Dodaj do ulubionych

maraton pieszy

05.10.08, 15:56
zgubilem sie juz na pierwszym kilometrze. ide z grupa, oni mysleli ze ja wiem
gdzie ide, ja myslalem ze oni wiedza gdzie ida. nawet specjalnie nie
spradzalem poczatku trasy do glowy mi nie przyszlo, ze na poczatku ludzie beda
sie gubić. innym tez nie przyszlo. tak wiec wyladowalem na szarym koncu. i to
szarutkim bo grupa byla ostatnia startujaca z 20 minutowym opoznieniem.
rozrzedzili nas troche. sluchalem co grupa mowi jakim szlakiem trzeba isc i w
penym momencie swiece latarka : panowie, to nie ta droga. szedl taki dojrzaly
pan. ale sie wkurwil, bo nie dosc ze nie zapalilem latarki i kradlem jemu
swiatlo, to jescze wyprowadzilem na manowce. ja przyspieszylem, a on zostawal
coraz dalej i dalej. moze zabralem mu cenny czas?

pozniej zaczelem sie rozpedzac. doszedlem do grupy oddalonej. i tak ide za
nimi. raptem oni gdzies w boczek na chwilke. wiec napieram sam. w odleglosci
kilkudziesieciu metrow napiera drugi osobnik za mna. nie powiem ide dosc
niepewnie, bo jeszcze do tego momentu mapy nie chcialo mi sie otworzyc, a
orientacje w terenie mam chujowa, nudzi mnie to, wiec sie rozgladam w tyl jak
ida. ale w pewnym momencie mysle sobie. huj, sam dam rade. nie mozna byc
ciagle beksom. nawet jesli nie ma sie czolowki, i bajeranckich butow do chodzenia.

rozwidlenie. kazdy moze isc jak chce do celu. wszyscy pedza przez las, bo
krocej. a ja skrecam w asfaltowke, za mna idzie w odleglosci kilkudzieseciu
metrow moj cien. 2 panow od asfaltowki, i kilka setek od lasu. bo podobno
wszyscy szli lasem.

ide. byle do przodu. mapa krece w te i we wte, bo borderlajny orientacje w
terenie maja hujowa. bylem pewny ze jestem na samym koncu. nie dosc ze na
starcie zgubienie sie, to jeszcze dluzsza asfaltowka. moj cien za mna. po
dlugim marszu przez miasta, dochodzimy do skryzowania gdzie si emialy laczyc
trasy. i zywej duszy. bylo pewne ze wszyscy z przodu.

wchodze w las i dluga droga przez las. samiutki napieram przez ciemna puszcze,
wokol zywej duszy. czasami, z 200 metrow za mna swieci sie slabiutkie
swiatelko mojego cienia. dlugo tak sam chodzilem. w koncu szedlem na samym koncu.

na koncu etapu raptem zywa dusza na laweczce. myslalem ze dogonilismy jakiegos
marudera. on rusza ja za nim, wlecze sie, potyka. no kogos moze przegonie. cos
we mnie wstapilo, zaczelem gnac. krete sciezki przez krzewy i dolinki, jak w
jakims labiryncie. po godzinie, raptem widze swiatelka. ale jakos dziwnie ida,
nie trasa, tylko z boku na mnie napieraja. zgubili sie albo skroty, ale skad
sie wzieli, przeciez bylem na samym koncu?

napieram dalej. oddalilem sie od grupy. raptem na przeciw mnie w centrum
puszczy pojawia sie sedziwy staruszek w plaszczu, bez oswietlenia i idzie
majestatycznie. wygladal jak sartre. no ciekawie mysle sobie. po pol godzinie
widze wbity w drzewo noz. i akurat tam gdzie ten noz, raptem w ciemnym lesie
szlysze odglosy w krzakach. morderca! zamieram ide do przodu, moze to zwierz,
ale czemu akurat przy nozu, jak nic morderca. po kilkanastu minutach para
kochankow, jakis dres ze swoja dziewczyna, ona wskakuje mu na barki zwinnie.
kurwa co oni wszyscy robia w srodku lasu. albo to moje halycunacje.
kochankowie znikaja raptem, rozplywaja sie. chyba trace zmysly.

z oddali swiatelka. zbliza sie punkt kontrolny. o w morde. do czegos
doszedlem. bardzo chcialo mi sie pic. na ziemi lezy kilka butelek wody, ale
mam fobie spoleczna i boje sie poprosic. wiec nie zrobilem przerwy, ide dalej.
myslalem ze to moj blad. ale to byl chyba palec bozy.

ide, za mna dwie dziewczyny. co chwila, zerkam do tylu, i co chwila musze
zawracac bo one widac lepiej znaja trase. wyprzedzam je i znow zawracam. i tak
kilka razy. dogania mnie moj cien. i przegania. ale jakos kilka osob zaczelo
sie pojawiac w okolicy. moze kogos dogonilismy? raptem zaczynaja nas
przeganiac biegacze. startuja pozniej i wyprzedzaja mnie w takim miejscu ze az
wstyd. chyba trzy razy szybciej biegna. no i wleczemy sie jak ci looserzy na
koncu.

wchodze w dluga ciemna droge piaszczysta. jakby spad deszcz to ch yba po
kolana blota by bylo i nikt by mnie nie wyciagnal stamtad. a droga dluga. na
koncu punkt kontrolny. 34 km trasy. wchodze i mi s templuja paierek. i
pomyslalem ze teraz odpoczne. nie ma co gnac i tak ide na koncu. to juz byl
palec diabla. tak siedze i raptem co chwila ktos za mna wchodzi do mety,
pojedyncze osoby i grupki. jakos dziwnie zbiera sie tych ludzi, nawet jakas
klasa mlodziezy. panowie z psami haski.z dwadziescia osob za mna. nie wiem o
co chodzi. odpoczywam. i wstaje chetny do dalszego marszu skoro jest tak
ladnie. i sie dowiedzialem czemu nie nalezy odpoczywac. kolana zaczely bolec
okrutnie. ide coraz wolniej. grupa z punktu kontrolnego sie oddala.
przeganiaja mnie ludzie. zostaje sam. nie patrzylem specjalnie na mape.
erknelem tylko bo widzialem ze jeden szlak idzie, chyba sie nie zgubie, wiec
po prostu ide przed siebie. do 50 km dociagne. ale jakos tak duzo rozgalezien,
dziwnych kolorow szlakow. nie wiem o co chodzi, droga niewydeptana. raptem o 4
nad rano dociera do mnie, ze teraz to naprawde sie zgubilem. kraze bladze
nigdzie zywej duszy. nijak zsynchronizowac mape z terenem, jakies dziwne
szlaki. ale widze charaktrystyczne swiatlo na srodku laki. na mapie jest taka
osada. synchronizuje mape i okazalo sie ze wcale sie pierwotnie nie zgubilem,
tylko niepotrzebnie spanikowalem. ide dalej. czuje ze koniec odcinka blisko bo
juz bylem w tej okolicy i poznaje. ale czemu mam wrazenie ze ide w kolko?
czemu nie moge dojsc do celu skoro blisko? o co chodzi? znow sie zgubilem!
teraz naprawde. kolana mnie tak napierdajala, ze ide drobnymi kroczkami.
pozniej sie okazalo ze mialem tak isc przez kilka godzin, placzac wyjac i
przeklinajac. juz tylko chcialem dojsc do pksu. i tak szukam drogi. i tak jej
szukalem, ze nadrobilem pelno km, w hujowym gorzystym terenie, idac zamiast z
lasu to do centrum lasu. w koncu do mnie dotarlo ze nie ma co tak isc, wraca,m
sie. kolana mi nie pozwalaly. kroczki 10 cm. to byla najdluzsza moja droga w
zyciu. wielogodzinne godzine przejscie w sumie kilkunastu km. na konu drogi
znow pod gorke. ciagly pech, nogi juz mi sie nie zginaja. ide jak kaleka.
doszedlem do pksu po 8 rano i tam jakas para z marszu. zaczelem gadac. i
okazalo sie ze oni godzine pozniej doszli do drugiego etapu, wczesniej ciagle
sie gubiac. i ze pelno osob sie gubilo. i oni startujac 20 minut przedemna
byli godzine po mnie. i podobno na 34 km. i mowili ze po nich peklno osob
szlo. czylii ja tak idac myslalc ze ostatni, szedlem na calkiem ladnej
pozycji. no moze nie w czubie. ale w srodku stawki napewno. a wszystko to
dzieki temu ze wybralem asfaltowke.
Obserwuj wątek
    • jak_mi_sie_nic_nie_chce Re: maraton pieszy 05.10.08, 16:00
      do celu jednak nie doszedlem. maratonu nie ukonczylem, choc km ponad 50
      zrobilem, ale sie pogubilem.
      • jak_mi_sie_nic_nie_chce Re: maraton pieszy 05.10.08, 16:06
        i gdyby nie ten pech, ze zaczelem krecic sie w kolko bo kwadracie ze sciezek o
        dlugosci kilkaset metrow, doczlapalbym sie do mety. a tak czlapalem nie wiedzac
        gdzie. bylo tak blisko, tylko hipokamp do dupy
        • aidka Re: maraton pieszy 07.10.08, 18:25
          podoba mi się opis Twego marszu.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka