z2006
06.09.09, 08:42
mateusz.pl/czytania/2009/20090906.htm
"„Nie lubię wakacji” — oświadcza kobieta, która blisko czterdzieści
lat porusza się wyłącznie przy pomocy wózka. „Ludzie wyjeżdżają,
myślą bardziej o sobie, a ja zostaję sama. Czekam, kiedy skończą się
wakacje, wówczas czuję się bezpieczniejsza. W ciągu roku łatwiej o
kontakt, o spotkanie, o pomoc”.
Kiedy obserwujemy tłumy wędrujące wakacyjnymi szlakami, warto
pomyśleć o tych, którzy nie mogą brać udziału w „wyścigach” do
pociągu czy autobusu, którzy nie założą plecaka, nie zdobędą żadnego
szczytu, nie usiądą z innymi przy ognisku. Jest ich miliony. Prawie
co dziesiąty człowiek jest niepełnosprawny, z czego wynika, że w
każdej dziesięcioosobowej wspólnocie powinno być dla niego miejsce.
Wielu form kalectwa fizycznego czy psychicznego nie potrafimy na
ziemi zlikwidować, trzeba się zatem z nim liczyć.
Obecność ludzi niepełnosprawnych wśród zdrowych i silnych jest żywą
mową Boga o wielkości naturalnych darów, jakie posiadamy. Człowiek z
białą laską w ręku mówi o wartości zdrowych oczu, niemowa — o cenie
daru języka, siedzący na inwalidzkim wózku — o wolności ukrytej w
zdrowych nogach, upośledzony umysłowo — o darze rozumu. Bezpośredni
kontakt z tymi ludźmi wzywa do dziękczynienia za dary, jakie
posiadamy. Nie nasza to bowiem zasługa, że cieszymy się pełnią sił.
Inni, często od urodzenia, bez własnej winy borykają się z
kalectwem. Mogło być odwrotnie.
Dziękczynienie Bogu za dary odkryte w zestawieniu ubóstwa człowieka
kalekiego z bogactwem w pełni sprawnego, to pierwszy twórczy akt
chrześcijanina, to moment głębszej refleksji nad tajemnicą ludzkiego
życia i wpisanego weń cierpienia. Byłoby jednak bardzo źle, gdyby
tylko na tym się skończyło. Spotkanie z człowiekiem kalekim jest
wezwaniem skierowanym przez Boga do uzupełnienia naszym darem tego,
czego poszkodowanym przez los brakuje.
Nie posiadamy mocy cudotwórczej, którą dysponował Jezus. Dotknął On
głuchoniemego i jednym słowem „Effatha — Otwórz się” uleczył jego
kalectwo. My tego nie potrafimy uczynić. Potrafimy jednak użyczyć
swoich ust, rąk, oczu, nóg tym, którzy ich nie mają. Tego oczekuje
od nas Pan Bóg.
Wielu sądzi, że pomoc ludziom niepełnosprawnym to tylko jednostronne
dawanie. Silny i zdrowy daje, a słaby przyjmuje. Jest to poważne
nieporozumienie. W wymiarze duchowym wzajemne kontakty kształtują
serca i uszlachetniają obie strony. Ci, którzy dobrowolnie podejmują
współpracę z ludźmi niepełnosprawnymi, odkrywają, że więcej w tej
współpracy otrzymali, niż dali.
Żyjemy w świecie usuwania na margines wszystkich słabych,
niezdolnych do rywalizacji z mocniejszymi. Zapominamy jednak, że
prawdziwa wartość człowieka ujawnia się w jego odniesieniu do tego,
co słabe: do dziecka, starca, chorego, kalekiego. To dlatego w
Ewangelii jest tak wiele scen, w których opisano spotkanie
Zbawiciela z tymi ludźmi. Ten aspekt chrześcijaństwa jest stanowczo
za słabo uwzględniony w katechezie i wychowaniu religijnym. Jak
długo katecheza nie zostanie uzupełniona praktyką, tak długo będzie
wydawać ludzi niezdolnych do dawania ewangelicznego świadectwa.
Każdy rok katechezy winien mieć swój profil, nie tylko religijnych,
ale i humanitarnych praktyk. Przynajmniej w jednym roku młodzi
ludzie winni zająć się przez jakiś czas konkretnym człowiekiem
chorym lub niepełnosprawnym. Dopiero w tym kontakcie można dostrzec,
co w młodym sercu się kryje, ile w nim dobroci, a ile egoizmu. Ocena
z miłości bliźniego jest najlepszym wykładnikiem ewangelicznej
postawy.
Przy tak pojętym wychowaniu katechizujący potrzebują wielu mądrych
pomocników, którzy z całą odpowiedzialnością uczyliby wrażliwości na
potrzeby ludzi dotkniętych kalectwem. Jeśli w gronie dziesięciu osób
winno być miejsce dla jednego z nich, to każdy człowiek winien być
przygotowany do współpracy i współżycia z nimi. Jest to problem
wielkiej wagi i nie można przejść obok niego obojętnie. Gdyby się
tak stało, to wzrastać będzie liczba chrześcijan z ewangeliczną
piosenką na ustach, lecz z pogańskim sercem. Ono bowiem jest o tyle
chrześcijańskie, o ile jest wrażliwe na potrzeby drugiego człowieka."
Ks. Edward Staniek