Dodaj do ulubionych

Akademicka kara za szczerość

    • Gość: ghost Boze, co za nieprawdopodobny idiotyzm. Zastanowcie IP: *.adsl.solnet.ch 23.07.08, 12:28
      sie dobrze nad jego trescia. To jest wrecz szokujace.

      Cytat:
      Prof. Józef Tworkowski, dziekan wydziału kształtowania środowiska i
      rolnictwa: - Moim zdaniem to nie problem przygotować się do tych
      zajęć. Tym bardziej że oferowaliśmy doktorowi pomoc w tym zakresie.
      Jak byśmy w ten sposób podchodzili do sprawy [że naukowcy nie mają
      kwalifikacji do prowadzenia kolejnych zajęć - red.], nie byłoby w
      ogóle nowych przedmiotów i dyscyplin.

      **** Wniosek: Nowe przedmioty i dyscypliny powstaja dlatego, ze sa
      wykladane przez ludzi nie majacych kompetencji, zeby ich wykladac...

      Dostaje kolki z wycia ze smiechu i wewnetrznego szoku... to
      powiedzial profersor a nie zalany facet pod budka z piwem.
    • w.korczynski tez byłem szczey 23.07.08, 14:48
      Myślę, ze możnaby załozyć klub takich „wrobionych”. Ja tez zostałem
      kiedyś wrobiony w zajęcia z przedmiotów, o których mało wiedziałem.
      Musiałem się sporo uczyć, ale efekty oceniam jako raczej mizerne.
      Po kilku latach okazało się, że w „moim” wydziale nie byłem
      wyjątkiem, bo znakomita większość ludzi nie miała formalnych
      kwalifikacji do prowadzenia zajęć, które „realizowali”. A niektórzy
      mieli po 10 etatów (ponad 1900 godzin zajęć i kilkadziesiąt lub
      stokilkadziesiat prac dyplomowych). Większość z tych uczonych
      legitymowała się dyplomami Akademii Nauk Społecznych przy KC PZPR
      lub podobnych uczelni. Por. np. wątek:

      Kadra Akademii
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=60&w=3847550&a=3847550
      Ja w 2001 roku wkurzyłem się (głównie z powodu tej ilości zajęć,
      ale przy okazji odmówiłem dalszego prowadzenia zajęć z przedmiotów,
      o których mało wiedziałem) i zacząłem głośno pytać jak to z tym
      nauczaniem i nauką w Akademii Świętokrzyskiej jest. Pisałem o tym
      m.in. do lokalnych gazet i Forum Akademickiego i, oczywiście w
      pierwszej kolejności, do Rektora. W efekcie wyleciałem z pracy
      mimo, że licząc „parametrycznie” byłem najlepszym etatowym
      pracownikiem wydziału. Jeśli to kogoś ciekawi, to o tym jak
      załatwia się takich mącicieli poczytać w Forum akademickim i wątku

      Milcz adiunkcie
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=60&w=4502907&a=4502907
      Sprawa ma również wątki humorystyczne; można poczytać jak Senator
      RP odpowiada na pytania o znajomość języków obcych

      A tak poza tym, wracając do pytań (artykuł)
      www.kontrateksty.pl/index.php?action=show&type=news&newsgroup=3&id=1461

      lub jakimi argumentami szermują obrońcy „zaatakowanych” naukowców
      (watki na forum GW).

      Czy ten śmieszny prof. Szplit?
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=60&w=21740498&wv.x=1&s=0
      Letnia Szkoła Zarzadzania w Kielcach brawo!!!!!!!!
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=60&w=5481164&a=5481164
      Problem naszego szkolnictwa wyższego tkwi jednak m.in. w tym, że
      prawie nikt problemu tu nie widzi. I tego zmienić się raczej nie da.

      Waldemar Korczyński


    • Gość: kwinks Oto jak upada fasada tzw. Polskiej Nauki. Cieszmy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.07.08, 18:08
      się. Leń odkrywa mechanizm kombinowania przy przedmiotach,
      specjalnościach i kierunkach. Kiedy wreszcie te stada prące
      tysiącami na "atrakcyjne" kierunki typu ochrona środowiska,
      politologia, europeistyka, stosunki międzynarodowe, itp, itd.
      zrozumieją, że robi się ich w balona?
    • Gość: Była dyplomantka Re: Akademicka kara - chyba jednak za lenistwo IP: *.merinet.pl 23.07.08, 19:50

      A teraz moze kilka slow prawdy o Doktorze Adomasie. Na jego
      zajeciach, przez godzine przepisywalismy z folii bzdurne informacje,
      zadnego wyjscia w teren, zadnych pomocy naukowych. Tylko stare dane
      z ksiazek sprzed 1970 r. Moim zdaniem ten czlowiek, nie powienien
      prowadzic zadnych zjec. Bylam dyplomantka w tej Katedrze, jestem
      wiec w miare zorientowana w sytuacji. Doktor nie wyrobil pensum
      dydaktycznego, bo po prostu mu sie nie chcialo. A godziny mu
      przypisane musial poprowadzic ktos inny. Godziny pracy pana Doktora
      to od 8 do maksymalnie 10.00. A potem do domu. Nigdy nie mozna go
      bylo zastac. Szanowny pan Redaktor, ktory napisal ten artykul
      powinien byl chyba porozmawiac z pracownikami Katedry, mysle, ze tam
      uzyskalby rzetelne informacje. Ktos to dobrze napisal, ze ta gazeta
      zaczyna sie robic jak brukowiec. Jak tak dalej pojdzie to 50%
      pracownikow UWM w przyszlosci odmowi prowadzenia zajec z powodu
      braku kompetencji. A to chyba dyskwalifikuje pracownika naukowego,
      odmowa z powodu braku kompetencji. Z tego co bylo napisane w tym
      artykule, wywniosowalam, ze nikt Panu Doktorowi nie kazal prowadzic
      zajec z filozofii, tylko z przedmiotu, którego mozna sie nauczyc,
      trezba tylko chciec. Ciekawe jak by to bylo, zebym ja powiedziala
      swojemu Prezesowi, ze nie napisze tego opracowania bo nie mam
      kompetecji, bo tego sie na studiach nie nauczylam. Jezeli chce sie
      pracowac to nalezy byc elastycznym.
      Komentarze do tego artykulu powinny pisac osoby w miare zorientowane
      w temacie, a nie Ci, ktorzy wyweszyli tania sensacje.
      • Gość: kwinks Żal mi pani z dwóch powodów. Po pierwsze, IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.07.08, 20:54
        że studiowała Pani ochronę środowiska na wydziale rolniczym (to tak
        jakby uczyć się etyki w mafii), a po drugie, co wynika z
        pierwszego, że nauczono Pani spłycania zagadnień przez zblazowanych
        profesorów i doktorów-murzynów przyjmujących każdy przedmiot
        niezależnie od swoich zainteresowań i doświadczeń. Pani post
        pokazuje niestety, jak płytką szkółką jest studiowanie na
        niektórych wydziałach UWM. Przyczyny tego stanu rzeczy tkwią w
        rozdętych ambicjach władz mnożących niepotrzebnie kierunki i
        specjalizacje, rozmieniając na drobne dydaktyczne zdolności
        naukowców. Leniwi adiunkci nauczeni przez postkomunistycznych
        dinozaurów na podręcznikach z lat 70-tych, w dodatku zagubieni w
        układance przedmiotów pasującej do stale zmieniających się
        standardów i do pensum. Oto obraz UWM i myslę wielu innych uczelni
        w Polsce tzw. "cudu edukacyjnego".
        • Gość: vortex Re: Żal mi pani z dwóch powodów. Po pierwsze, IP: *.olsztyn.mm.pl 23.07.08, 21:44
          > Żal mi pani z dwóch powodów. Po pierwsze,
          > że studiowała Pani ochronę środowiska na wydziale rolniczym

          a mi żal ciebie, żałosny ignorancie, który wypowiadasz się na temat wydziału,
          którego nawet nazwy nie potrafisz sobie przyswoić...
        • Gość: też doktor Żal mi ciebie kwinksie, IP: *.uwm.edu.pl 24.07.08, 08:26
          Duże słowa, ogólniki i tezy bez pokrycia. Byleby tylko opluwając
          wyjać swoje żale i frustracje nieudacznika. Czepiasz się
          uniwersytetu, ale rozwijane sa przecież inne kierunki niz rolnictwo
          (to takze potrzebne!). Twoja wypowiedx nie trzyma się "kupy". Typowe
          narzeniae frustrata.

          Gazeta bierze w obronę leniwego i marnego adiunkta (którego prawo
          pracy chroni przed zwolnieniem) a nieszcześliwi wykorzystują jako
          pretekst do opluwania bezpodstawnego całego UWM. Masz Gazeto co
          chciałaś, ale i tak elektoratu Leppera i Kaczystanu nie zyskasz (oni
          i tak maja swoje jedyniesłuszne media). Coś jednak tracisz... A
          wszytsko prze lenistwo zrobienia rzetelnego tekstu i poszukania
          tematów pozytywnych, głębszych, coś wyjaśniających, coś opisujących.
          • Gość: kwinks Miodzio! Uderz w stół....No to posłuchajcie. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.07.08, 18:53
            Tkwiąc w olsztyńskim "świecie akademickim" nie widzi się rzeczy,
            jakimi one naprawdę są. Kadra rolnicza, znana m. in. w latach
            komuny z naukowo opracowanych dawek nawozów sztucznych dla PGR-ów
            lub z meliorowania na siłę wszystkiego co się da, gdy przyszła
            posucha na te fanaberie, przemalowała się na ochronę środowiska
            (podobnie jak ich koledzy marsiści przechcili się na ekologizm, w
            tym głęboki). Teraz cechą profesora UWM jest to, że zna się na
            wszystkim. Zna się hasłowo, zaś do dydaktycznego wypełniania
            swojego geniuszu popycha doktorów-murzynów. W ten sposób, zamiast
            silnej biologii i silnej ochrony środowiska, mamy słabą biologię i
            dwie słabe, z silnym nalotem rolniczym, ochrony środowiska i
            oczywiście kilka słabych kierunków, do których urządza się łapanki
            i różne triki, bo ludziska traktują studiowanie na tych wydziałach
            jako ostateczność. Wreszcie w pażdzierniku zjawia się przypadkowa
            czereda wybrana z najdalszych północno-wschodnich zaścianków. Dla
            nich oczywiście nie robi róznicy, że rolnik wykłada ochronę
            powietrza lub lasu. A biznes profesorski się kręci... I ty "tez
            doktor" zapewne tkwisz w tym po uszy i łypiesz na habilitację w
            zeszytach UWM, aby wejść do grona kortowskich swiętych krów,
            oczywiście rolniczych.
            • Gość: UWM1 Re: Miodzio! Uderz w stół....No to posłuchajcie. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.07.08, 23:08
              Jestes czlowieku albo gleboko sfrustrowany albo mocno
              niedopieszczony albo do obrony pracy inz lub mgr nie bylo Ci dane
              dojsc na tym wydziale.... trzeba miec naprawde bujna wyobraznie i
              mnostwo nienawisci do ludzi, z ktorymi sie mialo kontakt, by takie
              brednie wypisywac! O jakich to kolegach marsistach mowisz? O tych
              zielonych ludzikach z jednym okiem? czy moze ci chodzilo o
              MARKSISTOW? Jesli tak, to znaczy ze nie masz pojecia zielonego o
              tym co piszesz (ekologizm jest pojeciem pokrewnym naukawosci) czyli
              jestes ciezszym przypadkiem niz myslalem. Przeczytaj sobie glosno
              co napisales i wez na wstrzymanie bo zle sie robi wokol...
            • Gość: tez doktor Re: Miodzio! Uderz w stół....No to posłuchajcie. IP: *.uwm.edu.pl 28.07.08, 11:32
              "I ty "tez doktor" zapewne tkwisz w tym po uszy i łypiesz na
              habilitację w zeszytach UWM, aby wejść do grona kortowskich swiętych
              krów, oczywiście rolniczych."
              Noooooo! Zgadłeś. choc nie do końca. Tkwię po uszy w uniwersytecie,
              lypie na habilitację bo jestem ambitne a nie leniwy. mam nadzieję,
              że po habilitacji wejde do zacnego grona pracowników samodzielnych.
              Rolników na UWM nie jest wielu :). Wiadomości masz mocno
              przestrzałe. Zeszytów to juz nie ma. Habilitację ocenia 4
              recenzentów, w tym 3 zewnetrznych (2 wyznacza centralna komisja). Do
              habilitacji poptrzebny dorobek, liczący sie dorobek.

              A tyżes chyba zgorzkniały nieudacznik, może wyrotowany adiunkt, co
              robił habilitację ze 20 lat i bezskutecznie :). Donosiki i
              oczerniania nawet nie pomogły? A to pech.

              Nauki rolnicze nie sa gorsze od innych. A na jakiej podstawie
              piszesz, że słabe kierunki? Znasz sie na tym jak kura na gwiazdach.
      • Gość: też doktor Re: Akademicka kara - chyba jednak za lenistwo IP: *.uwm.edu.pl 24.07.08, 08:20
        Ale Gazecie zależy chyba tylko na sensacji i skandalu... nie ważne
        czy rzeczywistym, czy tylko wykreowanym. Sam tytuł artykułu jest już
        bulwersujący. Obraża zbiorowo.

        Kiedyś Gazeta miała ambicje być gazetą ludzi inteligentnych i
        wykształcownych. Teraz się chyba przerzucili na widzów debilnych
        seriali brazylijskich i nieszczęśników sfrustrowanych, którzy
        dowartiościowują się przypinajac łatki i obrzucają błotem wszytskich
        i wszytsko, zwłaszcza tych na świeczniku i z autorytetem
        (pozazdrościli kaczystanowi zlepperowiałemu ataku na Wałęsę i
        Geremka - każdy chce mieć swego lokalnego, małego do opluwania?).
        Jak spojrzeć taka teraz moda w Polsce. Płytko i byle łajnem
        obrzucić...

        Najpierw spady (jak wy nas, tak my was) z Łodzi i Warszawy zaczęły
        obrażać Olsztyn, że wiocha, że nudno, że prowicja itd. Narzekania
        zblazowanych paniczyków, którzy nie mają zielonego pojęcia co się
        kulturalnego w mieście dzieje. Od wielu miesięcy na różne płytkie
        tamety atakują UWM (Małkowskiego temat już się zużył?). Myślę że
        urosną w oczach zakompleksionych zawistników. Istna ściana płaczu...

        Może chcą zwrócić uwagę. Możliwe, że przy takich "skandalach"
        wzrasta kupowanie Gazety przez ludzi tak czy siak związanych z
        Uniwersytetem i nauką. Ale czy nie są to kupna jednorazowe i
        kończace zywot w koszu? I utrwalajace niechęc do Gazety. Po takim
        pisaniu zacząłem kupowac Dziennik - tam więcej jest intelektualnych
        tresci.
        • Gość: krawiec Re: Akademicka kara - chyba jednak za lenistwo IP: *.internetdsl.tpnet.pl 24.07.08, 09:48
          co się dziwić, skoro "warsztat" dziennikarza GW-Olsztyn (a może i innych?)
          ogranicza sie do telefonu. Wszystko (wywiad, opinia, komentarz) uzyskuje się
          przez telefon, nie fatygując sie na rozmowę "na żywca". Stąd brak
          wszechstronnego oglądu sytuacji (opinie współpracowników, studentów itp.).
          • Gość: Lemiesz Re: Akademicka kara - chyba jednak za lenistwo IP: *.centertel.pl 24.07.08, 10:21
            Czyżby tęsknota za wiadomymi wszechwiedzącymi Służbami?
        • Gość: kwinks Re: Akademicka kara - chyba jednak za lenistwo IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.07.08, 19:03
          Te, "tez doktor"! Nikt tu nikogo nie opluwa, a inwektywy siejesz
          głównie ty. Sfrustowany u wszystkich widzi frustrację. Nieudacznik
          wyzywa innych od nieudaczników. Jaki jest więc z tych postów
          wyłania się wizerunek i obraz środowiska, w którym tkwisz? Pomyśl
          odrobinkę.
    • Gość: jw na UJ nie takie rzeczy sie dzialy IP: *.autocom.pl 24.07.08, 13:01
      Na UJ nie takie rzeczy się działy i prasa o tym nie pisała. Takich co mieli
      odwagę mówić prawdę i odmawiali łamania prawa czy prowadzenia fikcji
      edukacyjnej po prostu wyrejestrowano z kadry a GW o tym nie napisze bo jest
      ściśle związana z UJ. I taka w tym cała tajemnica
      np.
      www.naukowcy.republika.pl/jubileusz.html
      www.nfa.alfadent.pl/articles.php?id=37
      www.jwieczorek.ans.pl/inna%20prawda%20UJ.htm
      Miłej lektury i wakacyjnej refleksji

    • Gość: PIT Akademicka kara za szczerość IP: *.olsztyn.mm.pl 24.07.08, 18:16
      Nie jestem pewien, czy mogę wypowiedzieć się w dyskusji na ten temat, bo nie
      znam człowieka i nie znam uczelni. Proszę więc o wybaczenie.
      Skończyłem studia na renomowanej polskiej uczelni. Wymarzyłem sobie, że życie
      ułożę sobie za granicą. Dostałem pracę na znanej zagranicznej uczelni –
      sprzątałem. Ale tak się złożyło, że wykonywałem tę odpowiedzialną czynność w
      budynku, w którym prowadzono badania znane mi z moich studiów. Gdy już okrzepłem
      językowo zacząłem wdawać się w rozmowy merytoryczne. Wieść rozniosła się szybko
      chociaż wcale nie powiało jakimś ciepełkiem. Skończyło się na tym, że pomogli mi
      zdobyć pracę zgodną z moim wykształceniem.
      Ale co mi się spodobało i co warto przenieść na nasze uczelnie.
      Ludzie pracujący na uczelni byli związani albo z wybitnym uczonym i jego
      problematyką, albo z tematem, albo z problemem zleconym. Płacono im za pracę i
      osiągnięcia w tych zagadnieniach. Pracownicy nie mieli obowiązków dydaktycznych.
      Ogłoszono natomiast konkursy na zajęcia dydaktyczne. Konkursy wygrywali nie
      tylko pracownicy uczelni (ale to była ich prywatna sprawa). Za tym szły
      dodatkowe pieniądze. Ludzie znani zabiegali przynajmniej o jeden wykład bo to
      jakiś prestiż, ale byli tacy, co nie prowadzili dydaktyki. Gdy brakowało obsady,
      to starano się „podkupić” pracowników, płacono za te zajęcia więcej, lub swoim
      opłacano specjalizację na innych uczelniach. Ale bezwzględnie szanowano
      specjalizację i tych, którzy prowadzą dydaktykę z niej wynikającą. Szczególnie
      ceniono mających talent dydaktyczny, potwierdzony uczelnianymi kontrolami i
      opiniami studentów.
      Wracam jeszcze do mojej „uczelnianej” kariery. Gdy już pracowałem poza uczelnią,
      to przez trzy lata otrzymywałem oferty wzięcia udziału w konkursie na zajęcia
      dydaktyczne. Zawsze dziękowałem, ale realizm nie pozwolił mi na podjęcie
      prawdopodobnie grzecznościowego zaproszenia. Grzecznościowego, bo dziedzina, w
      której się specjalizowałem na studiach bała tam mocno obsadzona.
      Chcę jeszcze powiedzieć o pewnej manierze panującej na tej uczelni. Bardzo źle
      oceniano tam niewiedzę w dziedzinie, w której to nie powinno się to zdarzyć (np.
      w specjalizacji, w prowadzonych zajęciach). Bardzo podziwiano człowieka
      wykształconego za wiedzę w innych dziedzinach, niż tylko wynikającą z dyplomu (i
      ja miałem tu wysokie notowania), ale również szanowano człowieka wykształconego,
      gdy wiedział, czego nie wie i klarownie to stwierdzał.
      • Gość: znawca Akademicka sitwa IP: *.pools.arcor-ip.net 25.07.08, 10:51
        W wypadku profesora Borodzieja chodzi o konflikt między frakcjami. Musiał
        uderzył tutaj jak najbardziej celnie w środowisko warszawskie, a przede
        wszystkim w sitwe z Uniwersytetu Warszawskiego.
        Dr Musiał, tak jak wynika z jego własnych uwag pragnał zainicjować merytoryczną
        dyskusję na temat prac niektórych historyków.
        Konflikt pomiędzy Musiałem a Borodziejem zaczał sie w roku 2001, po
        opublikowaniu w Niemczech krytycznej recenzji Musiała z okazji wydania
        niemieckiego pracy doktorskiej Borodzieja z 1985 roku. Praca ta krytykuje min.
        Armie Krajowa, przedstawiajac ją jako organizacje wrogą narodowi polskiemu.
        Gęsto cytuje w niej Borodziej wspomnienia byłych ubeków zwalczajacych po 1945
        podziemie. Jedyną słuszną formacją zbrojną według Borodzieja była Gwardia
        Ludowa. A przecież była to organizacja marginesowa i nie mająca w wielu
        regionach żadnego poparcia. Trudno zresztą wierzyć twierdzeniom Borodzieja, że w
        wiejskich regionach chłopi wspierali właśnie komunistów. Jest to wypatrzone i
        sfałszowane spojrzenie na historię wojenną i powojenną.
        Tłumaczenie tendencyjnej publikacji z 1985 roku, nie wywołało żadnej dyskusji,
        ani w Polsce, ani w Niemczech. Wręcz przeciwnie, Borodziej jest czesto
        zapraszany na wykłady do Niemiec i dostaje tam nagrody.
        Dyrektor Niemieckiego Instytutu Historycznego w Warszawie prof. Ziemer dobiera
        sobie pracowników jak mu się podoba. Przeważnie zajmują się oni historią
        najnowszą lub politologią, i to w instytucie historycznym. Ziemer nie ma
        pojęcia o historii Polski, doktorat robił bodajze o kolonialiźmie w Afryce.
        Później po 1981 przerzucił się na Polskę, bo temat był modny. Z pewnością Ziemer
        ma pewną wyuczoną wiedzę. Tutaj konflikty są praktycznie np. z Musiałem
        zaprogramowane. Problemem nie jest jednak Ziemer, tylko jego konszachty z
        Borodziejem i jego sitwą.
        Weźmy np. pod uwagę recenzję prac Borodzieja, które Musiał opublikował w mniej
        znanym czasopiśmie „Arcana“ z Krakowa, ponieważ „Kwartalnik Historyczny“ i
        Przegląd Historyczny“ (oba Warszawa) odmawiają mu ich publikacji. Przypatrzmy
        się kolegium redakcyjnemu „Kwartalnika Historycznego“: Tomasz Kizwalter,
        Wojciech Kriegseisen, Michael G. Müller.
        Michael Müller, to ten który krytykuje Musiała w prasie niemieckiej. Müller jest
        ze strony niemieckiej szefem komisji podręcznikowej. Müller doktoryzował sie w
        Berlinie, podobnie jak profesor historii europy wschodniej Troebst z Lipska
        (znajomi), który mial dobry kontakt z Wóycickim, bylym szefem Instytutu
        Polskiego w Lipsku.
        Ze strony polskiej uczestniczą w komisji prof. Traba jako szef, równocześnie
        dyrektor placówki PAN w Berlinie, Wojciech Kriegseisen, profesor UW, redaktor
        „Kwartalnika Historycznego” (przyjaciel pani prof. Augustyniak UW, historia
        nowożytna), no i dr hab. Krzysztof Ruchniewicz, koordynator naukowy projektu,
        decydujący o autorach.
        Ruchniewicz, byly habilitant u Borodzieja załatwil prof. Troebstowi gościnną
        profesurę w Instytucie im. Brandta we Wrocławiu, którego był wówczas
        dyrektorem. Prof. Troebst zajmuje się historią Polski, ale nie mówi po polsku.
        Wykłady były tylko po niemiecku i Troebst promował na wykładach niemiecką wizję
        wypedzeń, jest on zwolennikiem centrum wypedzeń w Görlitz. Troebst razem z
        Ruchniewiczem wydali publikację o przezwyciężaniu historii.
        Kto decydował o takiej pozycji która dostala Kinga Hartman, konkubina
        Wóycickiego? Z pewnością saksońskie ministerstwo oświaty zasięgało opinii, ale
        czyich? Oczywiście fachowców od historii Europy wschodniej z Niemiec.
        Pani Hartmann, która jest pedagogiem, a jej pojęcie o historii jest dosyć
        mgliste, organizuje teraz konferencje na temat wspólnego podręcznika, a gośćmi
        na konferencjach są min. Wóycicki i Ruchniewicz.
        Wóycicki odszedł z IPN, który teraz krytykuje, ale w czasach kiedy był jeszcze
        redaktorem naczelnym „Zycia Warszawy“ sprzedawał sie jako gorliwy katolik i
        bliski współpracownik
        Mazowieckiego, obecnie jest lewicowcem jak Borodziej. Wspólnie z Borodziejem
        wydali jedną publikację już w 1997 roku, wówczas Wóycicki dostał seminaria na
        Uniwersytecie Warszawskim. Wóycicki doktoryzował się bardzo późno, bo w roku
        2000 na Uniwersytecie Wrocławskim na temat stosunków polsko-niemieckich u prof.
        Zybury, specjalisty od starszej literatury niemieckiej. Po tym doktoracie był
        już wykładowcą (bez żadnego doświadczenia akademickiego, czasowo był nawet
        dyrektorem Centrum Stosunków Międzynarodowych w Warszawie.
        Będąc dyrektorem Instytutu Polskiego w Lipsku zapraszał tam często na wykłady
        Zyburę, swojego promotora oraz Ruchniewicza. Wóycicki zainicjował też tzw.
        rozmowy w „Schlesisches Museum“ w Görlitz, na które byli zapraszani Zybura i
        Ruchniewicz. Oba Instytuty Polskie w Düsseldorfie i w Lipsku za dyrektoratu
        Wóycickiego miały kiepską sławe. W Düsseldorfie mocno skłócił się z tamtejszą
        Polonią. Potem przeszedł w 2004 roku do IPN, a w 2007 roku wrócił do kariery
        akademickiej i został dyrektorem Instytutu Niemiec i Europy Północnej w
        Szczecinie, gdzie już wcześniej był pełnomocnikiem rektora Uniwersytetu
        Szczecińskiego ds. współpracy międzynarodowej pełniąc równocześnie funkcję
        dyrektora Instytutu Polskiego w Lipsku.
        Wóycicki ma świetną karierę akademicką przed sobą, w końcu ma może 10 artykułów
        na swoim koncie, wszystkie na temat stosunków polsko-niemieckich. W roku 2007
        otrzymał nawet za swoje posługi “krzyż zasługi RFN“.Warto obejrzeć prezentację
        internetowę instytutu w Szczecinie. Członkami zarządu są min. Borodziej, Kerski,
        Hambura, Krzemiński i Zybura.

        Wspomniany już profesor od literatury Zybura jest równocześnie profesorem w
        Centrum im. Willy Brandta we Wrocławiu, którego dyrektorem był przez kilka lat
        Ruchniewicz. Zybura zasłynał nie tylko swoimi poczytnymi opowiastkami o
        Niemczech i Niemcach w Polsce, w których demaskuje on „komunistyczną propagandę“
        i ale też i artykułami w gazetach.
        Najlepszy artykuł był o niemieckim Krakowie, który walczył z Łokietkiem. Chodzi
        tutaj o tzw. bunt niemieckich mieszczan krakowskich w 1311 roku, którzy pragnęli
        osadzić na tronie krakowskim Wacława Czeskiego. W rzeczywistości ten
        „specjalista“ od historii pomylił Przemysła Wielkopolskiego walczącego w latach
        1280ych z Wacławem, zmarłym w roku 1305.
        W radzie naukowej Centrum im. Willy Brandta we Wrocławiu zasiadają min. profesor
        Wrzesiński, promotor obydwojga Ruchniewiczów, oraz profesor Ziemer, dyrektor
        Niemieckiego Instytutu Historycznego w Warszawie.
        Na zdrowie!













Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka