muerte2
11.06.08, 10:36
Ze sporym zdziwieniem skonstatowałem, że... nie grzeszę! Po pierwsze: nie
grzeszę urodą ani zbytnią mądrością. Ale to tak nawiasem.
Otóż nie grzeszę w swoim mniemaniu. Do takiego wniosku doszedłem czytając
posty z innego wątku. Nie uprawiam żadnego grzesznego bałwochwalstwa i nie
wierzę w żadnych bogów. Dzień święty święcę - starannie wówczas unikam
codziennych zajęć i z lubością oddaję się okazywaniu miłości bliźniemu, co to
mi się kręci po domu. Czasami wzywam imię boże nadaremnie - szczególnie, gdy
mnie wzburzy postawa tego czy innego bliźniego. Poza tym nie(specjalnie)
cudzołożę, nie zabijam, nie pożądam żadnych rzeczy ani osób stanowiących
własność innego bliźniego. A że czasem zaklnę, zdrowo sobie podjem, nie pójdę
przez ostatnie kilkanaście lat do kościoła czy nie wierzę w religijne bajania
urągające danemu mi przez Boga rozumowi - nie bądźmy drobiazgowi. Za to
ogólnie jestem pozytywnie nastawiony do bliźniego. Zatem z czego miałbym się
spowiadać i czym zawracać głowę duchownemu, który i tak ma na niej sporo
problemów?