Gość: Ignacy
IP: *.dzonkow.sdi.tpnet.pl
23.01.03, 18:52
Rafał.A. Ziemkiewicz
Jeśli przyzwyczajenie rzeczywiście, jak chcieli starożytni, jest drugą naturą
człowieka, to mamy przechlapane.
Polacy bowiem przyzwyczajeni są nie mieć swojego państwa. Polacy
przyzwyczajeni są mieć w państwie wroga. To przyzwyczajenie rzuca się w oczy
zwłaszcza teraz, gdy niepodległe państwo dostało się Polakom nie jako owoc
ich starań, tylko ot tak, wskutek zmiany międzynarodowych koniunktur i
niezrozumiałej dla większości ugody elit. Kilka pokoleń temu właśnie w imię
niepodległości poszła na rzeź najlepsza część narodu, dziś nacisk
demokratycznej większości konsekwentnie i krok po kroku prowadzi do sytuacji,
kiedy niepodległość ta, wobec faktycznego rozkładu państwa, stanie się fikcją
niczym za czasów saskich, a w końcu najpewniej zostanie zlikwidowana także
formalnie.
Działacze górniczych związków zawodowych odgrażają się buńczucznie, że nie
pozwolą zamknąć żadnej kopalni i nikogo zwolnić. Może i nie są idiotami,
muszą przecież wiedzieć, że górnictwo węgla kamiennego przeżywa swój schyłek
na całym świecie, że dwie trzecie tego, co się w Polsce wydobywa, jest nam
doskonale zbędne, że postulowane przez nich "dopłaty do eksportu" oznaczają
dotowanie przez polskiego podatnika obywateli innych krajów, przeważnie
znacznie bogatszych, i że takie postulaty prowadzą Polskę do ruiny. Może
wszystko to wiedzą, ale ich kariery zależą od tego, czy potrafią się
przypodobać kopalnianej tłuszczy, a konkurencja silna - rywalizuje o jej
względy aż trzynaście związkowych central. Mają więc do powiedzenia tylko
tyle, że zachodnia Europa też do węgla dopłaca.
Mniejsza już o fakt, że na przykład Ameryka nigdy nie dopłacała i dobrze na
tym wyszła, kupując węgiel dotowany przez frajerów ze Starego Kontynentu.
Popatrzmy: w Polsce jest 130 tys. górników, a w całej unijnej Piętnastce -
poniżej 100 tys. Polska ma produkt krajowy na głowę mieszkańca trzy razy
mniejszy od dwóch najbiedniejszych państw UE. I ta Polska, trzykrotnie
biedniejsza od tego, co tam uchodzi za biedę, ma w pojedynkę utrzymać rzeszę
górników o jedną trzecią większą, niż utrzymuje cała europejska Piętnastka.
Ale górnicy to pikuś - Polska musi też utrzymać rolników, bo przecież do
rolnictwa też się w bogatych krajach dopłaca. W bogatych krajach rolnicy
stanowią 4-6 proc. społeczeństwa, a u nas - prawie 17. A trzeba jeszcze do
tego dodać stocznie ("na całym świecie" i tak dalej - z czego, kurna, żyje
ten cały świat, skoro do wszystkiego dopłaca? Chyba jak w starym kawale, w
niedziele zamyka interes, wtedy nie dopłaca, i z tego żyje), huty,
budownictwo komunalne, ZUS i sto innych dziedzin... No i na końcu jeszcze
pielęgniarki. Nie zapominajmy o pielęgniarkach, jak już to czerwone sukno
Rzeczpospolitej zostanie do cna rozerwane na sztuki, to niech i dziewczyny
dostaną skrawek na otarcie łez.
Fatalne nie jest to, że każda branża chce zagarnąć, ile się da. Fatalne jest,
że ktokolwiek zgłasza pod adresem państwa roszczenia, choćby w najoczywistszy
sposób nieuzasadnione, ten spotyka się z poparciem tzw. ogółu. Jakąkolwiek
metodą przeprowadzać sondaż, zawsze wyjdzie - górnicy mają rację, rolnicy
mają rację, stoczniowcy czy ktokolwiek, należy im się, niech im rząd da.
Margaret Thatcher złamała górnicze związki, bo miała za sobą milczącą
większość narodu, świadomą, że Anglii nie stać na górnicze przywileje. Reagan
złamał strajk kontrolerów lotów, mówiąc wprost: Ameryki nie stać na
tolerowanie tego strajku, i większość Amerykanów zgadzała się z nim w pełni.
Polacy natomiast objawiają niespotykaną chyba nigdzie na świecie solidarność
przeciwko własnemu państwu. Tak jak dla innych narodów jest ono wspólnym
dobrem - dla Polaków jest wspólnym wrogiem. Państwo jest od zawsze tworem
jakichś "onych" i gdy dziś przypadkiem przez chwilę nie mamy okupanta, proszę
zobaczyć, jak ludzie lgną do każdego, kto im go wymyśli. Polak woli, żeby
rządzili nim Żydzi, masoni, eurokraci czy po prostu złodzieje, w każdym razie
jacyś "oni" - inaczej musiałby po latach wygodnego niewolnictwa wprowadzić do
swego myślenia kategorię wspólnego dobra i wspólnej za nie odpowiedzialności.
A nie chce.
Wpadł mi w ręce nie tak dawno reportaż o pewnym rosyjskim kołochozie. Kilka
lat temu dano go samym kołochoźnikom. Najpierw wybili oni i zeżarli
inwentarz, potem wyprzedali park maszynowy, a w końcu zaczęli szabrować i
wymieniać na wódkę wszystko, co tylko dało się wynieść albo wyrwać ze ściany.
Po kilku latach ruinę wziął za bezcen jakiś "nowy ruski", sprowadził paru
swoich osiłków, którzy zgarnęli całe towarzystwo twardo za pyski, płaci mało,
karze surowo, ale z wolna podnosi kołchoz z dna. Mieszkańcowi kołochozu
zwanego niegdyś peerelem trudno było czytać tę historię bez wypieków na
policzkach.