privus
07.07.12, 00:34
czyli tajemnice błędów i wypaczeń.
Nie jest to pierwszy raz, kiedy teoria nie potwierdzana w praktyce prowadzi na manowce przynosząc sporo szkód a nie wiele zauważalnych pożytków. Z formalnego punktu widzenia na temat organizacji egzaminów szkolnych wylano już morze atramentu i chyba nie wiele mniej pieniędzy i czasu chyba tylko po to, by ponownie tworzyć kolejne odgórne teorie zupełnie nie przystające do społecznych oczekiwań i nadziei. Wobec kolejnych tajemnych koncepcji reformy szkolnictwa rodzących się na szczeblu ministerialnym i pojawiającej się narastającej słusznej lub też nie fali krytyki domniemywanych zamierzeń reformistycznych, nasuwa się nieodparcie parę spostrzeżeń. Trudno nie przyjmować poważnie pojawiających się zastrzeżeń o negatywnym zabarwieniu, skoro dotychczasowe efekty śmiało można porównać do wyciskanych potów przez MEN przy reformowaniu oświaty. Zrobiono na prawdę wiele dla zmiany oblicza oświaty, niestety w moim odczuciu z bardzo mizernym – przynajmniej na moje oczekiwania - skutkiem. Otóż od 23 lat usilnie realizację amerykanizację modelu oświaty państwowej (proszę przypomnieć sobie filmy repertuaru telewizornii z okresu stanu wojennego i lat 80-tych). Chciałbym w tym momencie zwrócić uwagę, że w USA nie ma szkół państwowych ale funkcjonuje pojęcie ”szkoły publiczne”. Czyli bez mała – bez urazy - coś w rodzaju szaletów publicznych. Oznacza to nie mniej ani więcej, że państwo (w wypadku USA) w zasadzie nie bierze odpowiedzialności za poziom nauczania w tych szkołach pozostawiając to zagadnienie organizacjom federalno-samorządowym. W polskim wypadku taka konstrukcja stwarza wrażenie wirtuozerii odgrywanej na kilku instrumentach, z których żaden wydaje się być nie dostrojony do wymogów gamy nie wspominając już o jakiejś cudacznej harmonii. Wychodzi z tego coś w rodzaju wolnej stadionowej kakafonii, w której uczestnicy tego procesu sprowadzeni do poziomu kiboli dają koncert stosownie do własnych możliwości i umiejętności. Jednych zamiast do doskonalenia gry na skrzypcach zachęca się do dymania w fujarę a innym z braku i takich zdolności pozwala się na osobiste akcenty fajewerkowe. Spoglądając na to wszystko mam poważne wątpliwości, czy nie jest już najwyższy czas przystąpić do poważnej ogólnospołecznej debaty nad aktualnym stanem oświaty z pominięciem filozoficzno-funkcjonalnych administracyjnych wyczynów MEN, których wartość na tym polu wydaje się nader wątpliwa. Bo czyż inaczej można ocenić wzniosłe peany na temat dostosowania organizacji nauczania szkolnego do współczesnych wymogów cywilizacyjnych, skoro najczęściej spotykanym efektem tej polityki jest likwidacja szkół i zwalnianie nauczycieli? Mam poważne wątpliwości, czy chciałbym uczyć w szkole o 40-osobowych klasach o składzie personalnym od wybitnie zdolnych po tych z zaświadczeniami lekarskimi nakładających na nauczyciela obowiązek otoczenia nad nimi szczególnej troski i opieki. A niestety, likwidacja szkolnictwa zawodowego i specjalnego doprowadziła do takiej niezwykle trudnej – jak przypuszczam - sytuacji. Można to porównać do wprowadzenia więc do systemu oświatowego w tej sytuacji obowiązku stosowania sowieckiej urawniłowki, w której ważny jest dokument a nie człowiek z jego zaletami i przymiotami. Efekt jest taki, że popularne świadectwo maturalne czy CV przestają mieć jakiekolwiek znaczenie w polityce kadrowej i zatrudnianiu pracowników. Oczywiście szanuję czyjeś ambicje i mam wielkie poważanie dla hobbystów zbierających znaczki czy klejących modele samolotów biorących udział w drugiej wojnie światowej. Ich wiedza rzeczywiście może szokować nie jednego historyka. Ale bardzo wątpię, czy przy ciągle rosnących cenach, podatkach czy miejscowych opłatach samorządowych ratujących w ten sposób swój budżet, stać będzie przedsiębiorców na działalność socjalno-organizacyjną wyręczając w ten sposób chyba nieudolność systemu państwowo-samorządowego.