xyz-xyz
08.09.06, 12:58
Polityka 36/2006
Zabawa na sto dwa
Zacznę od futbolu. Po ekstrakcji Jerzego Pilcha brakuje felietonu
piłkarskiego. Podczas występów naszej reprezentacji na mundialu w Niemczech
media donosiły, że piłkarze wypadli źle, ale polscy kibice wypadli doskonale.
Nie tracili wiary w naszą drużynę. Z transmisji wynikało, że im gorsze nasi
piłkarze zbierali cięgi – tym lepsze nastroje na trybunach.
Daniel Passent
Radość kibiców była jeszcze większa podczas dwóch porażek Legii z ukraińskim
Szachtarem. Śpiewali, tańczyli, skandowali, a w pewnej chwili rozpostarli nad
trybunami stumetrową panoramę Warszawy niczym śmiertelny całun. Widowisko
lepsze było na trybunach niż na boisku. Reakcja kibiców była zrozumiała – po
co zawracać sobie głowę partaczami, jeśli można mieć igrzyska bez szamanów.
Skoro czarodzieje piłki nie potrafią czarować, to publika czaruje się sama.
Ta zabawa na widowni wbrew porażkom na boisku, wbrew temu, co dzieje się
naprawdę, stanowi zdrową reakcję na partactwo i miejmy nadzieję, że wkrótce
będzie dotyczyć nie tylko piłki nożnej. (Już to widać po niskiej frekwencji
wyborczej). Ludzie po prostu nie chcą przyjmować pewnych faktów do wiadomości
i trudno im się dziwić. Nie chcą, żeby odbierano im to, co jest ich pasją,
stanowi treść ich życia.
W tym miejscu proponuję wyjść ze stadionu na szerszą arenę. Kilka miesięcy
temu pisałem o pięknej karierze (i książce) sławnego szablisty Wojciecha
Zabłockiego. Zadawałem pytanie – dla kogo Zabłocki walczył, dla kogo zdobywał
mistrzostwo świata, kogo reprezentował – sowieckiego satelitę, węgierskiego
trenera, Polskę Ludową, PRL? Co ma teraz zrobić ze swoimi medalami,
odznaczeniami i z profesurą wręczoną przez Kwaśniewskiego? Nowa polityka
historyczna, która dezawuuje nie tylko dyktaturę, ale wszystko, co ma związek
z PRL, która uznaje, że kto zrobił wtedy karierę, ten jest „be”, kto żył w
PRL, ten jest podejrzany (nawet jeśli był w opozycji lub nie daj Boże siedział
w więzieniu), usiłuje tym samym całe pokolenia pozbawić życiorysu.
W ostatnim „Pomocniku historycznym” („Polityka”) ukazał się sympatyczny
artykuł z dziejów jazzu w PRL, utrzymany w tonacji lekko kombatanckiej. Dziś
trudno zrozumieć, jak wielki obóz pokoju i postępu mógł wojować z
saksofonistami, którzy teraz pokazują swoje blizny. Młody dziennikarz chciałby
wiedzieć, jak te represje wyglądały, jak grano pałkami MO na perkusji, byłoby
fajnie usłyszeć, że perkusista grał w celi pałeczkami na kaloryferze albo na
kratach, za którymi wystukiwał rytm klucznik. Niejeden jazzman patrząc wstecz
na swoje życie w PRL ma prawo zadać sobie pytanie: kim był grając „St. Luis
Blues”? Kolaborantem, który umilał system? Orkiestrą, która grała w
Oświęcimiu? Bojownikiem o wolność? Wentylem bezpieczeństwa? Listkiem figowym,
który zasłaniał represje? Kim byliśmy i jak żyć dalej? – to pytanie dręczy
każdego, kto nie jest młodocianym posłem, który zamiast ćwiczyć na trąbce,
ćwiczy na straconym pokoleniu.