Gość: ghost Boze, co za nieprawdopodobny idiotyzm. Zastanowcie IP: *.adsl.solnet.ch 23.07.08, 12:28 sie dobrze nad jego trescia. To jest wrecz szokujace. Cytat: Prof. Józef Tworkowski, dziekan wydziału kształtowania środowiska i rolnictwa: - Moim zdaniem to nie problem przygotować się do tych zajęć. Tym bardziej że oferowaliśmy doktorowi pomoc w tym zakresie. Jak byśmy w ten sposób podchodzili do sprawy [że naukowcy nie mają kwalifikacji do prowadzenia kolejnych zajęć - red.], nie byłoby w ogóle nowych przedmiotów i dyscyplin. **** Wniosek: Nowe przedmioty i dyscypliny powstaja dlatego, ze sa wykladane przez ludzi nie majacych kompetencji, zeby ich wykladac... Dostaje kolki z wycia ze smiechu i wewnetrznego szoku... to powiedzial profersor a nie zalany facet pod budka z piwem. Odpowiedz Link Zgłoś
w.korczynski tez byłem szczey 23.07.08, 14:48 Myślę, ze możnaby załozyć klub takich „wrobionych”. Ja tez zostałem kiedyś wrobiony w zajęcia z przedmiotów, o których mało wiedziałem. Musiałem się sporo uczyć, ale efekty oceniam jako raczej mizerne. Po kilku latach okazało się, że w „moim” wydziale nie byłem wyjątkiem, bo znakomita większość ludzi nie miała formalnych kwalifikacji do prowadzenia zajęć, które „realizowali”. A niektórzy mieli po 10 etatów (ponad 1900 godzin zajęć i kilkadziesiąt lub stokilkadziesiat prac dyplomowych). Większość z tych uczonych legitymowała się dyplomami Akademii Nauk Społecznych przy KC PZPR lub podobnych uczelni. Por. np. wątek: Kadra Akademii forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=60&w=3847550&a=3847550 Ja w 2001 roku wkurzyłem się (głównie z powodu tej ilości zajęć, ale przy okazji odmówiłem dalszego prowadzenia zajęć z przedmiotów, o których mało wiedziałem) i zacząłem głośno pytać jak to z tym nauczaniem i nauką w Akademii Świętokrzyskiej jest. Pisałem o tym m.in. do lokalnych gazet i Forum Akademickiego i, oczywiście w pierwszej kolejności, do Rektora. W efekcie wyleciałem z pracy mimo, że licząc „parametrycznie” byłem najlepszym etatowym pracownikiem wydziału. Jeśli to kogoś ciekawi, to o tym jak załatwia się takich mącicieli poczytać w Forum akademickim i wątku Milcz adiunkcie forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=60&w=4502907&a=4502907 Sprawa ma również wątki humorystyczne; można poczytać jak Senator RP odpowiada na pytania o znajomość języków obcych A tak poza tym, wracając do pytań (artykuł) www.kontrateksty.pl/index.php?action=show&type=news&newsgroup=3&id=1461 lub jakimi argumentami szermują obrońcy „zaatakowanych” naukowców (watki na forum GW). Czy ten śmieszny prof. Szplit? forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=60&w=21740498&wv.x=1&s=0 Letnia Szkoła Zarzadzania w Kielcach brawo!!!!!!!! forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=60&w=5481164&a=5481164 Problem naszego szkolnictwa wyższego tkwi jednak m.in. w tym, że prawie nikt problemu tu nie widzi. I tego zmienić się raczej nie da. Waldemar Korczyński Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: kwinks Oto jak upada fasada tzw. Polskiej Nauki. Cieszmy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.07.08, 18:08 się. Leń odkrywa mechanizm kombinowania przy przedmiotach, specjalnościach i kierunkach. Kiedy wreszcie te stada prące tysiącami na "atrakcyjne" kierunki typu ochrona środowiska, politologia, europeistyka, stosunki międzynarodowe, itp, itd. zrozumieją, że robi się ich w balona? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Była dyplomantka Re: Akademicka kara - chyba jednak za lenistwo IP: *.merinet.pl 23.07.08, 19:50 A teraz moze kilka slow prawdy o Doktorze Adomasie. Na jego zajeciach, przez godzine przepisywalismy z folii bzdurne informacje, zadnego wyjscia w teren, zadnych pomocy naukowych. Tylko stare dane z ksiazek sprzed 1970 r. Moim zdaniem ten czlowiek, nie powienien prowadzic zadnych zjec. Bylam dyplomantka w tej Katedrze, jestem wiec w miare zorientowana w sytuacji. Doktor nie wyrobil pensum dydaktycznego, bo po prostu mu sie nie chcialo. A godziny mu przypisane musial poprowadzic ktos inny. Godziny pracy pana Doktora to od 8 do maksymalnie 10.00. A potem do domu. Nigdy nie mozna go bylo zastac. Szanowny pan Redaktor, ktory napisal ten artykul powinien byl chyba porozmawiac z pracownikami Katedry, mysle, ze tam uzyskalby rzetelne informacje. Ktos to dobrze napisal, ze ta gazeta zaczyna sie robic jak brukowiec. Jak tak dalej pojdzie to 50% pracownikow UWM w przyszlosci odmowi prowadzenia zajec z powodu braku kompetencji. A to chyba dyskwalifikuje pracownika naukowego, odmowa z powodu braku kompetencji. Z tego co bylo napisane w tym artykule, wywniosowalam, ze nikt Panu Doktorowi nie kazal prowadzic zajec z filozofii, tylko z przedmiotu, którego mozna sie nauczyc, trezba tylko chciec. Ciekawe jak by to bylo, zebym ja powiedziala swojemu Prezesowi, ze nie napisze tego opracowania bo nie mam kompetecji, bo tego sie na studiach nie nauczylam. Jezeli chce sie pracowac to nalezy byc elastycznym. Komentarze do tego artykulu powinny pisac osoby w miare zorientowane w temacie, a nie Ci, ktorzy wyweszyli tania sensacje. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: kwinks Żal mi pani z dwóch powodów. Po pierwsze, IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.07.08, 20:54 że studiowała Pani ochronę środowiska na wydziale rolniczym (to tak jakby uczyć się etyki w mafii), a po drugie, co wynika z pierwszego, że nauczono Pani spłycania zagadnień przez zblazowanych profesorów i doktorów-murzynów przyjmujących każdy przedmiot niezależnie od swoich zainteresowań i doświadczeń. Pani post pokazuje niestety, jak płytką szkółką jest studiowanie na niektórych wydziałach UWM. Przyczyny tego stanu rzeczy tkwią w rozdętych ambicjach władz mnożących niepotrzebnie kierunki i specjalizacje, rozmieniając na drobne dydaktyczne zdolności naukowców. Leniwi adiunkci nauczeni przez postkomunistycznych dinozaurów na podręcznikach z lat 70-tych, w dodatku zagubieni w układance przedmiotów pasującej do stale zmieniających się standardów i do pensum. Oto obraz UWM i myslę wielu innych uczelni w Polsce tzw. "cudu edukacyjnego". Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: vortex Re: Żal mi pani z dwóch powodów. Po pierwsze, IP: *.olsztyn.mm.pl 23.07.08, 21:44 > Żal mi pani z dwóch powodów. Po pierwsze, > że studiowała Pani ochronę środowiska na wydziale rolniczym a mi żal ciebie, żałosny ignorancie, który wypowiadasz się na temat wydziału, którego nawet nazwy nie potrafisz sobie przyswoić... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: też doktor Żal mi ciebie kwinksie, IP: *.uwm.edu.pl 24.07.08, 08:26 Duże słowa, ogólniki i tezy bez pokrycia. Byleby tylko opluwając wyjać swoje żale i frustracje nieudacznika. Czepiasz się uniwersytetu, ale rozwijane sa przecież inne kierunki niz rolnictwo (to takze potrzebne!). Twoja wypowiedx nie trzyma się "kupy". Typowe narzeniae frustrata. Gazeta bierze w obronę leniwego i marnego adiunkta (którego prawo pracy chroni przed zwolnieniem) a nieszcześliwi wykorzystują jako pretekst do opluwania bezpodstawnego całego UWM. Masz Gazeto co chciałaś, ale i tak elektoratu Leppera i Kaczystanu nie zyskasz (oni i tak maja swoje jedyniesłuszne media). Coś jednak tracisz... A wszytsko prze lenistwo zrobienia rzetelnego tekstu i poszukania tematów pozytywnych, głębszych, coś wyjaśniających, coś opisujących. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: kwinks Miodzio! Uderz w stół....No to posłuchajcie. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.07.08, 18:53 Tkwiąc w olsztyńskim "świecie akademickim" nie widzi się rzeczy, jakimi one naprawdę są. Kadra rolnicza, znana m. in. w latach komuny z naukowo opracowanych dawek nawozów sztucznych dla PGR-ów lub z meliorowania na siłę wszystkiego co się da, gdy przyszła posucha na te fanaberie, przemalowała się na ochronę środowiska (podobnie jak ich koledzy marsiści przechcili się na ekologizm, w tym głęboki). Teraz cechą profesora UWM jest to, że zna się na wszystkim. Zna się hasłowo, zaś do dydaktycznego wypełniania swojego geniuszu popycha doktorów-murzynów. W ten sposób, zamiast silnej biologii i silnej ochrony środowiska, mamy słabą biologię i dwie słabe, z silnym nalotem rolniczym, ochrony środowiska i oczywiście kilka słabych kierunków, do których urządza się łapanki i różne triki, bo ludziska traktują studiowanie na tych wydziałach jako ostateczność. Wreszcie w pażdzierniku zjawia się przypadkowa czereda wybrana z najdalszych północno-wschodnich zaścianków. Dla nich oczywiście nie robi róznicy, że rolnik wykłada ochronę powietrza lub lasu. A biznes profesorski się kręci... I ty "tez doktor" zapewne tkwisz w tym po uszy i łypiesz na habilitację w zeszytach UWM, aby wejść do grona kortowskich swiętych krów, oczywiście rolniczych. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: UWM1 Re: Miodzio! Uderz w stół....No to posłuchajcie. IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.07.08, 23:08 Jestes czlowieku albo gleboko sfrustrowany albo mocno niedopieszczony albo do obrony pracy inz lub mgr nie bylo Ci dane dojsc na tym wydziale.... trzeba miec naprawde bujna wyobraznie i mnostwo nienawisci do ludzi, z ktorymi sie mialo kontakt, by takie brednie wypisywac! O jakich to kolegach marsistach mowisz? O tych zielonych ludzikach z jednym okiem? czy moze ci chodzilo o MARKSISTOW? Jesli tak, to znaczy ze nie masz pojecia zielonego o tym co piszesz (ekologizm jest pojeciem pokrewnym naukawosci) czyli jestes ciezszym przypadkiem niz myslalem. Przeczytaj sobie glosno co napisales i wez na wstrzymanie bo zle sie robi wokol... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: tez doktor Re: Miodzio! Uderz w stół....No to posłuchajcie. IP: *.uwm.edu.pl 28.07.08, 11:32 "I ty "tez doktor" zapewne tkwisz w tym po uszy i łypiesz na habilitację w zeszytach UWM, aby wejść do grona kortowskich swiętych krów, oczywiście rolniczych." Noooooo! Zgadłeś. choc nie do końca. Tkwię po uszy w uniwersytecie, lypie na habilitację bo jestem ambitne a nie leniwy. mam nadzieję, że po habilitacji wejde do zacnego grona pracowników samodzielnych. Rolników na UWM nie jest wielu :). Wiadomości masz mocno przestrzałe. Zeszytów to juz nie ma. Habilitację ocenia 4 recenzentów, w tym 3 zewnetrznych (2 wyznacza centralna komisja). Do habilitacji poptrzebny dorobek, liczący sie dorobek. A tyżes chyba zgorzkniały nieudacznik, może wyrotowany adiunkt, co robił habilitację ze 20 lat i bezskutecznie :). Donosiki i oczerniania nawet nie pomogły? A to pech. Nauki rolnicze nie sa gorsze od innych. A na jakiej podstawie piszesz, że słabe kierunki? Znasz sie na tym jak kura na gwiazdach. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: też doktor Re: Akademicka kara - chyba jednak za lenistwo IP: *.uwm.edu.pl 24.07.08, 08:20 Ale Gazecie zależy chyba tylko na sensacji i skandalu... nie ważne czy rzeczywistym, czy tylko wykreowanym. Sam tytuł artykułu jest już bulwersujący. Obraża zbiorowo. Kiedyś Gazeta miała ambicje być gazetą ludzi inteligentnych i wykształcownych. Teraz się chyba przerzucili na widzów debilnych seriali brazylijskich i nieszczęśników sfrustrowanych, którzy dowartiościowują się przypinajac łatki i obrzucają błotem wszytskich i wszytsko, zwłaszcza tych na świeczniku i z autorytetem (pozazdrościli kaczystanowi zlepperowiałemu ataku na Wałęsę i Geremka - każdy chce mieć swego lokalnego, małego do opluwania?). Jak spojrzeć taka teraz moda w Polsce. Płytko i byle łajnem obrzucić... Najpierw spady (jak wy nas, tak my was) z Łodzi i Warszawy zaczęły obrażać Olsztyn, że wiocha, że nudno, że prowicja itd. Narzekania zblazowanych paniczyków, którzy nie mają zielonego pojęcia co się kulturalnego w mieście dzieje. Od wielu miesięcy na różne płytkie tamety atakują UWM (Małkowskiego temat już się zużył?). Myślę że urosną w oczach zakompleksionych zawistników. Istna ściana płaczu... Może chcą zwrócić uwagę. Możliwe, że przy takich "skandalach" wzrasta kupowanie Gazety przez ludzi tak czy siak związanych z Uniwersytetem i nauką. Ale czy nie są to kupna jednorazowe i kończace zywot w koszu? I utrwalajace niechęc do Gazety. Po takim pisaniu zacząłem kupowac Dziennik - tam więcej jest intelektualnych tresci. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: krawiec Re: Akademicka kara - chyba jednak za lenistwo IP: *.internetdsl.tpnet.pl 24.07.08, 09:48 co się dziwić, skoro "warsztat" dziennikarza GW-Olsztyn (a może i innych?) ogranicza sie do telefonu. Wszystko (wywiad, opinia, komentarz) uzyskuje się przez telefon, nie fatygując sie na rozmowę "na żywca". Stąd brak wszechstronnego oglądu sytuacji (opinie współpracowników, studentów itp.). Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Lemiesz Re: Akademicka kara - chyba jednak za lenistwo IP: *.centertel.pl 24.07.08, 10:21 Czyżby tęsknota za wiadomymi wszechwiedzącymi Służbami? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: kwinks Re: Akademicka kara - chyba jednak za lenistwo IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.07.08, 19:03 Te, "tez doktor"! Nikt tu nikogo nie opluwa, a inwektywy siejesz głównie ty. Sfrustowany u wszystkich widzi frustrację. Nieudacznik wyzywa innych od nieudaczników. Jaki jest więc z tych postów wyłania się wizerunek i obraz środowiska, w którym tkwisz? Pomyśl odrobinkę. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: jw na UJ nie takie rzeczy sie dzialy IP: *.autocom.pl 24.07.08, 13:01 Na UJ nie takie rzeczy się działy i prasa o tym nie pisała. Takich co mieli odwagę mówić prawdę i odmawiali łamania prawa czy prowadzenia fikcji edukacyjnej po prostu wyrejestrowano z kadry a GW o tym nie napisze bo jest ściśle związana z UJ. I taka w tym cała tajemnica np. www.naukowcy.republika.pl/jubileusz.html www.nfa.alfadent.pl/articles.php?id=37 www.jwieczorek.ans.pl/inna%20prawda%20UJ.htm Miłej lektury i wakacyjnej refleksji Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: PIT Akademicka kara za szczerość IP: *.olsztyn.mm.pl 24.07.08, 18:16 Nie jestem pewien, czy mogę wypowiedzieć się w dyskusji na ten temat, bo nie znam człowieka i nie znam uczelni. Proszę więc o wybaczenie. Skończyłem studia na renomowanej polskiej uczelni. Wymarzyłem sobie, że życie ułożę sobie za granicą. Dostałem pracę na znanej zagranicznej uczelni – sprzątałem. Ale tak się złożyło, że wykonywałem tę odpowiedzialną czynność w budynku, w którym prowadzono badania znane mi z moich studiów. Gdy już okrzepłem językowo zacząłem wdawać się w rozmowy merytoryczne. Wieść rozniosła się szybko chociaż wcale nie powiało jakimś ciepełkiem. Skończyło się na tym, że pomogli mi zdobyć pracę zgodną z moim wykształceniem. Ale co mi się spodobało i co warto przenieść na nasze uczelnie. Ludzie pracujący na uczelni byli związani albo z wybitnym uczonym i jego problematyką, albo z tematem, albo z problemem zleconym. Płacono im za pracę i osiągnięcia w tych zagadnieniach. Pracownicy nie mieli obowiązków dydaktycznych. Ogłoszono natomiast konkursy na zajęcia dydaktyczne. Konkursy wygrywali nie tylko pracownicy uczelni (ale to była ich prywatna sprawa). Za tym szły dodatkowe pieniądze. Ludzie znani zabiegali przynajmniej o jeden wykład bo to jakiś prestiż, ale byli tacy, co nie prowadzili dydaktyki. Gdy brakowało obsady, to starano się „podkupić” pracowników, płacono za te zajęcia więcej, lub swoim opłacano specjalizację na innych uczelniach. Ale bezwzględnie szanowano specjalizację i tych, którzy prowadzą dydaktykę z niej wynikającą. Szczególnie ceniono mających talent dydaktyczny, potwierdzony uczelnianymi kontrolami i opiniami studentów. Wracam jeszcze do mojej „uczelnianej” kariery. Gdy już pracowałem poza uczelnią, to przez trzy lata otrzymywałem oferty wzięcia udziału w konkursie na zajęcia dydaktyczne. Zawsze dziękowałem, ale realizm nie pozwolił mi na podjęcie prawdopodobnie grzecznościowego zaproszenia. Grzecznościowego, bo dziedzina, w której się specjalizowałem na studiach bała tam mocno obsadzona. Chcę jeszcze powiedzieć o pewnej manierze panującej na tej uczelni. Bardzo źle oceniano tam niewiedzę w dziedzinie, w której to nie powinno się to zdarzyć (np. w specjalizacji, w prowadzonych zajęciach). Bardzo podziwiano człowieka wykształconego za wiedzę w innych dziedzinach, niż tylko wynikającą z dyplomu (i ja miałem tu wysokie notowania), ale również szanowano człowieka wykształconego, gdy wiedział, czego nie wie i klarownie to stwierdzał. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: znawca Akademicka sitwa IP: *.pools.arcor-ip.net 25.07.08, 10:51 W wypadku profesora Borodzieja chodzi o konflikt między frakcjami. Musiał uderzył tutaj jak najbardziej celnie w środowisko warszawskie, a przede wszystkim w sitwe z Uniwersytetu Warszawskiego. Dr Musiał, tak jak wynika z jego własnych uwag pragnał zainicjować merytoryczną dyskusję na temat prac niektórych historyków. Konflikt pomiędzy Musiałem a Borodziejem zaczał sie w roku 2001, po opublikowaniu w Niemczech krytycznej recenzji Musiała z okazji wydania niemieckiego pracy doktorskiej Borodzieja z 1985 roku. Praca ta krytykuje min. Armie Krajowa, przedstawiajac ją jako organizacje wrogą narodowi polskiemu. Gęsto cytuje w niej Borodziej wspomnienia byłych ubeków zwalczajacych po 1945 podziemie. Jedyną słuszną formacją zbrojną według Borodzieja była Gwardia Ludowa. A przecież była to organizacja marginesowa i nie mająca w wielu regionach żadnego poparcia. Trudno zresztą wierzyć twierdzeniom Borodzieja, że w wiejskich regionach chłopi wspierali właśnie komunistów. Jest to wypatrzone i sfałszowane spojrzenie na historię wojenną i powojenną. Tłumaczenie tendencyjnej publikacji z 1985 roku, nie wywołało żadnej dyskusji, ani w Polsce, ani w Niemczech. Wręcz przeciwnie, Borodziej jest czesto zapraszany na wykłady do Niemiec i dostaje tam nagrody. Dyrektor Niemieckiego Instytutu Historycznego w Warszawie prof. Ziemer dobiera sobie pracowników jak mu się podoba. Przeważnie zajmują się oni historią najnowszą lub politologią, i to w instytucie historycznym. Ziemer nie ma pojęcia o historii Polski, doktorat robił bodajze o kolonialiźmie w Afryce. Później po 1981 przerzucił się na Polskę, bo temat był modny. Z pewnością Ziemer ma pewną wyuczoną wiedzę. Tutaj konflikty są praktycznie np. z Musiałem zaprogramowane. Problemem nie jest jednak Ziemer, tylko jego konszachty z Borodziejem i jego sitwą. Weźmy np. pod uwagę recenzję prac Borodzieja, które Musiał opublikował w mniej znanym czasopiśmie „Arcana“ z Krakowa, ponieważ „Kwartalnik Historyczny“ i Przegląd Historyczny“ (oba Warszawa) odmawiają mu ich publikacji. Przypatrzmy się kolegium redakcyjnemu „Kwartalnika Historycznego“: Tomasz Kizwalter, Wojciech Kriegseisen, Michael G. Müller. Michael Müller, to ten który krytykuje Musiała w prasie niemieckiej. Müller jest ze strony niemieckiej szefem komisji podręcznikowej. Müller doktoryzował sie w Berlinie, podobnie jak profesor historii europy wschodniej Troebst z Lipska (znajomi), który mial dobry kontakt z Wóycickim, bylym szefem Instytutu Polskiego w Lipsku. Ze strony polskiej uczestniczą w komisji prof. Traba jako szef, równocześnie dyrektor placówki PAN w Berlinie, Wojciech Kriegseisen, profesor UW, redaktor „Kwartalnika Historycznego” (przyjaciel pani prof. Augustyniak UW, historia nowożytna), no i dr hab. Krzysztof Ruchniewicz, koordynator naukowy projektu, decydujący o autorach. Ruchniewicz, byly habilitant u Borodzieja załatwil prof. Troebstowi gościnną profesurę w Instytucie im. Brandta we Wrocławiu, którego był wówczas dyrektorem. Prof. Troebst zajmuje się historią Polski, ale nie mówi po polsku. Wykłady były tylko po niemiecku i Troebst promował na wykładach niemiecką wizję wypedzeń, jest on zwolennikiem centrum wypedzeń w Görlitz. Troebst razem z Ruchniewiczem wydali publikację o przezwyciężaniu historii. Kto decydował o takiej pozycji która dostala Kinga Hartman, konkubina Wóycickiego? Z pewnością saksońskie ministerstwo oświaty zasięgało opinii, ale czyich? Oczywiście fachowców od historii Europy wschodniej z Niemiec. Pani Hartmann, która jest pedagogiem, a jej pojęcie o historii jest dosyć mgliste, organizuje teraz konferencje na temat wspólnego podręcznika, a gośćmi na konferencjach są min. Wóycicki i Ruchniewicz. Wóycicki odszedł z IPN, który teraz krytykuje, ale w czasach kiedy był jeszcze redaktorem naczelnym „Zycia Warszawy“ sprzedawał sie jako gorliwy katolik i bliski współpracownik Mazowieckiego, obecnie jest lewicowcem jak Borodziej. Wspólnie z Borodziejem wydali jedną publikację już w 1997 roku, wówczas Wóycicki dostał seminaria na Uniwersytecie Warszawskim. Wóycicki doktoryzował się bardzo późno, bo w roku 2000 na Uniwersytecie Wrocławskim na temat stosunków polsko-niemieckich u prof. Zybury, specjalisty od starszej literatury niemieckiej. Po tym doktoracie był już wykładowcą (bez żadnego doświadczenia akademickiego, czasowo był nawet dyrektorem Centrum Stosunków Międzynarodowych w Warszawie. Będąc dyrektorem Instytutu Polskiego w Lipsku zapraszał tam często na wykłady Zyburę, swojego promotora oraz Ruchniewicza. Wóycicki zainicjował też tzw. rozmowy w „Schlesisches Museum“ w Görlitz, na które byli zapraszani Zybura i Ruchniewicz. Oba Instytuty Polskie w Düsseldorfie i w Lipsku za dyrektoratu Wóycickiego miały kiepską sławe. W Düsseldorfie mocno skłócił się z tamtejszą Polonią. Potem przeszedł w 2004 roku do IPN, a w 2007 roku wrócił do kariery akademickiej i został dyrektorem Instytutu Niemiec i Europy Północnej w Szczecinie, gdzie już wcześniej był pełnomocnikiem rektora Uniwersytetu Szczecińskiego ds. współpracy międzynarodowej pełniąc równocześnie funkcję dyrektora Instytutu Polskiego w Lipsku. Wóycicki ma świetną karierę akademicką przed sobą, w końcu ma może 10 artykułów na swoim koncie, wszystkie na temat stosunków polsko-niemieckich. W roku 2007 otrzymał nawet za swoje posługi “krzyż zasługi RFN“.Warto obejrzeć prezentację internetowę instytutu w Szczecinie. Członkami zarządu są min. Borodziej, Kerski, Hambura, Krzemiński i Zybura. Wspomniany już profesor od literatury Zybura jest równocześnie profesorem w Centrum im. Willy Brandta we Wrocławiu, którego dyrektorem był przez kilka lat Ruchniewicz. Zybura zasłynał nie tylko swoimi poczytnymi opowiastkami o Niemczech i Niemcach w Polsce, w których demaskuje on „komunistyczną propagandę“ i ale też i artykułami w gazetach. Najlepszy artykuł był o niemieckim Krakowie, który walczył z Łokietkiem. Chodzi tutaj o tzw. bunt niemieckich mieszczan krakowskich w 1311 roku, którzy pragnęli osadzić na tronie krakowskim Wacława Czeskiego. W rzeczywistości ten „specjalista“ od historii pomylił Przemysła Wielkopolskiego walczącego w latach 1280ych z Wacławem, zmarłym w roku 1305. W radzie naukowej Centrum im. Willy Brandta we Wrocławiu zasiadają min. profesor Wrzesiński, promotor obydwojga Ruchniewiczów, oraz profesor Ziemer, dyrektor Niemieckiego Instytutu Historycznego w Warszawie. Na zdrowie! Odpowiedz Link Zgłoś