julz
03.04.05, 09:42
16 października 1978 roku miałem służbę podoficera dyżurnego w baterii Szkoły
Oficerów Rezerwy przy Oficerskiej Szkole Wojsk Przeciwlotniczych w Koszalinie.
Słuchałem Polskiego Radia, bodaj programu I. Wiadomość o wyborze Wojtyły na
papieża podano późnym popołudniem albo nawet wieczorem, w każdym razie stu
kilkudziesięciu młodych ludzi, tak jak ja powołanych po studiach do wojska,
siedziało w tak zwanym "czasie wolnym": spali, czytali, grali w karty, dłubali
w nosie, pili pokątnie wódę - co kto lubił. Nie zastanawiałem się długo, jakiś
impuls kazał mi ogłosić tę nowinę tak samo, jak ogłasza się w wojsku alarmy,
polecenia dowódców czy inne tego rodzaju wydarzenia (kto był w wojsku, ten
wie). Większość chłopaków wyszła czy też wyjrzała na korytarz, nie dowierzając
mojemu ogłoszeniu.
Przez następne dwa dni oficer do spraw politycznych, pamiętam, że był to
niewysoki gość w stopniu kapitana (nawet pamiętam jak się nazywał, ale nie
warto tego zapamiętywać), usiłował mi zrobić koło pióra za to, że ośmieliłem
się "uprawiać propagandę religijną na terenie jednostki" (!!!). Na szczęście
ktoś mu to jednak wkrótce wybił z głowy. Wówczas jeszcze nikt z nas nie
wiedział, jak ważny etap życia się zaczyna i dla naszego narodu i dla nas
samych, dla życia wszystkich ludzi na naszym globie, ale "coś" zmusiło mnie do
tej reakcji wówczas, wieczorem po konklawe, i to samo "coś" kazało uznać to
działanie potem moim ówczesnym dowódcom, wbrew opinii politruka, za uzasadnione.
Świat zmienia się przez zmianę drobnych zachowań poszczególnych ludzi. Te
zmiany zaczęły się już wtedy.