Gość: kolarz
IP: *.gprs.plus.pl
16.04.09, 13:19
Wymyślam sobie, że pojadę na moją ulubioną trasę do Butryn. Jakoś przebijam się przez centrum - śmierdzi spalinami, kierowcy zajeżdżają mi drogę, wymuszają pierwszeństwo, trąbią, bywa, że rzucą bluzgiem. Z automatu pokazuje im "fucka" i jadę dalej.
Zaczyna się koszmar przejazdu Sikorskiego. Aby z dołu Pstrowskiego w ogóle się na nią dostać, mam następujący wybór: skręcić w ulicę i zaryzykować mandat, bo zakaz jazdy na rowerze, przeciąć Sikorskiego, zawrócić i wjechać na chodnik albo wjechać na chodni po prawej stronie Sikorskiego (co wymusi potem konieczność przejścia przez przejście dla pieszych, aby dostać się na tzw. ścieżkę)
Wybieram wariant drugi i po chwili jestem na lewym chodniku Sikorskiego. Krótki, w miarę gładki zjazd i muszę zwolnić, aby pokonać bzdurnie wyprofilowane krawężniki ograniczające wjazdy na prywatne posesje. Mijam przystanek autobusowy pilnując, aby nie wychrzanić się na krzywych płytkach chodnikowych. Jeszcze tylko przejazd przez ulicę prowadzącą do Tesco i jestem na "ścieżce" rowerowej.
Jadę wymijając pieszych idących po ścieżce i rozkoszuję się atrakcjami. Nisko zawieszone gałęzie drzew wesoło obijają mi się o kask, 3-krotnie przekraczam jakieś dojazdowe jezdnie w wysokimi (tj. niedostatecznie obniżonymi) krawężnikami.
Jeszcze tylko przystanek i już jestem na światłach przy Synów Pułku. Odprężenie sięga zenitu, bo wiem, że postoję tu na czerwonym przynajmniej kilka minut. Dla skrócenia sobie czasy wciskam przycisk uruchamiający zielone światło - i tak to nic nie da. Wreszcie zielone. Ruszam żwawo, bo wiem, że palić się będzie krótko.
Oto jestem na jednym z nielicznych odcinków olsztyńskich tras rowerowych, który wykonany jest z asfaltu. Znakomitego humoru nie psuje mi, że wydzielono na nim miejsce, gdzie może sobie zaparkować policyjny radiowóz.
Po krótkim kawałku czeka mnie jeszcze slalom między pieszymi, którzy za nic mając oznakowanie czekają na przystanku akurat na ścieżce. Wreszcie Wańkowicza!
Tu zawsze dylemat: albo przejechać na drugą stronę Sikorskiego (to wymusi długie czekanie na czerwonym - i to 2 razy, bo potem trzeba pokonać dojazd do Reala) czy powytrząsać się na krzywym chodniku od storny Nagórek. Wybieram wariant pierwszy, bo od razu trafiam na kolejną "ścieżkę". Jeszcze tylko 1 światła i jadę - przede mną jakieś 300 m bezkolizyjnej jazdy. Potem 2 razy krawężniki i ścieżka w budowie - przynajmniej raz muszę zejść z roweru.
Ale - Ale! Oto już Wilczyńskiego. W miarę bezproblemowo docieram do skrętu na Butryny i oto jest - 15 km gładkiej i rzadko uczęszczanej przez samochody szosy. Ptaszki śpiewają, wiaterek powiewa. Przede mną niecała godzina spokojnej jazdy, potem powtrót i znów pół godziny przebijania się przez miejski tor przeszkód, wymyślony przez Zarząd Dróg i jego wspaniałego dyrektora.
Nic mnie jednak nie zniechęci, rower to mój nałóg. Czuję, że żyję.