Dodaj do ulubionych

Dania z czasów PRLu

08.08.18, 09:26
Na jednym z blogów kulinarnych znalazłam zakładkę tego typu i z ciekawości ją przejrzałam. Jestem z końcówki PRLu więc samych czasów dobrze nie zaznałam, ale mam wrażenie, że moja mama i babcia gotowały mało PRLowsko. Z wymienionych tam potraw jadłam naleśniki z serem, kopytka, leniwe, makaron z cukrem, ryż z jabłkami, pseudo-schabowe czyli pierś kurczaka w jajku i... niewiele więcej
Jakie dania kojarzą wam się z PRLem?
Obserwuj wątek
    • damdalen Re: Dania z czasów PRLu 08.08.18, 10:59
      Ja też urodziłam się pod koniec tej epoki.
      Pamiętam:
      - blok czekoladowy bynajmniej nie z czekoladą, "chatka Baby Jagi"
      - wafle (andruty) z masą kakaową lub galaretkową
      - ciasta na margarynie np. Fale Dunaju, ciasta z masą budyniową (ta na na szczęście na maśle)
      - desery z galaretkami, ogólnie zamiłowanie do kolorowych galaretek w proszku
      - sałatki majonezowe i w zasadzie tylko majonezowe, ale może jako dziecko na inne nie zwracałam uwagi
      - podrobów sporo: móżdżek cielęcy z jajecznicą, gulasz z płucek, flaczki oczywiście
      - pasta jajeczna z serkiem topionym, zupy z serkiem topionym chyba też były
      - słodkie mączne drugie dania, np. racuchy z rabarbarem, knedle ze śliwkami
      - niby-pizza na grubym cieście z przecierem pomidorowym, pieczarkami, szynką i dowolnym serem żółtym
      - pasty twarogowe na 101 sposobów
      - zapiekanki z bagietek lub wydrążone bułki zapiekane z jakimś nadzieniem (mielone mięso/pieczarki)
      • coralin Re: Dania z czasów PRLu 10.08.18, 13:34
        damdalen napisała:

        > - desery z galaretkami, ogólnie zamiłowanie do kolorowych galaretek w proszku

        Zdecydowanie. Pamiętam te witryny w cukierniach i tam przede wszystkim galaretki.

        W stołówce, którą wspomniałam w innym wpisie podawano zamiast kompotu rozcieńczony kisiel.
        Ciotka podbijała smak swojej zupy zupą ogonową w proszku.
        Herbatę parzyło się w małych czajniczkach.
    • janek53 Re: Dania z czasów PRLu 09.08.18, 00:12
      Nie wiem co sie Wam dzieje z tym PRL-em.
      Jadlo sie lepiej i zdrowiej. Teraz, duzo potraw z dodatkami wszelkiego typu E, durny grill i inne podobne (szpan kulinarny).
      Panstwo dajcie spokój z tym tematem. I jesli juz, radze wrócic do tamtych czasów.
      J53.
    • autumna Re: Dania z czasów PRLu 09.08.18, 11:14
      > Jakie dania kojarzą wam się z PRLem?

      Żadne. Może ewentualnie blok kakaowy na margarynie jako bieda-substytut czekolady. Reszta to normalne dania jadane w Polsce także wcześniej (a także jak sądzę, na zgniłym kapitalistycznym Zachodzie) i niebędące jakimiś specjalnymi PRL-owskimi wynalazkami. Co ewentualnie można uznać za charakterystyczne dla PRL to częstsze pojawianie się potraw mącznych z racji ograniczonego dostępu do mięsa i brak owoców egzotycznych. I, co trudno uznać za wadę, więcej jedzenia nieprzetworzonego - pamiętam z domu wekowane mięsa w galaretce, jadane zamiast wędlin.

      "Niby-pizza"... A to jakieś uchybienie kulinarne, grube ciasto z nadzieniem? Chyba każdy kraj ma swoją wersję placka z czymś na wierzchu (lub zawiniętym w środku), włoski wariant nie jest jedynym słusznym.
      • erte2 Re: Dania z czasów PRLu 20.08.18, 20:36
        autumna
        Kochaniutka, PRL "kulinarnie" nie był jednakowy i dzielił się na kilka epok.
        Tużpowojenne czasy to była powszechna bieda, żywność na kartki i rarytasy z UNRY. Lat '40. co prawda nie pamiętam, ale '50. już jak najbardziej (rocznik 1947.). Wówczas kartek już co prawda nie było, ale pamiętam swoja mamę stojącą w kolejkach po masło, chleb czy kawałek świniny. Ale też funkcjonował (trochę nielegalnie) rynek i tam można było kupić np. kurczaka (często nawet żywego!) który miał dwie cechy: był cholernie dobry (bo wolno żyjący, karmiony zbożem i co-tam-sobie-znalazł) i cholernie drogi (30-40 zł przy średnich zarobkach w granicach 1200).
        Lata '60. to było smakowe eldorado. Kabanosy które można było w deskę wbijać, myśliwska sucha którą można było wbijać te kabanosy, jałowcowa naprawdę pachnąca jałowcem, chałwa której smak pamiętam do dziś, wedlowska czekolada (pod firmą "22 Lipca") z orzechami...
        Ale znów - to wszystko trzeba było zdobywać (słynne "spod lady"), a poza tym - horrendalnie drogie. Stugramowa czekolada kosztowała ok. 20 - 25 zł, myśliwska za kg 120, kilogram cytryn, pomarańcz czy bananów - 40 (jednakowa cena za każde), 10 dkg kawy 25 - 30 zł (a to wszystko przy zarobkach nieprzekraczających na ogół 1500 zł - np. mój ojciec, główny księgowy w dość dużej /oczywiście państwowej/ firmie zarabiał "aż" 1800/). Za to było pod dostatkiem ryb (głownie morskich), i na dodatek rzeczywiście tanich, np. kilogram świeżego dorsza kosztował 5 zł. (słownie: pięć złotych, dziś niewyobrażalne), ale było ich w Bałtyku zatrzęsienie i łowione były rabunkowo, stąd dziś ich niewiele).
        Potem przyszedł "gierkowski dobrobyt". Zarabiało się więcej, ale i żarcie "psiało" (sławetne kurczaki przemysłowo karmione mączką rybną - fuj!), a w sklepach pokazywało się trochę "rarytasów" (m.in. dobre herbaty czy nienajgorsze brandy). Ale potem gwałtownie wszystko "pizło" - kolejki pod sklepami, brak dosłownie wszystkiego, ceny "komercyjne", pierwsze po okresie powojennym kartki żywnościowe (sławetne "bony towarowe" na cukier wypuszczone w czerwcu roku 1976.), braki na rynku wszystkiego - od chleba i jakichkolwiek wędlin aż po napoje chłodzące i papier do dupy.
        No i lata '80. - powszechna reglamentacja wszystkiego, wyroby czekoladopodobne (oryginalna etykieta: "Tabliczka czekoladopodobna - wyrób z masy tłustej" - aż ślinka leciała!).
        Dziś w zasadzie wszystko jest "uśrednione". Wędliny na ogół są jadalne, kurczak taniutki ale bez kilku łyżek przypraw bez smaku, kawa tania ale mało aromatyczna, a "krakowska sucha" daje się wyżąć.
        Oczywiście są wyroby rzeczywiście smaczne i wysokowartościowe, ale przeciętnego Kowalskiego nie bardzo jest na nie stać. A może inaczej: jest tyle atrakcyjnych ofert rynkowych przedmiotów trwałego użytku że zarabiającemu średnią krajową Kowalskiemu szkoda wydać 80 złotych na kilogram szynki parmeńskiej czy francuskiego aromatycznego sera, choć bardziej go stać na to niż mojego ojca z pensją głównego księgowego. A nasza polska szynka (dostępna naonczas dwa razy w roku na święta) kosztowała również 80 złotych.
    • coralin Re: Dania z czasów PRLu 09.08.18, 12:20
      PRL skończył się w 89, zatem te pizze na nawet grubym cieście i kotlety z fileta z kurczaka to nie za bardzo te czasy, raczej połowa lat 90. Moja pamięć to lata 78-89.
      Z mięs najbardziej pożądana była wieprzowina i wędliny z niej. I z tym był największy problem. Kojarzę 2 rodzaje sera żółtego i z zakupem nie było wielkiego problemu (może poza początkiem lat 80). Nabiał typu twaróg, mleko,śmietana łatwo dostępne i prawdziwe (można było nawet zamówić takie mleko pod drzwi). Chleb ze sklepów podłej jakości i kolejki do piekarni po lepsze (to też 2 połowa lat 80).
      Jadło się mniej warzyw.Np. cukinia i papryka jako powszechne warzywa to dopiero koniec lat 80.
      Dania bezmięsne były oparte na mące i cukrze- pierogi, kopytka.
      Końcem lat 70 były w sklepach rybnych powszechnie dostępne kalmary, których nikt nie chciał kupować i kerguleny, dorsze. Chyba nawet powstało wtedy przysłowie jedz dorsza, g..no gorsze.
      • ellaja Re: Dania z czasów PRLu 23.08.18, 16:13
        Dla mnie na pewno nie byly to lata 90. W 1975 zaczelam prace jako wychowawczyni w przedszkolu, bylam mloda dziewczyna tuz po szkole i wlasnie tam, pierwszy raz jadlam piers z kurczaka w panierce ..Jak to ktos tu nazwal ''falszywym schabowym''.. Od pani kucharki ,ktora wtedy tam pracowala, dowiedzialam sie jak przyrzadzic ten smakowity kotlecik , o gotowaniu nie mialam wtedy zbyt duzego pojecia .Jesli Pani Stenia super KUCHARECZKA to czyta, to bedzie wiedziala kto serdecznie ja pozdrawia.
    • donatienfrancois Re: Dania z czasów PRLu 09.08.18, 19:10
      Vistula, Baltic Vodka, Istra Crema, Lacrima, Cabernet, Egri Bicaver, Górnicze, Tokaj Aszu, Tokaj Szamorodni, Złoty Brzeg, Pliska, Gold Wasser, Marlboro, Camel, lucky strike, Astor, Kent, Pall Mall, Dunhill, Gauloises
      • janek53 Re: Dania z czasów PRLu 09.08.18, 22:19
        Jaki "wredny" ten PRL. Nie bylo co jesc ani pic, .. a babcie zyja 90 lat.
        Proponuje przejrzec statystyke chorób wszelkiego typu (kroniczne, nowotwory) od 1990 do dzisiaj.
        BABCIE maja racje. Proponuje refleksie. "Quo Vadis"?
        J53
        • krysia20000 Re: Dania z czasów PRLu 10.08.18, 10:47
          Ależ oczywiście, że w PRL folia aluminiowa była dostępna. Kapsle do butelek mleka, śmietany i innych płynnych mlecznych przetworów wykonane były z folii alu. Wieczka serków homo (w plastikowych pudełkach o zgrozo!) także. Srebełka po co lepszych czekoladach i czekoladkach to folia alu przecież. Arkusze folii do użytku domowego produkowało m.in. PDMO Tychy. Na różnych Allegro i innych web-rupeciarniach przesiąkniętych nostalgiczną stęchlizną można wyszperać.

          Metalowe folie spożywcze wyrabiano już w XIX wieku, początkowo z cyny (stąd powszechnie w USA używa się określenia 'tin foil'). Pierwsze arkusze alufolii to Szwajcaria i rok 1910. Po drugiej wojnie światowej jej użycie rozpowszechniło się i dotarło także za Żelazną Kurtynę.

          Poza tym, 'wówczas' w przypadku PRL to dość nieprecyzyjne pojęcia. Cały koncept wątku pt. 'Dania z czasów PRL' też ustawia dyskusję w cokolwiek mglistym obszarze. PRL istniał od 1952 do 1989, więc w tym PRLu nie było telewizji, potem była telewizja z jednym programem czarno-białym, potem z dwoma programami, wkrótce potem z dwoma programami w systemie kolorowym SECAM, jeszcze potem z dwoma programami ogólnopolskimi i trzecim regionalnym. Ba, jeszcze PRL załapał się na wprowadzenie serwisu telegazetowego. Tak więc w zależności, kto kiedy się urodził, gdzie dokładnie w PRLu mieszkał (bo spore były różnice w dostępności przeróżnych dóbr i usług w zależności od lokalizacji, z uprzywilejowaną pozycją stolicy i wielkich ośrodków miejskich, jako taką aprowizacją średnich miast szczebla stolicy województwa po reformie administracyjnej 1975 i w dużej mierze samozdatnymi, przynajmniej żywnościowo, wsiami) i co zawodna pamięć mu w miarę wiernie odnotowała, to zarzekać się będzie, że tego nie było, a to było jak najbardziej. Ja z końcowych PRLowskich czasów pamiętam zarówno doszczętnie puste sklepy odzieżowe w Pile, gdzie dorastałem i wyprawy do Poznania albo Łodzi po buty, kartki na benzynę, mięso i cukier, sklep mięsny na terenie jednostki wojskowej ojca, dostępny tylko dla rodzin żołnierskich i 'cywilnych' kolegów zazdrosnym okiem dostrzegających szynkową w mojej bułce, smutek szkolnych stołówek, gdzie najjaśniejszym punktem były słodko-mączne obiady, jak i stosunkowy przepych wojskowego kasyna, z trzema daniami do wyboru, odrębną jadalnią dla pilotów, cukiernią prowadzoną przez sąsiada, kelnerską obsługą, białymi obrusami i obowiązkowym kawałkiem żebra w kotlecie, jak sama nazwa sugeruje.

          Poza tym warto porównać ówczesne światowe trendy kulinarne, żeby zobaczyć, jak mimo gospodarczej siermięgi i kryzysu lat 80tych, staliśmy z jedzeniem.
        • coralin Re: Dania z czasów PRLu 10.08.18, 13:23
          Nie pamiętam na pewno jej powszechnego użycia. Za to pamiętam, że chleb to bez żadnego opakowania kładło się do koszyka lub ekspedientka podawała gołą ręką. Po ziemniaki szło się z własną siatką.
              • znana.jako.ggigus Re: Dania z czasów PRLu 10.08.18, 14:17
                Tez sie nad tym zastanawialam. Nie pameitam grypy zoladkowej z dziecinstwa, a teraz ciagle ktos gdzies ma.
                Brak sterylnosci wcale nie jest zly, bo sie czlowiek uodparnia. Nie na darmo lekarze przypuszczaja, ze alergie to po czesc skutek zbyt duzej czystosci
                • trypel Re: Dania z czasów PRLu 10.08.18, 14:25
                  córa urodziła sie na wsi, bawiła sie w psem w budzie (zdarzyło jej sie tam zasnąc bo duza buda była), łaziła cały dzień po wsi po lesie, gryziona, ukąszana itd, teraz ma 19 lat i zero alergii i nigdy nie miała tzw grypy zołądkowej
                  syn z miasta, juz gorzej, to nie dowod ale sterylnosc nie jest dobra i zastanawiam sie po cholere ludzie (poza chirurgami) uzywają żeli zabijajacych 99.999% zarazek, sami sobie szkodzą
            • trypel Re: Dania z czasów PRLu 10.08.18, 14:15
              były takie siatki siatkowe rozciągane co sie miesciły w kieszeni a spokojnie potem pare kg do nich sie ladowało :)

              nie tylko chleb ale wszystko sie gola dłonią podawało
              • donatienfrancois Re: Dania z czasów PRLu 10.08.18, 14:32
                U mnie było targowisko na którym handlowano wszystkim, mięso wisiało na hakach oblepione muchami, pani pakowała je w gazety, mleko lało się do kanki, kapustę i ogórki kiszone do garnka (pani naleje kwaśnicy), każdy miał własne opakowanie i nie było śmieci. Butelki na kaucję.
              • jotes55 Re: Dania z czasów PRLu 20.11.19, 20:19
                Tak, a pózniej panie wsiadaly do autobusu/tramwaju z taka siatka i robily "siatke" z ponczoch (nie bylo jeszcze rajstop) innych pan...Moja mama prawie zawsze wracala z pracy w podartych ponczochach.
    • trypel ktos jadł nutrie? 10.08.18, 11:05
      u nas był to dośc powszechnie dostępny (poza oficjalnym obiegiem) rodzaj miesa. Smakowały jak królik.
      do tego suszone ryby w cienkich płatach z sklepu wojskowego z bratniej armii
      puszki tuszonki z tegoż sklepu
      pyszna kawa w tubkach, słodka i mleczna
      i wszechobecne kurczaki których u nas było aż za dużo (i zero innego miesa poza nutrią i tym co ojciec upolował na szczescie)
      • aqua48 Re: Dania z czasów PRLu 11.08.18, 10:05
        janek53 napisał:

        > Wszystkie te odpowiedzi/wypowiedzi na ten temat, potwierdzaja, ze ten PRL, byl
        > lepszy i zdrowszy. Proponuje wrócic do porzadku kulinarnnego tamtych czasów.
        > J53.

        A ja proponuję nie pitolić bez sensu. PRL to okresowe braki niemal wszystkiego. To cukier, masło, mięso i wędlina na kartki, a prócz tego kolejki po wszystko. To okropne wyroby czekoladopodobne. I solone masło z bloku po kawałku na głowę jak ktoś wystał. Jak nie, żarł margarynę do chleba, tę najgorszą. To kompletny brak wyboru i pomarańcze oraz cytryny rzucane do sklepów jedynie przed świętami. Jak statki dowiozły...To również paskudny błękitek oraz paprykarz szczeciński, jedyne z dostępnych ryb.
        Pamiętam moją pierwszą podróż do Francji i znajomego który ku memu wielkiemu, ogromnemu rozczarowaniu poczęstował mnie tam kupionymi specjalnie dla mnie jabłkami... bo zauważył, że w Polsce "szczególnie lubimy jabłka". A po prostu innych owoców nie było. I jak ja mu to miałam wytłumaczyć?
        A ten dobry nabiał, swojskie wędliny i warzywa owszem były, jak ktoś miał rodzinę na wsi. Jak nie - zęby w ścianę i szoruj do kolejki. I tak stałam godzinami. Po mąkę i ryż sypane do dużych kopert wziętych z biura, po kaszę mannę którą wymieniałam na cukier z koleżanką z pracy, bo ona miała małe dziecko, a ja ojca który słodził.
        A choroby i alergie były, tylko nikt się nimi nie przejmował. Wysypki smarowało się mazidłem z apteki, i tłumaczyło dzieciom, że od wysypki nic się jeszcze nikomu nie stało. Umierało się "ze starości" nie na zaawansowanego raka. Dziadek miał sklerozę nie alzeheimera, a wcześniaki były po prostu nie do odratowania w takiej skali jak teraz.
        Więc proponuję nie idealizować tamtych czasów i wziąć się w garść.
      • autumna Re: Dania z czasów PRLu 11.08.18, 13:53
        > PRL, byl lepszy i zdrowszy.

        W PRL tak samo można było się żywić beznadziejnie niezdrowo, żrąc choćby produkty smażone w panierce ociekającej tłuszczem i sypiąc dziecku cukier do każdej kaszki. To bardziej kwestia świadomości, a nie zaopatrzenia. Poradniki Ireny Gumowskiej, w których musiała tłumaczyć, by nie zmuszać "niejadków" do jedzenia, bo grube wcale nie znaczy zdrowe, nie powstały bez powodu.
        • coralin Re: Dania z czasów PRLu 18.08.18, 13:52
          Cukier w PRL uważano za pożywny zgodnie z przedwojenną reklamą: "cukier krzepi". Podobnie tłuszcz.
          Mimo tego nadwaga pojawiała się u ludzi po 40 czyli przez zwolniony metabolizm lub menopauzę. Otyłość to było rzadkie zjawisko.
          Teraz Polacy nadal kochają słodkość. Niekoniecznie z cukrem.
          Boją się tylko tłuszczu zwierzęcego, ale zajadają utwardzone oleje roślinne.
          Uwielbiają mokre i różowe wędliny. Na osiedlu mam 2 sklepy, w których szynki, które podeschły przeceniają, bo "nie wyglądają". Polak już się przyzwyczaił, że chleb czy wędlina ma się psuć po czasie, a nie wysychać, co jest zjawiskiem normalnym dla dobrego produktu.
            • coralin Re: wypraszam sobie takie uogólnianie, 18.08.18, 14:53
              Ukochana słodkość to dodatek syropu glukozowo-fruktozowego. W Polsce większość wędlin to zawiera, musztardy. Piszę tylko o tym, co kupuję. Większość przetworzonych produktów ma bardzo słodki smak, choć często bez cukru. Nawet ostatnio lubiany chleb był za słodki w smaku. Słodki smak króluje w Polsce.
                    • coralin Re: nie mieszkam ani w Niemczech ani w Polsce, 20.08.18, 15:51
                      Oczywiście. I można pisać mądrości z internetu, że ogórki kwaszone są takie same jak kiszone ZAWSZE.
                      I, że producent, który dodaje syrop glukozowo-fruktozowy nie pochwali się, że nie dodał cukru. W polskich realiach często się pochwali.
                      Bywanie to nie mieszkanie. Bez obrazy, ale uderza w wielu wątkach nieznajomość polskich realiów średniego miasta.
                      • krysia20000 Polskaaaa, mieszkam w Polsceeee 20.08.18, 18:31
                        ... Mieszkam w Polsce
                        Mieszkam tu, tu, tu, tu!

                        Lepsze mądrości z internetu niż uparte głupoty. Kiszone = kwaszone = kiszone = kwaszone.

                        Jeśli jakiś producent ośmiela się wciskać kit, że cukru nie zawiera produkt, który w składzie ma syrop glukozowo-fruktozowy lub jakikolwiek inny cukier, który akurat nie jest sacharozą, to jak to mówił Peja, wiecie co z nim zrobić.

                        Ciągle nie udało się znaleźć w sklepie żadnych ogórków w occie, które podpisane byłyby 'ogórki kwaszone'?
                        • coralin Re: Polskaaaa, mieszkam w Polsceeee 20.08.18, 18:53
                          No wiesz, ale nawet te głupoty są realne, a nie wirtualne. Co z tego, że napiszesz, że kiszone=kwaszone skoro wiele kwaszonych jest z octem.
                          Tak samo reklamowane bez cukru potrafią być z syropem glukozowo-fruktozowym.
                          Chyba pogrążyłeś się za bardzo w świecie wirtualnym i oderwałeś nie tylko od polskiej rzeczywistości.
                          • krysia20000 Re: Polskaaaa, mieszkam w Polsceeee 28.08.18, 17:37
                            Znajdź chociaż jeden słoik z produktem na którym będzie napisane kwaszone, a w składzie znajdzie się ocet, to wtedy porozmawiamy o oderwaniu od rzeczywistości.

                            Ja się przeszedłem po polskich sklepach i sorki, ale nic takiego nie uświadczyłem. Owszem były 'ściemy' w postaci 'sałatki z kapusty kiszonej', gdzie oprócz unormowanych składników znajdowały się inne dodatki (cukier, olej, i inne takie). Kluczowa jest tu fraza 'sałatka z', którą się producent wymiguje, nie łamiąc przy tym zasad nazewnictwa produktów. I znalazłem kapustę kwaszoną, gdzie w składzie był dodatek kwasu innego niż mlekowy, ale nie octowego, tylko cytrynowego i askorbinowego (witamina C). To od Rolnika. Żeby było zabawniej, zarówno kwas cytrynowy jak i askorbinowy w indeksie E posiadają numery odpowiednio 330 i 300, więc znajdują się nie w grupie konserwantów (jeśli pamiętasz z poprzednich dyskusji, za konserwanty w sensie ścisłym na terenie EU uznaje się dodatki do żywności z numerami E od 200 do 299), a w grupie przeciwutleniaczy i regulatorów kwasowości (E 300 do E399). W świetle tego producent spokojnie napisać może, że jego produkt z dodatkiem E300 i E330 nie zawiera konserwantów. Co zresztą czyni. :)

                            Po raz ostatni postaraj się zrozumieć, że twierdzenie jakoby istniała jakakolwiek językowym zwyczajem podparta różnica między kiszonym a kwaszonym polegająca na tym, że to pierwsze jest produktem powstałym w wyniku mlekowej fermentacji, a to drugie oznacza marynowane w octowym roztworze, albo jakkolwiek inaczej 'niekoszernie' wytworzone jest niepopartą niczym, opócz internetowej plotki, bzdurą. Wirtualną bzdurą.

                            Kiszone=kwaszone=kiszone=kwaszone.

                            Również chciałbym zobaczyć produkt zawierający syrop glukozowo-fruktozowy reklamowany jako nie zawierający cukru. Dyrektywa Rady UE 2001/111/WE wyraźnie definiuje 11 typów produktów, które rozumieć należy jako cukry przeznaczone do spożycia przez ludzi. Syrop glukozowo-fruktozowy podpada pod kategorię siódmą: 'Syrop glukozowy - oczyszczony i skoncentrowany roztwór wodny sacharydów odżywczych uzyskanych ze skrobi lub inuliny'. W innych przepisach używa się terminu 'izoglukoza'. Ktokolwiek reklamować będzie produkt zawierający więcej niż 2% syropu glukozowo-fruktozowego jako nie zawierający cukru (nie 'cukru białego', nie .cukru z buraków', nie 'sacharozy' po prostu łamie przepisy.
      • krysia20000 Re: Dania z czasów PRLu 12.08.18, 13:38
        Do PRLu wrócić? Co tak skromnie, Janeczku? Czemu nie wczesne średniowiecze, albo antyk? Po gęstych, nieprzebytych borach pląsała wtedy wesoło organiczna dziczyzna, zero przemysłowych zanieczyszczeń kasz porastających okoliczne polany, a przede wszystkim diabelskimi przyprawami w ilościach więcej niż pięć obracali wyłącznie barbarzyńscy Saraceni i Maurowie. Było tak zdrowo, że taki Matuzalem dożył 969 lat i zmarł z nudów.
    • evro44 Re: Dania z czasów PRLu 12.08.18, 18:35
      Dziecko, ta pierś z kurczaka to powiew nowej epoki. Nikt w owych czasach nie dzielił w ten sposób kurczaka. Lata 70-dziesiąte to żywy kogut lub królik zakupiony na rynku (u nas nie funkcjonował targ :)) w sobotę i zakatrupiony wieczorem coby go w niedzielę spożyć. Moja matka odkrywszy brojlery zachwyciła się ich mięsem, bo soczyste i miękkie, nie jak te żylaste kuro-koguty wiejskie. W 80-dziesiątych to oczywiście kolejki i wtedy świnki się mordowało co jakiś czas.Wszystkie warzywa i owoce tylko sezonowo. Na przednówku to śniły się pomidory, ogórki czy rzodkiewki. W sezonie wekowało się wszystko co mogło w zimie wylądować na stole jako sałatka, kompot, dżem czy wkład do zupy. A nawiązując do halibuta - była to jedna z najtańszych ryb. No i jeszcze smak szynki czy baleronu wystanych przed świętami...