Jedni z czołowych przedstawicieli power-metalu w latach 90-tych (już teraz
można chyba tak o nich powiedzieć), Iced Earth, doczekali się zmian w
składzie. Za mikrofonem stanął znany dotychczas głównie z Judas Priest Tim
Owens – Judasi podziękowali mu za współpracę, gdy Rob Halford zdecydował się
na powrót do macierzystej formacji, ale Owens szybko znalazł pracę w Iced
Earth. Efektem tej pracy jest album „Glorious Burden”, który ukazał się w
dwóch wersjach. Ja omówię pokrótce tę poszerzoną, z dodatkowym dyskiem.
Płyta zainspirowana jest – co widać już po okładce i po tytułach – wojną
secesyjną w Stanach Zjednoczonych. Rozpoczyna ją… mój wybuch śmiechu, gdyż
zespół potraktował temat całkiem poważnie i już na wstępie serwuje
patetyczną, powermetalową wersję hymnu USA, który płynnie przechodzi
w „Declaration Day” z wrzaskiem Owensa, którego podczas nagrań chyba
pozbawiano pewnej części ciała, skoro tak piszczał, i oczywiście podniosłym,
wielogłosowym refrenem, jakiego nie powstydziłaby się Asia. Maksymalną wiochą
jedzie też rozdzierające „When The Eagle Cries”, w którym rolniczy refren
powoduje u co wrażliwszych osób skręty kiszek z powodu śmiechu. „The
Reckoning (Don't Tread On Me)” z typowo powermetalową galopadą pozwala na
chwilę zapomnieć o najgorszych cechach gatunku i sobie równiutko jedzie,
zwłaszcza że panowie nawalają tu całkiem przyzwoicie. Na szczęście Owens
rzadko tu podnosi głos, więc jego śpiew nie jest tak bardzo przykry dla ucha.
Również równiutko jedzie sobie szybki i krótki „Greenface” z zaśpiewami nieco
kojarzącymi się z Uriah Heep. – w ogóle dopóki grupa nie wspina się na wyżyny
patosu, płyty słucha się całkiem przyzwoicie. Miejscami słychać inspirację
kapelami typu Iron Maiden czy Judas Priest (ci pierwsi np. w „Atilla”

, ale
nie można z tego czynić zarzutu, biorąc pod uwagę gatunek, w jakim Iced Earth
tworzy. Album jest głównie „szybko-galopujący”, ale zdarzają się wolniejsze
momenty,np. „Hollow Man” czy wspomniane już „When The Eagle Cries”.
Podstawowy zestaw nagrań kończy „Waterloo”, które na szczęście nie jest
przeróbką hitu Abby, tylko kolejną bohaterską pieśnią. Jako kody zespół użył
akustycznej wersji „When The Eagle Cries”, do której powstał teledysk we
wcale nie secesyjnej scenerii, tylko całkowicie współczesny, dotyczący
wydarzeń z 11 września 2001. Trudno tu cokolwiek skomentować, bo nie wypada,
więc po prostu napiszę, że jest.
Dodatkowy dysk w tzw. wersji specjalnej nosi tytuł „Gettysburgh 1863” i jest
tak zabawny, jak sugeruje tytuł. Trzy utwory, a tyle radości. Pierwszy,
dwunastominutowy „The Debil To Pay” znów rozpoczyna się hymnem USA, tym razem
w wersji orkiestrowej, i przechodzi w opowieść o bohaterskich czynach na tle
najpierw jakichś piszczałek (coś w stylu płyt Rhapsody), a potem z podkładem
nieco bardziej tradycyjnym, tzn. metalowym, z dość wyraźnie zaznaczonymi
wstawkami orkiestry i kastrackim rykiem wokalisty. W podobnym klimacie
utrzymane jest „High Water Mark”, tylko z mniejszą już dawką orkiestry, ale
też trwające dwanaście minut. Płytę kończy „Hold At All Costs” – utwór ze
zmiennym tempem, przechodzącym od akustycznego brzdąkania do typowo
powemetalowego gitarowego galopu, ale bez przesady. Na szczęście wokalista
oszczędza tu swój głos i uszy słuchaczy. Walkę ze słuchaczem kończą odgłosy
kanonady armatniej… uff.
Z jednej strony ta płyta to kuriozum, które kogoś, nie znającego dobrze
metalu, może co najwyżej rozbawić (skojarzenia z The Darkness jak najbardziej
na miejscu), biorąc jednak pod uwagę, że Iced Earth konsekwentnie podąża
obranym szlakiem, można pogratulować odwagi i zapału. Nie jest to z pewnością
objawienie lub płyta roku, ale fajnie się tego słucha. A przy okazji pośmiać
się można.