was pier.....
                                                    - Was ? Was ? - krzyknęli tamci.
                                                    Zanosiło się na ekces, aleśmy udobruchali towarzystwo.

                                                    Za naszym przykładem na Mazury Pruskie podążyli i inni ludzie jak Melchior
                                                    Wańkowicz.
                                                  • rita100 Re:Na stołecznej scenie 30.01.07, 21:51

                                                    Dnia 12 kwietnia 1935 roku otrzymałem zaproszenie na widowisko ludowe w
                                                    Warszawie , które miało się odbyć 1-3 maja. Abym przyjechał z zespołem
                                                    mazurskiego teatru ludowego.
                                                    No i zabraliśmy się do roboty. Opracowałem program, na który składały się dwa
                                                    obrazki rodzajowe, tańce mazurskie 'żabka' i 'okrąglak' oraz kilka weselnych pieśni.
                                                    Ćwiczenia odbywały się w jednej z sal Muzeum Mazurskiego w Działdowie.
                                                    Rano 1 maja pojechaliśmy do Warszawy. Bezpośrednio z Dworca Gdańskiego zabrano
                                                    nas na ul Karową 18, gdzie właśnie mieścił się teatr "Wielka Rewia". No i zaraz
                                                    na scenę.
                                                  • rita100 Re:Na stołecznej scenie 30.01.07, 21:51
                                                    Nasz mazurski zespół stanowili ludzie ze wsi, prymitywni, lecz z dobrym
                                                    dialektem mazurskim, a o to podobno chodziło najbardziej. Ci ludzie nigdy nie
                                                    byli w żadnym mieście i nigdy nie występowali na scenie. Natomiast zespół
                                                    kaszubski liczący sześćdziesiąt osób był zgraną grupą inteligenckiej młodzieży,
                                                    ktory już od półrocza przygotowywał sztukę "Wesele kaszubskie".
                                                    Okazało się, że organizatorem imprezy był Zarząd Stołeczny PZZ Warszawa, a
                                                    kierownikiem artystycznym całosci - ówczesny 'wujaszek' z Polskiego Radia,
                                                    Henryk Ładosz.
                                                    Na pierwszy ogień poszedł zespół kaszubski. Wypadli dobrze. Po nim ukazał sie na
                                                    scenie trzyosobowy zespół mazurski - jedna panna i dwaj chłopcy w wiku
                                                    młodzieńczym. I co sie okazało ? Zespół mój nie mógł się zgrać z nowym zespołem
                                                    orkiestrowym. Gdyby nie ten zespół, moze by jakoś poszło, a tak wstydliwość
                                                    wiejska wzieła górę i nijak im nie szło.
                                                    Kiedy odbyło się przedstawienie dzieci szkolnych po południu było lepiej.
                                                    Dzieciom podobał się występ , szczegolnie 'żabka', a także obrazek rodzajowy pt.
                                                    "U sekretarza ziemskiego'.
                                                    --

                                                    Znasz Tralala ten obrazeczek rodzajowy "U sekretarza ziemskiego " ?
                                                  • rita100 Re:Na stołecznej scenie 31.01.07, 20:38
                                                    Wieczorem o godz. 19.00 odbyło się drugie przedstawienie dla dorosłych.
                                                    Postanowiliśmy zrezygnować z udziału zespołu instrumentalnego. Wypadło lepiej.
                                                    Szóste przedstawienie , ktore odbyło się 3 maja wieczorem było przeznaczone dla
                                                    "śmietanki warszawskiej".
                                                    Kto na nim był, tego nie wiem, bo razem z Henrykiem Ładoszem zalewałem się
                                                    wstydem i koniakiem za kulisami.
                                                    Po programie mazurskim, w czasie przerwy przed występem zespołu kaszubskiego,
                                                    przyszedł do nas za kulisy Melchior Wańkowicz.
                                                    Wciągnął mnie w długą rozmowę na tematy mazurskie. Obgadaliśmy całe Prusy
                                                    Wschodnie od granicy do granicy. Pogadaliśmy, podjedli, porządnie popili i o
                                                    wyznaczonym czasie pożegnaliśmy się. Ustaliliśmy , że Wańkowicz po powrocie z
                                                    planowanej wyprawy na Mazury przyjedzie do mnie na konsultację."

                                                    --
                                                    Ha, to już wiemy jakie związki były między Małłkiem a Wańkowiczem. Znali się ,
                                                    rozmawiali, pili razem - to znak dobrej współpracy między tymi panami. Chyba się
                                                    rozumieli doskonale. Jak to miło jest łączyć fakty , a nie mieć tylko suche
                                                    wiadomości.
                                                    Małłek i Wańkowicz - no kto by sie tego spodziewał ?
                                                  • tralala33 Re:Na stołecznej scenie 31.01.07, 22:21
                                                    Dzięki takim wspomnieniom książkowe dla nas postaci nabierają życia, jakbyśmy
                                                    tam sami stali za kulisami z glaską gorzałeczki. A o 'sekretarzu ziemskim' nie
                                                    słyszałam. Teraz jednak nastawię ucha, to może gdzieś na niego trafimy.
                                                  • rita100 Re:Na stołecznej scenie 01.02.07, 22:42
                                                    łoj tak, jek sia cyto Małłka to tak jebysmy pospołu z nim byli i psili i
                                                    śpsiewali i tańcyli. Psisze tak bezpośrednio jekby to no sobzie psisał. Bez co
                                                    cyta sia fejn.
                                                  • rita100 Re: Idziemy do walki 02.02.07, 20:53
                                                    Idziemy do walki
                                                    Jak już wielokrotnie podkreślałem, po roku 1933 wytworzyła sie w
                                                    Działdowszczyźnie sytuacja niemożliwa do zniesienia. Akcja niemiecka biła
                                                    biednych Mazurów polskich z jednej strony, a sanacyjni władcy działdowscy z drugiej.
                                                    Niepodobieństwem było sprzymierzyć się z endecją lub sanacją, bo klerykalny
                                                    program endecji i faszystowski sanacji, oba przesiąknięte nienawiscią do mas
                                                    ludowych, odstraszały lud mazurski.
                                                    Najlepszym wyjściem było zorganizowanie jakiegoś związku Mazurów. Cóż, kiedy
                                                    endecja i sanacja wszystkim organizacjom mazurskim chętnie przypinały kokardę
                                                    separatyzmu, a nikt z działaczy Mazurów nie chciał narazić się na miano
                                                    separatysty i trafić do Berezy Kartuskiej, gdzie sanacja otworzyła 17.II.1934
                                                    roku obóz koncentracyjny.
                                                  • rita100 Re: Idziemy do walki 02.02.07, 20:54
                                                    Aż wreszcie jesienią 1935 roku była sposobna chwila, korzystna dla Mazurów,
                                                    mianowicie zmiana na stanowisku starosty. Do Działdowa przybył nowo mianowany na
                                                    to stanowisko Władysław Horwath, człowiek niepospolitej uczciwości, który stał
                                                    się mężem opatrznościowym dla Działdowszczyzny jako mądry polityk oraz dobry
                                                    gospodarz i administrator.
                                                    Okolicznością sprzyjającą było również uczulenie opini publicznej w całej Polsce
                                                    na sprawy Mazur Pruskich, wywołane cyklem gawęd radiowych Melchiora Wańkowicza.
                                                    Zwróciliśmy się więc do Horwatha z naszym projektem utworzenia Związku Mazurów.
                                                    Ostatecznie grupa działaczy Mazurów zdecydowała sie pójść do ataku i opracowała
                                                    statut przyszłego Związku.
                                                    Następnie przystąpiono do wyboru władz Związku Mazurów. Zostałem wybrany
                                                    jednogłośnie prezesem Związku Mazurów. Na sekretarza wybrano również
                                                    jednogłośnie Gustawa Leydinga. Do zarządu weszli również: Adolf Urbanek z Kisin,
                                                    Jan Buechler z Klęczkowa. Weszli również dr. Kurt Obitz, Robert Małłek i
                                                    Eugieniusz Piecha.

                                                    (tu zamieszone jest też przemówienie Małłka)

                                                    Gdy zamykałem nasze pierwsze zebranie organizacyjne Związku Mazurów, miałem
                                                    uczucie współtworzenia nowego rozdziału w historii tej ziemi.
                                                    Karol Małłek
                                                  • and26 Re:W Działdowie 24.02.07, 16:55
                                                    a ja poprzedniej zimy zrobilem zdjecia tej szkoly, bylem jej uczniem 18 lat
                                                    temu, tylko nie potrafie ich tu wkleic.............. o Malku pierwszy raz
                                                    dowiedzialem sie od swojego dziadka - nauczyciela, rocznik 1910, skonczyl PSN w
                                                    Lubawie o ile dobrze pamietam, szkoda, ze nie dowiedzialem sie wiecej, ale
                                                    majac 11-13 lat nie bylem zbytnio zainteresowany, a jak wczoraj znalazlem Wasz
                                                    watek to nie moge sobie odpuscic i czytam caly dzien naprawde ciekawe,
                                                    zastanawiam sie ile osob obecnych w Dzialdowie to czyta, mnie troche wyrzucilo
                                                    w "swiat" NYC, ale bardzo chce przy najblizszej mozliwosci odwiedzic Brodowo i
                                                    okolice, przepraszam za moje wtracanie, czekam na kolejne odcinki
                                                  • rita100 Re:W Działdowie 24.02.07, 20:48
                                                    Witaj And
                                                    Też zaskoczona jestem , bo spadłeś jak z nieba i skąd ?
                                                    w "swiat" NYC ? gdzie to jest ?
                                                    Też jestem pod wrażeniem tej ksiązki, wprawdzie przeczytałam , ale są jeszcze
                                                    inne jej części i na pewno też bardzo ciekawe. Małłek wspaniale opisuje
                                                    Działdowczyzne, bardzo historycznie ciekawie i pozwala zrozumieć tamten świat.
                                                    Poniewaz , mało kto jest w posiadaniu takiej wartościowej ksiązki postanowiłam
                                                    pisać, by własnie tacy jak Ty mogli się nią zachłysnąć i przypomnieć swoje
                                                    dzieciństwo. Pomyslimy jak zrobić by zdjęcie Twoje było zamieszczone.
                                                    Mamy album Działdowszczyzny założony przez Fedara to może tą drogą da się wkleić
                                                    Twoje zdjęcie. Ogromnie się cieszę , ze jest ktoś to czeka na dalszą część tej
                                                    sagi Małłka.
                                                    Jak tylko zdobędę czas dalej bedę klikać. Postaram się już w poniedziałek.
                                                    Dalsze dzieje są równie ciekawe.
                                                    Rozumię Cię z tym 11-12 lat tok samo zignorowałam opowieści, zignorowałam wiele
                                                    nieodwracalnych juz dziejów swojej rodziny.
                                                    No to do potam.
                                                    Dodałeś mi skrzydeł.....
                                                  • fedar Re:W Działdowie 24.02.07, 20:59
                                                    NYC - New York City? - to nieźle Cię wywiało. Witaj, And26.
                                                    Jak wspomniała wcześniej Rita, mamy "pod ręką" trochę zdjęć z Działdowa i okolic:
                                                    fotoforum.gazeta.pl/72,2,708,48841666.html
                                                    schlesien.nwgw.de/foto/thumbnails.php?album=291
                                                    Wpadaj do nas częściej.
                                                  • rita100 Re:W Działdowie 24.02.07, 21:09
                                                    Witaj Fedar - fajnie , ze jest ktoś z Działdowczyzny. Może nam opowie swoje losy.
                                                    To witamy gościa z za Wielkiego Oceanu smile
                                                    Ale mamy szczęście.
                                                    A jak jesteś, to możesz mi przypomnieć tytuły tych innych części Małłka i czy
                                                    akcja tez tam dzieje sie na Działdowszczyźnie ?
                                                    Widze jak się krzywisz, podajesz mi już trzeci raz , a ja ciągle gubię.
                                                    smile
                                                  • fedar Re:W Działdowie 24.02.07, 21:39
                                                    Po "interludium" były "Z Mazur do podziemia" i "Polskie są Mazury". Tytuł I tomu też wyleciał mi z pamięci. Tych pozostałych tomów nie czytałem, więc w tej chwili nie odpowiem, ale pogrzebię i poszukam.
                                                  • and26 Re:W Działdowie 25.02.07, 19:38
                                                    Czesc Rita !!!
                                                    Ciesze sie, ze moja osoba dodaje ci zapalu do dalszej pracy.
                                                    Ja wyslalem pare zdjec ze stycznia 2006 na FotoOlsztyn ale poki co nie ma tego,
                                                    napisali, ze czeka na akceptacje moderatora, cokolwiek to znaczy, jak sie nie
                                                    pokaze to sprobuje jeszcze raz.
                                                    Ten Ocean to nie jest taki wielki jak byl w czasach Mallka, sami wiecie pare
                                                    godzin i sie jest w Warszawie albo Berlinie, zalezy jakie ceny.... przy okazji
                                                    Berlina, trudno mi bylo uwierzyc, ze juz w latach 20 mial okolo 4 mln
                                                    mieszkancow, to byla metropolia na owczesne czasy, przebic sie tam juz wtedy na
                                                    pewno nie bylo latwo, a tu prosze dr Obitz, naprawde musial byc dobry
                                                    pare slow o mnie... Podstawowka i Liceum w Dzialdowie, pozniej Akademia
                                                    Ekonomiczna w Poznaniu, a od 8 lat US, bez wiekszego sukcesu jak narazie
                                                    przynajmniej w pracy, natomiast w zyciu osobistym ciesze sie ze wspanialej
                                                    kobiety i 2 synow - jeden ma 2 lata a drugi 6 miesiecy.
                                                    Mallek mnie ciekawi z powodu mojego dziadka, rocznik 1910, nauczyciela
                                                    przedwojna po wioskach wokol Dzialdowa, a po wojnie Liceum; porucznika Wojska
                                                    Polskiego, uczestnika Kampanii Wrzesniowej.
                                                    A Ty jestes z Warmii czy ze Slaska/Zaglebia?
                                                    OK czekam na kolejne odcinki ksiazki...

                                                  • rita100 Re:W Działdowie 25.02.07, 21:01
                                                    Dzięki Fedar, cięzko te książki zdobyć.

                                                    Wiatj And, widze , ze zaglądasz.
                                                    > Mallek mnie ciekawi z powodu mojego dziadka, rocznik 1910, nauczyciela
                                                    > przedwojna po wioskach wokol Dzialdowa, a po wojnie Liceum; porucznika Wojska
                                                    > Polskiego, uczestnika Kampanii Wrzesniowej.

                                                    Myślisz , ze oni się znali ?
                                                    Jakbyś mi podał nazwisko , to sprawdziłabym czy czasami nie jest wspomniane.
                                                    Gratuluje rodzinki i synków. Fedar ma dwie córeczki, a ja dwie dorosłe córy.
                                                    Niestety, losy mojej rodziny to wędrowanie. Grzebię teraz w genealogi i
                                                    wyobraźcie sobie , ze moja matka przebywała w obozie przesiedleńczym pod
                                                    Działdowem. Dopiero robie album rodzinny. Dziś odkryłam tą sensację.
                                                    And, jesli chodzi o mnie , to urodziłam sie w Olsztynie, rodzice zmarli szybko i
                                                    mnie wywieźli do Krakowa do rodziny i tam pozostaję do dziś.
                                                    Na Forum już siedzę 5 lat , to dużo ludzi poznaje z różnych stron.
                                                    A jak Ty trafiłeś na Forum Warnija ?
                                                  • and26 Re:W Działdowie 24.02.07, 16:38
                                                  • and26 Re:W Działdowie 24.02.07, 16:40
                                                  • rita100 Re:W Działdowie 24.02.07, 20:52
                                                    schlesien.nwgw.de/foto/thumbnails.php?album=291
                                                    To jest ten album - Brodowo
                                                    i jeszcze jeden
                                                    fotoforum.gazeta.pl/72,2,708,48841666.html
                                                    Działdowo
                                                  • rita100 Re: Idziemy do walki 26.02.07, 21:56
                                                    Stanęliśmy chyba na utworzeniu 'Zwiazku Mazurów', który został zarejestrowany w
                                                    Działdowie. W końcu stycznia w 1936 roku została zatwierdzona 'biblia mazurska'
                                                    program ratowania Mazurów. Jest tu dużo punktów, szeroki rozdział i piękne
                                                    plany. Związek działał od 22 grudnia 1935 roku do 13 grudnia 1944 roku. Do
                                                    sierpnia 39 roku była to działalnośc legalna, a od września 39 konspiracyjna.
                                                    Dziatwa ewangielicka była już zabezpieczona w polskie katechizmy, Bilblie,
                                                    śpiewniki.
                                                    Tradycyjnie urządzano "Jutrznię mazurską na Gody" , dożynki, uroczyste
                                                    zamknięcie roku szkolnego. Wszystkie te imprezy związały serdecznie lud z
                                                    polskością.
                                                    Zarząd był zmuszony wynająć dwupiętrowy dom przy ul Hallera 9. Był tam internet,
                                                    bursa,biblioteka, kuchnia , jadalnia, biuro, świetlica i mieszkania dla personelu.
                                                    Działacze Związku Mazurów zdobyli sobie autorytet i uznanie opinii publicznej,
                                                    natomiast hitlerowskiej akcji staliśmy kością w gardle. Hitlerowcy piekli się
                                                    wychodzili ze skóry.
                                                    Organizowaliśmy przykładowe zabawy ludowe w Działdowie, Uzdowie, Kisinach,
                                                    Krasnołęce, Brodowie, Filicach i Nowej Wsi. Miały wielkie powodzenie wśród ludności.
                                                    Akcja niemiecka poczuła się bardzo zagrożona, gdyż rolnicy mazurscy zaczęli
                                                    wypisywać się gromadnie z organizacji niemieckich i łączyć się ze Związkiem
                                                    Mazurów i akcją polską. Spajaliśmy ludnośc mazurską z Polską.
                                                    Zdezorganizowaliśmy , a własciwie rozbiliśmy hitlerowskie stowarzyszenie
                                                    gimnastyczne i Deutsche Vereinigung w Działdowie. Były to poważne ciosy dla
                                                    akcji niemieckiej.
                                                  • rita100 Re: Idziemy do walki 26.02.07, 21:57
                                                    Jednym z żywo zainteresowanych naszą działalnością był konsul polski z Olsztyna
                                                    Jałowiecki.
                                                    Pewnego zimowego dnia 1938 roku zjawił się u nas pan konsul z prośbą o przejecie
                                                    redakcji" Kalendarza dla Mazur" w nasze ręce.
                                                    Utworzyliśmy Komitet redakcyjny z moją osobą na czele i Herman Schmidt, Fryderyk
                                                    Burski, Gustaw Leyding, Amelia Waleś, Ernest Kosciński, Arno Kant, Robert
                                                    Małłek, Edward Małłek i dr Ostaszewski. Wydawcą "Kalendarza dla Mazur" był
                                                    Sewryn Pieniężny z Olsztyna, redaktor "Gazety Olsztyńskiej"
                                                    Dnia 29 sierpnia 1939 roku konsul Jałowiecki odebrał cały już zredagowany
                                                    materiał "Kalendarza" na rok 1940 i zawiózł autem do Olsztyna. Niestety
                                                    wszystkie te materiały dostały się w łapy hitlerowskich zbirów w wyniku rychłego
                                                    wybuchu drugiej wojny światowej.
                                                    Konsulowi nie udało się już uciec do kraju. Podobno ukrywał się aż w Norwegii,
                                                    gdzie po roku został ujęty przez hitlerowców i stracony w Działdowie.

                                                    ---
                                                    A jednak na starej pocztówce Olsztyna mogła wisieć flaga polska , jeśli tam był
                                                    taki konsul.
                                                    ---------
                                                    And jak skończe ją zamieszczać na Forum , mogę ci tą ksiązkę przysłać. Zapewniam
                                                    , ze bedzie się dobrze czytała, bo język Małłka jest taki bezpośredni.
                                                  • rita100 Re: Śmierć ojca 01.03.07, 21:04
                                                    W nawale spraw związanych z działalnością Zwiąku Mazurów zapomniałem zupełnie o
                                                    odwiedzinach rodziców w domu w Brodowie.
                                                    Podobno mój ojciec cały dzień noworoczny z kata w kąt i popłakiwał, iż synowie o
                                                    nim zapomnieli - wspominała mateczka.
                                                    - O zebraniu społecznym toście baczyli, a o rodzicach własnych, to nie ! -
                                                    zarzycała mi matka.
                                                    Było mi bardzo markotno.
                                                    Nadszedł wreszcie ze stajni ojciec.
                                                    - Przepraszam was, ojculku, żem nie byli na święto Nowego Roku u was, bom mieli
                                                    dużo odprawe społecne.
                                                    - To nic, nic - siadajta, to pogadamy
                                                    Siedliśmy sobie. Rozmawiamy.
                                                    Ale ojciec nie był wyraźny, jakiś niespokojny, to wstawał, to siadał.
                                                    - Co wam jest, ojculku ? pytam
                                                    - Zies, tak mnie tu ździebko w piersi kole...wej, zachciało mi się iść do
                                                    miasta, a ze buł ostry ziater, nieco się chyba przeziębziułem, bo mnie jakoś do
                                                    łoza ciągnie.
                                                    - A to połóżcie się , ojczulku, a my kole was usiądziemy i pogadamy - poradziłem.
                                                    Pogadali, a ojculek łodżył, wstoł, pojadł z nami.
                                                    Pozegnalim sia i pojechalim do Działdowa.
                                                    Za trzy dni August, mój drugi brat, zjawił sie nagle w Działdowie:
                                                    - Z naszym ojcem jest żle ! Pojechałem po lekarza, a ciebie ojciec prosi abyś
                                                    jak najprędzej przybył z notariuszem.
                                                    I tak szybko się zebrałam, zamówiłem notariusza Dunajskiego i załatwiłem sobie w
                                                    szkole wolne.
                                                    Pośpieszyłem prosto do loża ojczulka. Ojciec krzyknął radośnie
                                                    - Moj synu ! Karluśku ! Mój najstarszy synu, zaopiekuj się całą rodziną, bo ja
                                                    już odchodzę...
                                                    Po dokładnym omówieniu wszelkich spraw rodzinnych z rodzeństwem notariusz
                                                    Dunajski przystąpił do spisywania aktu.
                                                    Wysłałem do domu żonę i dzieci, a sam zostałem przy łożu ojca. Spośród
                                                    rodzeństwa zostali również: Jadzia, Marta, Robert, August i Jan.

                                                    ----
                                                    Jest we wspomnieniach dokładny opis pogrzebu ze szczegółami. Ale temat zamknę
                                                    jutro. Jeden pogrzeb Mazurki Anny , na dziś nam wystarczy.
                                                  • tralala33 Re: Śmierć ojca 01.03.07, 21:08
                                                    No jo, łuż i tak matyjaszno sia zrobziło. A ksiójżka moc ciekawa, dziankuja co
                                                    jo noju czytosz, Rito.
                                                  • rita100 Re: Śmierć ojca 02.03.07, 20:48
                                                    Tralala, teraz będzie bardzo ciekawe, bo o tradycji pogrzebowej. Bardzo
                                                    dokładnie Małłek opisał na przykładzie swojego ojca. Wartościowa jest to książka.
                                                  • rita100 Re: Śmierć ojca 02.03.07, 20:48
                                                    "Czuwaliśmy przy ojcu we troje: chora matka, siostra Marta i ja. Matka kazała
                                                    się nam modlić o lekki zgon ojca.
                                                    O godzinie siódmej rano zaczęły się konwilsje. Oddech ustawał. Wreszcie ojciec
                                                    trzy razy westchnął i koniec. Skonał akurat w momencie gdy rozległ się w
                                                    dzwonnicy dzwięk dzwonów niedzielnych.
                                                    Było to dnia 17 strycznia 1937 roku.
                                                    Matka zatrzymała zegar. Była godzina 8.05 rano.
                                                    - Przystąpta blizej do łóżka, uklęknijcie i zmówcie paciorek! - zawołała do nas.
                                                    Potem zawołała:
                                                    - Janie, przynieść tą grubą deskę dla ojca.
                                                    Jan przyniósł do izby deskę, a my zaraz położyliśmy na niej martwego ojca. Matka
                                                    wzięła do glinianej miski ciepłej wody z mysłem i umyła ciało ojca, ubrała go w
                                                    gługą białą koszulę i podczesała włosy.
                                                    Wyglądał teraz lepiej.
                                                    - Złapcie, chłopcy za deskę i przenieśta ojca do duzego pokoju! - rozkazała matka.
                                                    Gdy wykonaliśmy polecenie, matka przykryła ciało białym caunem, tak samo caunem
                                                    przykryła duże lustro stojące na podłodze.
                                                    My niechcąco rozdeptaliśmy glinianą miskę. Matka się nie gniewała, a zebrane
                                                    skorupy wyrzuciłem na śmietnisko , rozlaną wodę wytarłem szmatą. Przypomniało mi
                                                    się w tym momencie staromazurskie wierzenie ludowe, ze zmiażdzone miski z wodą
                                                    po umarłym oznacza, iż nie powtórzy się tak prędko pogrzeb w danym domu.
                                                  • rita100 Re: Śmierć ojca 02.03.07, 20:49
                                                    Potem mateczka zebrała nas w pokoju i podzieliła między wszystkich robotę.
                                                    - My kobiety, wyrzucimy słomę z łóżka śmiertelnego dalej za stodołę i spalimy,
                                                    bieliznę pościelową wypierzemy i pościel na powietrzu wysuszymy. Jan z Karlem
                                                    pojedziecie zamówić grób i roześlecie zawiadomienia pogrzebowe do krewnych.
                                                    August zawoła grabarza tu do mnie, a potem uda się do Narzymia do USC i
                                                    zamelduje zgon ojca w Brodowie.
                                                    Wszyscy przystąpiliśmy do wykonania rozkazów matki.
                                                    Niebawem zjawił się grabarz, a zarazem stróż wiejski, Fryderyk Dabrowski. Matka
                                                    dała mu kilka poleceń:
                                                    - Ojciec nas umarł i trzeba go godnie pochować. Od zaraz będzies codziennie trzy
                                                    razy dzwonił, aż do pogrzebu, w oba dzwony po piętnaście minut. Poprosisz ośmiu
                                                    ludzi do wynoszenia trumny. Zaprosisz całą wieś na pogrzeb i na pustą noc, która
                                                    odbędzie się wieczorem w przededniu pogrzebu. Wykopiesz dół na cmentarzu w
                                                    Brodowie przy zwłokach Mareskich. Tam go pochowamy.

                                                    Po tych formalnościach matka z siostrami zabrały się do przygotowań i przyjęcia
                                                    gości. Piekły kołacze i ciasta, smażyły i gotowały mięsiwo itp.

                                                    --
                                                    Rezolutną miał Karol swoją matkę.
                                                  • rita100 Re: Śmierć ojca 02.03.07, 20:50
                                                    Wieczorem w przededniu pochówku zgromadzili sie ludzie na 'pustą noc'. Zjechała
                                                    się również masa krewnych.
                                                    Wszystkie cztery izby przepełnione były gośćmi, a wielka ilość ludzi stała na
                                                    podwórzu.
                                                    My, najbliżsi, staliśmy przy trumnie ojca.
                                                    Trumna była dębowa, ojciec był ubrany w swoje weselne ubranie - czarne spodnie i
                                                    czarny surdut z białym półkoszulkiem i czarnym krawatem, na rękach białe
                                                    rękawiczki. W prawicy trzymał srebną monetę, pięciozłotówkę polską. Na piersiach
                                                    leżał jego własny, polski kancjonał Wasiańskiego, z którego przez całe zycie
                                                    śpiewał (928 pieśni).
                                                    Wszyscy okropnie płakali i matka - czterdzieści dwa lata życia małżeńskiego w
                                                    doli i niedoli.
                                                    "Pustą nocą" kierował stary przyjaciel ojca z Purgałek - stary kaznodzieja
                                                    polskiego gromadkarstwa na Mazurach Dropiewski. Po odśpiewaniu piesni
                                                    pogrzebowych i po gorącej modlitwie wygłosił on płomienne przemówienie.
                                                    Potem nastąpił tradycyjny pustonocny poczęstunek - kawa i ciastka...
                                                    Późnym wieczorem wszyscy się rozeszli i udali się na spoczynek.
                                                  • rita100 Re: Śmierć ojca 02.03.07, 20:50
                                                    Następnego dnia, 20 stycznia 1937 roku, odbył sie wspaniały pogrzeb. Zjawili sie
                                                    wszyscy goście , nawet zza kordonu.
                                                    Trumnę ojca wynosiliśmy przez podwórze na wóz zaprzęgnięty w parę koni. Za
                                                    grobem szliśmy my, najbliżsi, dalej dalsi krewni, a następnie wszyscy inni. Było
                                                    podobno kilka tysięcy osób.
                                                    Chyba , aż w niebie było słychać, gdy ogół zgromadzonych głośno zaintonował na
                                                    cmentarzu pieśń: "Odchodzę stąd !"

                                                    Po pogrzebie ojca wielu ludzi zebrało się znowu w domu pogrzebowym. Wszystkie
                                                    izby były przepełnione. Przystąpiliśmy do spożywania zasłużonego posiłku
                                                    wieczornego. Goście zjadali smacznie i chwalili potrawy jednocześnie toczyły się
                                                    pogawędki o zmarłym.

                                                    Pogrzeb ojca odbywał się według starych polskich zwyczajów ludowych na Mazurach.
                                                  • tralala33 Re: Śmierć ojca 02.03.07, 22:26
                                                    Przeczytałam. Choć bardzo smutny, to jednak piękny opis, pełen godności.
                                                  • rita100 Re: Śmierć ojca 02.03.07, 22:31
                                                    Cołkiem jinny niżli Mazurki Anny. Matula Małłka buła tak zorganizowana,
                                                    ziedzioła co , dzie i jak sia to załatwia. A Małłek łopisał cobysma ni zaboczyli
                                                    , jek dawniyj buło.
                                                  • rita100 Re: W Pieresławce 04.03.07, 20:37
                                                    O ojcu myślałem nawet kiedy w 1945 roku wracałem po sześcioletniej tułaczce
                                                    wojennej.

                                                    1 lipca 1937 roku doszła do nas wiadomość iż Hitler rozkazał aresztować słynnego
                                                    Niemollera - przywódcę tzw. Bekenntniskirche. Niemoller na Generalnym Synodze w
                                                    Barmen stworzył blok antyfaszystowski skupiające siły przeciwstawiające się
                                                    szerzeniu hitleryzmy w kościele ewangielickim w Niemczech. W konsekwencji
                                                    osadzono go w obozie Dachau, gdzie przebywał aż do roku 1945.
                                                    W wyniku represji inspektor Konkol robił zmiany w szkolnictwie.
                                                    Aby służyć przykładem i zachętą również ja jako prezes Zwiazku Mazurów musiałem
                                                    odejść i objąć jednoklasówkę w Pierławce, odległej o trzy kilometry od
                                                    Działdowa. W tej wsi mieścił się główny szatab powiatowy działaczy hitlerowskiej
                                                    Jungdeutsche Partei.
                                                    Spakowaliśmy sie z żoną i przenieśliśmy się na nowe miejsce. Mieliśmy wówczas
                                                    trzech synów. Żona moja juz od 1934 roku była w stanie spoczynku i zajmowała sie
                                                    domem.
                                                    Ludność Pierławki liczyła 300 osób, w tym 220 katolicy, a 80 - ewngielicy.
                                                    Ewangielicy byli to przeważnie ludzie miejscowi, pochodzenia polsko-mazurskiego,
                                                    katolicy zaś to osadnicy przybyli do tej wsi po plebiscycie. Antagonizmy
                                                    wyznaniowe były bardzo mocne.
                                                    Katolicy uważali się za jedynych na tym terenie przedstawicieli Polski,
                                                    ewangielicy podawali sie za Niemców. Żyli więc jak mysz z kotem, nawet się
                                                    wzajemnie nie szanując. Jedni i drudzy trzymali się swych kościołów. Ewangielicy
                                                    mieli swój cmentarz, a katolicy swój w Działdowie.
                                                    W takich warunkach przyszło mi działać.
                                                  • rita100 Re: Arno Kant 17.03.07, 20:50
                                                    Zbierał folklor raze z Małłkiem
                                                    "Mazurskim śpiewniku regionalnym (Działdowo 1936) zawierajacy 24 piesni na chór.
                                                    Był on nauczycielem śpiewu w Działdowie.
                                                    Arno Kant, zginął w 1939 roku w czasie tortur.
                                                    Kolega Małłka - szkoda, że zapomniany i mało co o nim wiemy.
                                                  • nobody63 Re: Arno Kant 07.01.16, 10:37
                                                    Trochę jednak wiemy.
                                                    bazhum.muzhp.pl/media//files/Komunikaty_Mazursko_Warminskie/Komunikaty_Mazursko_Warminskie-r1973-t-n1_2/Komunikaty_Mazursko_Warminskie-r1973-t-n1_2-s99-114/Komunikaty_Mazursko_Warminskie-r1973-t-n1_2-s99-114.pdf
                                                  • warnija Re: Arno Kant 07.01.16, 12:20
                                                    Cytat
                                                    nobody63 napisał:

                                                    Trochę jednak wiemy.
                                                    rel="nofollow">bazhum.muzhp.pl/media//files/Komunikaty_Mazursko_Warminskie/Komunikaty_Mazursko_Warminskie-r1973-t-n1_2/Komunikaty_Mazursko_Warminskie-r1973-t-n1_2-s99-114/Komunikaty_Mazursko_Warminskie-r1973-t-n1_2-s99-114.pdf


                                                    Psianknie dziankujewa za linka. Gwołt ziadomości Ł O F mowam i Warnijo łobmyślo czy ni fejn by buło założyć łosobny kóntek ło Arno Kant.
                                                    Nobody63, może byś częściej zaglóndoł(a) na Warnijo?
                                                    Psianknie zapraszom smile


                                                  • gietpe Re: Arno Kant 20.01.16, 18:37
                                                    Trza by Ricie pokazać po 9 latach sie nalazło .
                                                  • gietpe Re: Arno Kant 20.01.16, 18:39
                                                    nobody63 dziankujewam i tysz zapraszam smile
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka