IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 10.03.04, 21:54
Dziesiątki sfałszowanych faktur, remont prywatnego domu na koszt firmy,
fikcyjne zatrudnianie członków rodziny, prowadzenie niedozwolonej
działalności konkurencyjnej i podejrzane interesy z opolską firmą
ubezpieczeniową
- to ustalenia dziennikarskiego śledztwa "NTO" w sprawie byłej szefowej
Estrady Opolskiej.


Odeszła za porozumieniem stron
Po tym, jak prokuratura zarzuciła Violettcie L. wyłudzenie 169 tysięcy
złotych podatku VAT, prezydent Ryszard Zembaczyński wyrzucił ją
dyscyplinarnie z pracy. Była dyrektor zaskarżyła tę decyzję w Sądzie Pracy w
Opolu, który zaproponował ugodę: odejście za porozumieniem stron w zamian za
rezygnację Violetty L. z trzymiesięcznej odprawy. Prezydent wyraził zgodę,
bo - jak tłumaczył jego rzecznik - ratusz chciał się szybko pozbyć pani
dyrektor.

Firma o 45-letniej tradycji, organizatorka legendarnych festiwali polskiej
piosenki w Opolu, tonie w długach i pewnie nie dotrwa najbliższego festiwalu.
Jej majątek zajął Urząd Kontroli Skarbowej, ale to nie wystarczy na pokrycie
wszystkich długów - dopłacą podatnicy.
Opolska prokuratura zarzuca dziś byłej dyrektor Estrady Opolskiej próbę
wyłudzenia podatku VAT na kwotę 169 tysięcy złotych. Ustaliliśmy, że sprawa
VAT-u to ledwie epizod wobec innych patologii, które miały miejsce w
Estradzie za panowania Violetty L.

Pani dyrektor remontuje
Pracownicy Estrady Opolskiej, do których dotarliśmy, nie godzą się na
podawanie ich nazwisk w gazecie, nie mają jednak nic przeciwko nagrywaniu
rozmów. Pod nazwiskiem w tym tekście wystąpi jedynie Emilia Upirów, która
objęła na krótko szefostwo Estrady po zatrzymaniu Violetty L.
- Kiedy wgryzłam się w papiery Estrady, włosy stanęły mi dęba - mówi. -
Takiego festiwalu prywaty i niekompetencji nigdy wcześniej nie widziałam.
Pracownicy Violetty L. twierdzą, że przestępcza działalność byłej dyrektorki
zaczęła się w momencie, kiedy odkryła ona, że wiele swoich prywatnych potrzeb
może realizować za pomocą sfałszowanych faktur wystawianych na firmę, którą
kierowała.
- Zaczęło się "niewinnie", jakaś kolacyjka z przyjaciółmi, wpisana potem
jako "spotkanie biznesowe" i opłacona z kasy Estrady - mówi pracownica Ł. -
Potem jakieś prywatne prezenty, opisywane jako upominki biznesowe. Pani Violi
tak się spodobał ten sposób finansowania prywatnego życia, że brała na firmę
nawet drobnicę - towary za 30-50 złotych.
Inna pracownica ze zdumieniem odkryła w dokumentacji spółki fakturę wypisaną
na pokrycie kosztów imprezy, która w ogóle się nie odbyła.
- To było dwa tysiące złotych "na konsumpcję" - opowiada W. - Była ona
opisana i podpisana tylko przez panią dyrektor, co już było złamaniem prawa.
Chodziło o pokrycie kosztów rzekomej "konsumpcji dla załogi Estrady Opolskiej
na podsumowaniu zakończenia okresu imprez plenerowych".
Nasi informatorzy opowiadają, że prawdziwe szaleństwo zakupów "na Estradę"
rozpoczęło się wraz z nabyciem przez panią dyrektor domku pod Opolem i
rozpoczęciem jego generalnego remontu.
Pracownica A.: - Wtedy na Estradę leciały faktury za drzwi, okna, olbrzymie
ilości farb i wszystkiego, co tylko trzeba do remontu.
- Były kable, jakieś czujki ruchu i tym podobne specjalistyczne akcesoria -
opowiada Ł. - Ale też materiały wykończeniowe: rolety, dywany, wykładziny,
ramy do obrazów, tkaniny, jakieś dekory z wrocławskiej Ikei...
Ruszyliśmy tropem faktur wystawionych przez opolskich budowlańców za rzekome
usługi dla Estrady Opolskiej w 2001 roku.
- Drzwi antywłamaniowe? - zastanawia się Marcin Niestrój, właściciel zakładu
mechaniki precyzyjnej z ul. Rzecznej w Opolu. - Przypominam sobie, robiłem je
i montowałem w domu pani dyrektor L. w Lędzinach pod Opolem. Nie interesowało
mnie, na kogo leci faktura. Kazała robić u siebie, to robiłem.
Inny opolski budowlaniec też rozmawia otwarcie, ale prosi, by nie podawać
jego nazwiska. Pan Piotr, właściciel zakładu malarskiego z Osin pod Opolem,
wystawił Estradzie Opolskiej fakturę na 3734 złote.
- Wymalowałem za to wszystkie pokoje w prywatnym domu pani L. w Lędzinach -
mówi. - To wyglądało na generalny remont. Nie zastanawiałem się nad adresatem
faktury, tylko robiłem to, na czym się znam i za co mi ta kobieta zapłaciła.
Emilia Upirów: - W styczniu 2003 roku, kiedy przejmowałam Estradę po dyrektor
L., przeprowadziliśmy wizję lokalną z udziałem policji. Uznałam, że biuro
jest zapuszczone, od lat nie remontowane. Nie było oczywiście żadnych nowych
okien czy drzwi, a farba na ścianach wyglądała tak, jakby pamiętała czasy
Sipińskiej, Sośnickiej i dyrektora Bartkiewicza.
Pracownica A. dodaje: - Siedziba Estrady to trzy mocno zapuszczone pokoje
biurowe plus dwa magazyny, jeden w budynku Estrady przy ulicy Kośnego, a
drugi w firmie Energopol. Pani dyrektor, kiedy zrobiło się gorąco wokół
faktur, kazała nam powtarzać, że farby poszły na magazyny. Problem w tym, że
w magazynach ściany są białe, a farby, które kupowała na Estradę, żółte i
niebieskie.

Grunt to rodzinka
Jedna z byłych pracownic Estrady opowiada o polityce kadrowej dyrektor L.
- Kiedy przyszłam do pracy, spojrzałam na listę płac - wspomina W. - Obok
kobiet, które na co dzień, od rana do popołudnia widziałam w biurze,
figurowało tam też trzech facetów. Problem w tym, że widziałam ich tylko na
papierze. Dwóch z nich nie przychodziło do pracy w ogóle, a jeden bardzo
sporadycznie. Wpadł, napił się kawy, wykonał kilka telefonów, wysikał się i
ruszał dalej. Któregoś dnia zapytałam dziewczyny: o co chodzi? A one
tłumaczą, że ten, który czasem wpada, to mąż dyrektorki, a ci, których w
ogóle nie widać, to jej brat i dobry znajomy.
A.: - Ta trójka dżentelmenów nie przepracowała tygodnia, żeby przyszli rano
do pracy i wyszli po południu. Na dodatek mąż pani dyrektor jeździł stale
służbowym samochodem Estrady.
Nasi informatorzy twierdzą, że aby dotrzeć do jądra estradowego układu,
trzeba poznać agencję Adavio, która nazwę wzięła od imion małżonków L.: Adam
i Violetta. Adavio działało jako zespół muzyczny i agencja artystyczna.
- Jeśli jakakolwiek firma przychodziła do Estrady i zlecała wykonanie np.
koncertu dla pracowników, to było niemal pewne, że pani dyrektor zleci robotę
zespołowi męża - mówi była pracownica Estrady. - Była dyrektor miała nawet
przećwiczony wariant, gdyby jakaś firma nie chciała zespołu Adavio, bo np.
grało już u nich wcześniej i się nie spodobało. Wtedy nasz klient dostawał
zespół "Estrada Band", albo "Zespół Estrady Opolskiej". Ale Estrada i tak
płaciła za koncert Adavio, bo tylko kilku muzyków było podmienionych.
Nieoficjalnie wiemy, że w Estradzie Opolskiej dochodziło także do podwójnego
opłacania Adavio. Mówi o tym informator K.:
- Estrada płaciła Adavio za imprezę, np. od dwóch do trzech tysięcy złotych,
ale oprócz tego szły z Estrady osobne umowy dla wszystkich członków zespołu,
po około tysiąc złotych na muzyka. W ten sposób ukrywano podwójne
finansowanie tej samej imprezy. Dochodziło do takich absurdów, że zespół męża
pani dyrektor, który był wprawdzie sprawny, ale grał weselne "um pa pa",
kosztował tyle, ile uznane polskie gwiazdy, np. Marcin Rozynek. Takich
koncertów bywało i po dwa w miesiącu, więc łatwo policzyć, ile rodzina pani
dyrektor wyciągała z Estrady, licząc faktury na Adavio, "na dom" i "na
życie", a także pieniądze wynikające z umowy o pracę dla trzech członków
rodziny.
Pracownica J.: - W pewnym momencie główne wydatki, z tytułu organizacji
imprez przez całą Estradę, stanowiła obsługa zespołu muzycznego męża pani
dyrektor.
J.: - Mąż, jako etatowy pracownik Estrady, nie mógł prowadzić działalności
konkurencyjnej wobec niej, ale notorycznie to robił w ramach Adavio. W
praktyce wszystkim kierowała pani dyrektor, bo pracownicy firmy wiedzieli, że
to ona jest mózgiem rodzinnego interesu, nawet comiesięczną wypłatę męża i
brata pobierała osobiście.
Emlia Upirów: - Nie zdawałam so
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka