vobiska1 21.03.08, 12:39 Ks.jan Twardowski Korona tulić Jego głowę z pierwszymi włosami w Betlejem pod gwiazdą uprzejmie schyloną w Nazarecie głaskaną Maryi rękami kto przytuli do siebie z korona cierniową. Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
vobiska1 Re: Wielki Piątek 21.03.08, 15:59 Ojcze Przedwieczny ofiaruję Ci Ciało i Krew Syna Twojego a Pana naszego Jezusa Chrystusa na przebłaganie za grzechy nasze i całego świata! Dla Jego bolesnej Męki miej miłosierdzie nad nami i nad całym światem!!!! Odpowiedz Link Zgłoś
vobiska1 Re: Wielki Piątek 24.03.08, 12:53 Drogi współczesny katoliku! Wbij sobie, uprzejmie proszę, do głowy i serca raz na zawsze, że Kościół naprawdę nie potrzebuje tych naszych parówek, głodówek ani piątkowych wieczorów bez house'u, drum'n'bassu, techno czy trance'u. To MY ich potrzebujemy, choćby po to, by raz na jakiś czas przekonać samych siebie, że umiemy sobie czegoś odmówić. Poza tym, post to doskonała okazja do pokazania, że zdajemy sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy na tym świecie sami. Że obok są ludzie, którzy chorują na raka, walczą z alkoholizmem, nie mają pracy, przechodzą kryzys albo depresję. Jeśli nie idziesz ze znajomymi na imprezę, możesz pokazać, ze łączysz się z nimi w duchu. To niezrealizowane pragnienie, tę odrobinę empatii czy refleksji w piątkową noc możesz zadedykować właśnie im. A pieniądze przeznaczone na wejściówkę (na parówkę) możesz odkładać do koperty, a później kupić za nie leki starszej, biednej sąsiadce. To jest właśnie sens postu. Bo post nie ma być udręczaniem się bez sensu czy rodzajem pobożnej diety – post ma być odrobiną wyrzeczenia, która zmienia twój świat na lepsze. Rzecz jasna, jeśli chcesz być dobrym człowiekiem, to pozostaniesz nim bez względu na to, czy tańczysz w Wielkim Poście i czy w piątek wcinasz kabanosy. Czynienie dobra niemal zawsze wymaga od człowieka oddania nieco własnego pola. Dojrzałe życie polega nie tylko na unikaniu zła, ale czasem również rezygnacji z rzeczy, które obiektywnie wydają się dobre. Skoro musisz tańczyć – tańcz. Ale zapłać ten rachunek w innej walucie. Nigdy nie wiesz, kiedy przyjdzie czas, w którym będziesz prosił, żeby ktoś ten rachunek zapłacił za ciebie. Odpowiedz Link Zgłoś
vobiska1 Re: Wielki Piątek 24.03.08, 13:02 Śmierć stwarza życie Renata Arendt-Dziurdzikowska Co umiera w nas na kolejnych etapach życia? Z czym się żegnamy? Co opłakujemy? Młodość? Dzieci, które wyszły z domu? Utraconą pracę? Przyjaźń? Miłość? Wiarę w siebie? Jeśli otworzymy drzwi do śmierci, będą one prowadziły do światła, a nie – jak sądzimy – do jeszcze większej ciemności. R E K L A M A czytaj dalej Pozwolić umrzeć to narodzić się do życia. Rodzimy się i umieramy wiele razy – niektórzy nawet twierdzą, że codziennie, w każdej chwili. Co więc umiera? Co domaga się pogrzebu i żałoby? Jaka nowa miłość czeka za rogiem? Ludzie, którzy przez długi czas towarzyszyli umierającym, mówią i piszą zdumiewające rzeczy: że sposób, w jaki odchodzimy, zależy od tego, czy nasze serca są przytłoczone ciężarem niedokończonych spraw, niepożegnanych ludzi, czy wręcz przeciwnie – zamknęliśmy minione rozdziały życia. Wiele w nas niewypłakanej żałoby – po śmierciach bliskich, ale nie tylko. Po dziecku, które opuszcza dom, aby zacząć własne, dorosłe życie. Po rozstaniu z ukochanym, utracie pozycji w społeczeństwie, utracie pracy, wiary w siebie. Nieprzeżyte rozstania powodują, że z trudem przychodzi nam także rozstać się z własnym ciałem i z ufnością wyjść na spotkanie Tajemnicy. Tymczasem „śmierć jest całkowicie bezpieczna” – pisze w swoich książkach („Kto umiera?”, „Gdybyś miał przed sobą rok życia” – wydawnictwo Szafa 2001) Stephen Levine, terapeuta pracujący z umierającymi. Nie musimy umierać pokonani przez śmierć, przytłoczeni wyrzutami sumienia i poczuciem klęski. Możemy odejść w pokoju, przepełnieni wdzięcznością. Umierający mówili mu: „Niech pan nie traci ani sekundy, niech pan mówi ludziom, że ich kocha”, „Dlaczego wcześniej nie wiedziałem, że jedyne, co naprawdę się liczy, to głębokie porozumienie serc, dzielenie się miłością i przebaczeniem”. Co sprawia, że nie wiemy tego wcześniej? Jesteśmy przerażeni – pisze Levine. Jesteśmy zamknięci, opanowani przez tak wiele niepożądanych stanów umysłu, że aż kulimy się pod ich naporem. Przychodzi lęk – zamykamy się. Przychodzi zwątpienie – zamykamy się. Przychodzi gniew – zamykamy się. Przychodzi śmierć – zamykamy się. Otworzyć się i przeżyć wszystko, co jest do przeżycia. Chociaż spróbujmy. Lament minął, otworzyło się niebo O swojej spóźnionej żałobie po śmierci taty opowiadała mi przed laty pieśniarka Antonina Krzysztoń. Tata zmarł, gdy była małym dzieckiem. O jego śmierci dowiedziała się długo po pogrzebie. Wiele lat nie mogła w nią uwierzyć. Była już dojrzałą kobietą, gdy improwizowała z przyjaciółmi. Jej śpiew powoli przemieniał się w lament. Wszyscy przestali grać, a ona, śpiewając, uświadomiła sobie, że właśnie teraz pierwszy raz i do końca opłakuje śmierć taty. Lament minął, otworzyło się niebo. Ale w naszej kulturze takie przeżywanie odchodzi w przeszłość. Antropolog kultury Joanna Tokarska-Bakir w swoim eseju „Śmierć pozbawiona głosu”, opublikowanym w „Gazecie Wyborczej”, przywołuje obraz, który pochodzi z jednej z książek Harolda Kushera. Żydowski pogrzeb w Ameryce. W domu, w którym wystawiono trumnę, zaczyna zawodzić stara kobieta. „Zabierzcie ją stąd i dajcie coś na uspokojenie” – decyduje gospodarz. „Jesteśmy dziś skryci i powściągliwi aż do okrucieństwa” – komentuje eseistka. Milczymy o bólu, uciszamy innych. Sogjal Rinpocze, autor „Tybetańskiej księgi życia i umierania” (wydawnictwo Mandala 2005), pisze, że w tym najtrudniejszym okresie człowiek jest w stanie przetrwać tylko dzięki drugiemu człowiekowi: „Komu ci ludzie mają wypłakać bezsilność i żal, smutek i rozpacz, jeśli nie wam?”. Po śmierci męża Tadeusza Łomnickiego Maria Bojarska długo nie mogła dojść do siebie. Mówiła mi: „Gdyby ktoś potrafił mnie przytulić, być może wybuchnęłabym płaczem i to by mnie uratowało. Ale ja nie płakałam; nie miałam siły, nie jestem aż tak otwarta. Gdybym spotkała kogoś, kto rozumie, że nie można wziąć się w garść... To nadzwyczajne szczęście mieć w żałobie kogoś takiego przy sobie”. Żałoba to wchodzenie w ciemność. Z trudem podnosimy głowę i rozglądamy się wokół, uświadamiając sobie ból, jaki w sobie nosimy. Doświadczenie żałoby otwiera serce na życie i ludzi – na co dzień nie pozwalamy sobie na tak bezmierny smutek ani na inne nieprzyjemne uczucia. A przecież „głęboki smutek tkwi w każdym z nas”, pisze Levine. Jest w nas rozczarowanie i ból po stracie, nawet gdy nasi najbliżsi jeszcze żyją. Każda myśl ulega rozproszeniu, spala się każde uczucie, każde upodobanie, znikają doznania naszych zmysłów. Nieuchronny koniec czeka każde doświadczenie i każdy związek. Pięć stanów naszego umysłu W swojej słynnej książce „Rozmowy o śmierci i umieraniu” (Media Rodzina 2005) psychiatra Elisabeth Kübler-Ross pisze o pięciu etapach charakterystycznych dla procesu umierania. To zaprzeczenie, gniew, targowanie się, depresja i akceptacja. Pisze, co się z nami dzieje, gdy musimy pożegnać się z życiem. Ale te pięć stanów umysłu dotyczy każdej straty. Zaprzeczenie oznacza odepchnięcie rzeczywistości, to cofanie się umysłu przed uznaniem prawdy o naszej nietrwałości, desperackie chwytanie się starego. Levine zetknął się z umierającymi, którzy mimo że przez miesiące, a nawet lata nieuleczalnej choroby mieli dość czasu na oswajanie się z myślą o śmierci, do ostatniej chwili nie wierzyli, że umrą. Wszyscy znamy stan gniewu. Sprawy nie toczą się tak, jak naszym zdaniem powinny. „Do diabła, to prawda, ale dlaczego musi być taka bolesna?”, „Dlaczego to przydarza się właśnie mnie?”, „Dlaczego życie musi być tak ciężkie, poplątane i frustrujące?”. Potem się targujemy, próbujemy wykupić z piekła, dać łapówkę Panu Bogu: „Jeśli stanie się po mojej myśli, wszystkie pieniądze przeznaczę na cele charytatywne”, „będę medytowała” itp. Wkładamy w negocjacje mnóstwo pracy, w końcu jesteśmy u kresu sił. Nie mamy dokąd pójść. Dotarliśmy do etapu depresji. Większość z nas obawia się depresji, tkwi w niej jednak ogromny potencjał, szansa na nowy początek. Depresja pozwala do głębi zrozumieć, jak bardzo jesteśmy bezradni. Panicznie boimy się tego stanu. Znaleźliśmy się w miejscu, z którego nie możemy dłużej kontrolować świata. Przygnębia nas podatność na zranienie i bezsilność wobec zmian. Gdy wychodzimy z depresji, pojawia się światło akceptacji. Akceptacja nie oznacza rezygnacji, która kojarzy się z klęską i wywołuje lęk, lecz potężną siłę serca otwartego w nawet najbardziej niesprzyjających okolicznościach. Skonfrontowaliśmy się z faktem własnej przemijalności, przeżyliśmy żałobę po tej części siebie, która wierzy, że może kontrolować rzeczywistość, wybierać przyjemne doznania, a nieprzyjemne odrzucać. Narodziła się osoba, która uczy się cieszyć dniem dzisiejszym i nie martwić jutrem. Uczy się umierać i rodzić na nowo każdego dnia. Jest coś, co w nas nie umiera nigdy – twierdzą mędrcy od początku świata. To miłość. Wszystkiemu, co nią nie jest, pozwólmy umrzeć. Zwierciadło nr 11/2006 Odpowiedz Link Zgłoś