Dodaj do ulubionych

STROMMOUSSHELD Behind The Curtain - recenzja

06.01.04, 06:59
STROMMOUSSHELD Behind The Curtain

Druga płyta Strommoussheld ukazała się w pierwszej połowie 2003 roku. Jest to
udana próba przeniesienia na rodzimy rynek brzmień industrialno-metalowych,
ale nie tylko. Formacja, która po nagraniu debiutu zdobyła lukratywny
kontrakt z Metal Mind Productions, postanowiła nagrać muzykę ciężką i ambitną
zarazem, co częściowo na pewno się udało.

Album rozpoczynają schizofreniczne dźwięki „First Pledge”, kojarzące się
raczej z dokonaniami King Crimson lub Van Der Graaf Generator niż z ciężkim
metalem, ale już następny utwór, „La Masquerade”, rozwiewa te wątpliwości.
Ostre, gitarowe łojenie, bulgoczący głos wokalisty, w tle żeńskie chórki i
klawiszowe tło, wszystko niczym z horroru. Po naprawdę ciężkim wstępie ulgę
przynoszą łagodne, acz niepokojące dźwięki pianina, z gitarowo-
klawiszowym „mruczeniem” pod spodem. Za chwilę jednak machina rusza dalej i
łomocąca perkusja zabiera nas z „Faust’s Dream” do „In The Theatre Of
Dejavous”, gdzie posępny głos obwieszcza nam marność tego świata, od którego
o wiele wspanialszy jest wymiar, w który przenosi nas wyobraźnia. Mało
odkrywcze, ale coś z pewnością w tym jest. Złowrogie porykiwania i hałasy
urywają się i słychać tylko potępione głosy – to „Crying Roses” (tytuł,
kojarzący się bardziej z balladą softmetalową), które szybciutko ustępuje
miejsca dołującemu „Materia Of Depression”, utrzymanego w iście depresyjno-
schizofrenicznym klimacie. Samotność, załamanie, odkrywanie „złej” strony
życia - o tym jest ten utwór i w zasadzie cała płyta. Następnie
nadchodzi „D.E.C.E.P.T.I.O.N”, industrialny kawałek, do którego powstał nawet
mroczny teledysk. Ten utwór kojarzy się z dokonaniami grup typu Nine Inch
Nails, ale nie jest typowy dla całego albumu. Znów słyszymy słowa, mówiące,
że cały świat jest jednym wielkim oszustwem, złudą… naprawdę, Strommoussheld
nie nadają się dla osób, które dopadła jesienno-zimowa depresja. „Restless
Souls” z wykorzystanym fragmentem wiersza Charlesa Baudelaire’a (kolejny
przyjemniaczek), to znów metalowy hałas z orkiestrowymi brzmieniami klawiszy,
troszkę przypominający Dimmu Borgir, nieco też Samael. Dalej czeka nas istne
piekło z łomotem perkusji i schizofrenią klawiszową w tle – psychodeliczne,
industrialne dźwięki wzbogacone są oryginalnym, pianinowym tłem, na pozór nie
pasującym do całości, a jednak… Wprawdzie nadmiar perkusji, która nie jest,
niestety, żywa, a „z pudełeczka”, muzycy mogli sobie darować, ale niech tam…
Później słyszymy typowe dla takich produkcji odgłosy burzy i deszczu oraz –
co może już mniej typowe – delikatne, nastrojowe uderzenia w klawisze
pianina, kojarzące się z muzyką relaksacyjną (znów chwila odpoczynku), acz
nie do końca, bo słychać posępne krakanie… wszystko, oczywiście, przechodzi w
młócący, ale bardzo melodyjny „Solar Scream”, który niestety psuje nieco
perkusja, włączona w środku na typowe 4/4, co miało zapewne podbić dynamikę,
ale, niestety, nie jest zabiegiem do końca udanym. Automat wydaje z siebie
umpa-umpa i rozbija mroczny klimat utworu. Chore, połamane piszcząco-
brzęczące dźwięki „Last Pledge” kończą płytę i nadchodzi ulga – aż do
następnego włączenia…

Różne rzeczy można napisać o tego typu płycie – na pewno formacji udało
zachować się niesamowity, złowrogi klimat, od którego miejscami przechodzą
ciarki. Album ma swą koncepcję i Strommoussheld są bardzo konsekwentni w
realizacji swoich blackowo-industrialnych wizji. Jest to twórczość ciężka,
trudna, na dłuższą metę nieco nawet męcząca, bo porządnie dołujący klimat
może udzielić się słuchaczom. Same kompozycje w sobie nie są niesamowicie
oryginalne, ale w połączeniu ze sobą oraz wzbogaceniu wszystkimi smaczkami i
odgłosami stanowią pewną niewątpliwie wciągającą całość. Niestety, kilka słów
krytyki paść musi pod adresem realizacji dźwięku, która nieco kładzie tę
świetną płytę - nagrania brzmią, jakby w studiu zepsuła się maszynka do
robienia wysokich tonów (mam wersję kasetową i, oczywiście, mogę mieć pecha
do źle wyprodukowanej kasety, ale nie na ogół MMP trzyma poziom swoich
wydawnictw). Wrażenie pozytywne robi natomiast szata graficzna – zdjęcia we
wkładce i opracowanie całości znakomicie komponuje się z zawartością albumu.
Polecam miłośnikom mrocznych klimatów.
Obserwuj wątek
    • Gość: mamto Re: STROMMOUSSHELD Behind The Curtain - recenzja IP: *.katowice.agora.pl 06.01.04, 14:51
      lukratywny kontrakt z Metal Mind Productions?
      • vulture drobiażdżek 06.01.04, 19:59
        Gość portalu: mamto napisał(a):

        > lukratywny kontrakt z Metal Mind Productions?

        No, taki który zapewnia rozgłos i promocję, słówko w Metal Hammerze itp.
        Wiadomo, że słowo "lukratywny" nie znaczy tu tego samego co w wypadku np.
        Wypnij Biuston czy Meraji, ale mimo wszystko MMP stara się promować swoje nowe
        nabytki.
    • Gość: tegosław Re: STROMMOUSSHELD Behind The Curtain - recenzja IP: *.infocoig.pl / *.crowley.pl 06.01.04, 15:38
      Adam Małysz ma wąsy.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka