zencol
11.11.03, 12:50
Od czwartku mam nieczynny telefon. W piątek moja żona dodzwoniła się
do "błekitnej linii" i zgłosiła niedziałający aparat. Miła pani powiedziała,
że dostali zlecenie na odłączenie aparatu. Po sprostowaniu ze strony żony,
pani z tepsy zapewniła, że wszystko zostanie natychmiast sprawdzone i
naprawione. Ja zadzwoniłem w sobotę i cały cyrk powtórzył się. A telefon
milczał jak zaklęty. W poniedziałek znowu zadzwoniłem do "błękitnej", która
ma siedzibę - gdzie? A w Białymstoku. Chciałem uzyskać informacje dotyczące
mechanizmu powodującego wyłączenie stacji. Otóż okazuje się, że trzeba
złożyć pisemne zlecenie wraz ze swoimi danymi osobowymi. Takie zlecenie może
złożyć tylko właściciel telefonu. I tu nastąpiła konsternacja, ja takiego
nie składałem, pani nie mogła odnaleźć stosownego wpisu, nie mogła ustalić
czy poprzednie nasze interwencje zadziałały - totalny cyrk ignorancji i
dyletanctwa, że o bezmyślności nie wspomnę. W dawnym BOK-u na ul.
Przybyszewskiego w poniedziałek były tylko dyżurne panie z punktów sprzedaży
i nie potrafiły dać sensownej odpowiedzi. Tego, który wydał polecenie
odłączenia aparatu, natychmiast bym zwolnił albo wysłał do układania kabli
telefonicznych. Na mój mail też nie ma odpowiedzi. Jak mawiał F.E.D.:"ręka
sama szuka kabury".