braineater
10.01.06, 11:26
Winyl
kaseta
CD
mp3
i...
Każdy z tych nośników na swój jedyny i niepowtarzalny sposób wprowadza pewne
elementy dodatkowe do muzyki, której słuchamy. Każdy z nich w pewnym zakresie
dyktuje także 'styl odbioru'.
Nie licząc gramofonów przenośnych, płytka winylowa uziemiała słuchacza,
zmuszała go do postawy czujnej i kontemplacyjnej, do słuchania w określonym,
rozplanowanym środowisku (wygodny fotel lub łóżko). Przy słuchaniu winyla
raczej nie robiło sie niczego innego, by pośród szumów i trzasków nie
przgapić, co ciekawszych dźwięków i by móc natychmiast przełozyc krążek po
zakończeniu odtwarzania jednej ze stron. Wtedy właśnie mogły powstawać
szaleńcze kompozycje Zappy, free jazzowych obłąkańców typu Coleman czy
Dolphy, rockowe monumenty typu Pink Floyd czy inni panowie od progresu.
Słuchacz był dużo bardziej skoncentrowany, zaryzykuje nawet stwierdzenie, że
po prostu słyszał więcej, ponieważ skupiał sie tylko na rytuale słuchania, na
święcie obcowania z muzyką.
Ale pojawia sie rewolucja - kaseta magnetofonowa. Najpierw równie nieporęczne
jak winyle pierwsze tasmy szpulowe, które w sumie niczego nie zmieniają,
oprócz pogorszenia jakości dźwięku i jednej, ale za to maksymalnie ważnej
rzeczy - możliwości własnoręcznego nagrywania. Kończy sie pewien etap, w
którym byliśmy odgornie skazani na słuchanie tego, co miał nam do
zaproponowania wydawca i zespół (kolejnośc nieprzypadkowa:) a zaczyna się
okres pierwszej amatorskiej fali nagrywaczy i twórców składanek. Wreszcie na
jednej taśmie możemy mieć wszystkie swoje ulubione nagrania Lou Reeda
pozbierane z róznych płyt i poukładane według wlasnego gustu. Apogeum to
zjawisko oczywiście osiąga w momencie pojawienia się normalnej kasety
magentofonowej, z ktorą można zrobic praktycznie wszystko. Jest malutka,
poręczna, wielokrotnie zapisywalna i co najważniejsze, da się ja odtwarzać
poza domem. Walkman staje sie wynalazkiem, który rewolucjonizuje świat
odbiorców muzyki. Odbija się to też oczywiście na twórcach - na listach
przebojów niesmiało pojawiają sie disco i punk, powoli zaczynają zanikać
monstrualnej długości artrockowe suity, a prymat przejmują kawałki, ktorych
długość nie przekracza 3-4 minut, całe albumy zamiast 5-6 numerów, maja po
dwadzieścia i więcej (w tym moi ukochani w onym okresie Toy Dollsi z 40-60
kawałkami na jednej kasecie:). Całkowicie zmienia się styl odbioru. Muzyka
przestaje byc swiętem, powiązanym z okreslonymi rytuałami (wyjęcie winyla z
koperty, staranne oglądnięcie go pod kątem ewentualnych rys, delikatne
przetarcie flanelową szmatka, pieczołowite ułożenie na tacce gramofonu, pełne
namaszczenia opuszczenie igły, dyskretne i bezwstrząsowe zajęcie 'fotela do
słuchania muzyki' - to wszystko powoli odchodzi w niepamięć) a zaczyna się
okres muzyki jako, (ładne to i gdzies wyczytane:) soundtrack for our lives.
Muzyka zaczyna towarzyszyc nam wszedzie - na szkolnych wycieczkach, w czasie
nudnych wykładów na studiach, w samochodzie, na spacerze z psem. To nie moze
pozostać bez wpływu na to 'jak' słuchamy. Dużo bardziej zaczyna się
liczyć 'energetycznośc' danego kawałka, jego umiejetność wpasowania sie w
rózne sytuacje, natomiast mało komu chce sie nadal sledzic
kilkudziesieciominutowe konstrukcje, pełne dopieszczonych dźwięków.
Oczywiście możliwośc własnorecznego zapisu dźwięków, powoduje też
niespotykany boom na nowe kapele - praktycznie od tej chwili większość rzeczy
zwiazanych z założeniem zespołu, stworzeniem muzyki, i zarejestrowaniem jej w
celu udostepnienia mozna zrobić nie wychodząc z własnej piwnicy. Muzyka jest
coraz bliżej nas, ale niestety, przez ten pewnego rodzaju nadmiar, zaczyna
tracić na jakości i to w dwojakim sensie - po pierwsze pojawia sie mnóstwo
kapel, które nigdy nie powinny były wychylać się z mrocznych i zagrzybionych
piwnic, po drugie - jakości zarejstrowanego dźwięku, pełnego fabrycznych
szumów, niespodziewanych wstawek zrobionych przez pijanego brata, co po nocy
puszczał sobie twoich ukochanych Pistolsów i mu sie rec przypadkiem nacisł,
sorry oraz innego magnetycznego smiecia.
Problem jakości zaczyna miec coraz wieksze znaczenie, az wreszcie w lepkie
łapki audiofilskich onanistów wpada wynalazek na miare nowego millenium,
czyli płytka CD. Poczatkowo niesie ze sobą pewien "regres" - znów, by
posłuchać muzyki, muszę się uziemić w domu, znów muszę uważac na każdy ruch
jaki wykonuje płytą, znów pojawia sie coś o czym zapomniałem powiedziec przy
winylach, czyli fetysz gadżetów i okładek - wystarczy chocby wspomnieć
opakowanie Vitalogy Perl Jamów, wiekszośc okładek Autechre, czy legendarnie
zakazane okładki Naked City. Człowiek jest jednak takim zwierzakiem, że jak
się do czegos przyzwyczai, to trudno to zmienić, więc musiał sie pojawic
sprzet, w którym jakośc CD mozna było połaczyć z przenośnością kaset. Co
zrobionym zostało, bezlitośnie przy tym obnażając kompletna afunkcjonalnośc
kompaktu i jego praktyczna nieprzydatność do słuchania w warunkach
pozadomowych. CD trzyma sie nadal mocno ale pojawia się wreszcie konkurencja
na miarę nowych wyzwań, czyli możliwośc kompletnego 'zdematerializowania'
nośnika i zapisania muzyki w formie pliku.
Na tym etapie jesteśmy, dla mnie jest to etap chyba najblizszy ideału, jaki
mogę mieć. Puszczajac się na zagrzybione bagna pseudofilozofii zaryzykuje
twierdzenie, ze cyfrowa wersja muzyki, jest najlepsza, ponieważ odbiera
słuchaniu całą, moim zdaniem zbedną, fizyczność, którą muzyce nadawały
nośniki, nazwijmy je, materialne typu winyl/kaseta/cd. Znika fetysz,
pozostaje sama esensja, sam dźwięk i to, co ty sam możesz z nim zrobić.
Muzyka, byt z natury abstrakcyjny po prostu wraca w abstrakcję, przestaje się
wiązać z jakimś ograniczonym środowiskiem w którym można ja odtworzyć, a
zaczyna być wszędzie wokoło nas, dostepna za naciśnieciem jednego przycisku,
gdziekolwiek byśmy nie byli i co bysmy nie robili. Oczywiście nie pozbyłem
sie mojego zbiorku winyli, oczywiście nadal mam dwa pełne kartony kaset (z CD-
eków zrezygnowałem natychmiast, kiedy było stac mnie na odtwarzacz mp3), ale
tym co aktualnie króluje w moim osobistym stylu odbioru jest właśnie plik
komputerowy. I teraz czas na kwestie do rozważenia: który z w/w nośników Wy
uznajecie za najlepszy, najbardziej adekwatny do tego, czego słuchacie. I
trochę futurologii - w która stronę może sie jeszcze rozwinąć
trend 'dematerializowania' muzyki. Czy nastapi przesyt muzyką, spowodowany
nadmierna dostępnoscią, a tym samym muzyka zacznie mocno tracic na znaczeniu
(bo co to za frajda, jak wszystko mozna mieć juz, tu i teraz, bez wysiłku
wiekszego niz przycisnięcie klawisza myszy?)
Ot taki sobie wąteczek do luźnych fristajli w temacie:)
Pozdrowienia:)