Gość: jd
IP: *.acn.waw.pl
13.03.02, 16:14
Kurczę, znowu muszę pisać nekrolog. Zamrł Hubert Wagner, najwyraźniej po
jakiejś kłótni z obecnymi sternikami polskiej siatkówki. Co ja wam bedę mówił.
Hubert Wagner na pocztku lat 70-tych powiedział, że doprowadzi polską
reprezenatcję, wyglądająca na taka sobie, do mistrzostwa świata. Patrzono na
niego jak na dosyć nienormalnego bufona, a gdy KAT wprowadził swoje metody
treningowe, kóre miały grozić zawodnikom kalectwem i śmiercią z przemeczęnia,
czekano tylko kiedy wszystko szlag trafi. Wagner miał jeszcze o tyle kłopotliwą
sytuację, że trenował chłopaków, z którymi przed chiwlą grał w tejże
reprezentacji. W 1974 były Mistrzostwa Świata w Meksyku i ku powszechnemu
zdumieniu Polacy wygrali. Jak mówi anegdota, po meczu finałowym podbiegł do
Wagnera Jerzy Zmarzlik (dziennikarz sportowy), nalał szklankę wódki i
powiedział: "A teraz wszyscy mogą pocałować cię w dupę". Dwa lata później
Polacy wygrali olimpiadę z Montrealu i wszyscy chyba, którzy byli wtedy z was
na świecie siedzieli w nocy przed telewizorem i gryźli jak ja paznokcie, gdy
Wójtowicz zbijał z drugiej linii, i wszystko mogło skończyć sie płaczem. Z
OLsztyna w dryżynie Wagnera grał tylko, jeśli sie nie mylę, Mirosław
Rybaczewski, ale to był taki facet, że liczy sie za dwóch (może ktoś wie, co z
nim sie teraz dzieje?). Mam wrażenie, że Wagner stracił trochę serce do
siatkówki, gdy wprowadzono to kretyńskie liczenie do 25 i tych wrzaskliwych
wodzirejów. Jakoś nie sądzę, by zdobyte dzisiaj hipotetyczne mistrzostwo mocno
by go usatysfakcjonowało. Właściwie Wagner - choć to zabrzmi trochę okropnie -
zrobił na świecie to, co miał do zrobienia, i mógł już być trochę zmęczony...
To ostatnie zdanie ma być pocieszeniem i naprawdę jest pocieszeniem, bo mieć
tyle szczęścia w życiu, by zrobić to, co ma się do zrobienia, to napradę nie
byle co i nie wszystkim się to trafia.