jasiek666
02.02.04, 15:47
Wolverine ?
Występ the Wolverine był zapewne zajebisty. Zapewne. Ale tego niestety nie
wiem, bo impreza rozpoczęła się punktualnie [ co po niedawnym 3 godzinnym
oczekiwaniu na jakąkolwiek informacje co do odbycia się bądź nie koncertu
Testament było ostatnią rzeczą jakiej bym się po klubie proxima spodziewał].
Wszystko ruszyło więc coś koło godziny 16.00, a więc dokładnie wtedy gdy
toczyłem z szefostwem negocjacje na temat warunków nieco wcześniejszego
wyjścia z roboty. Nawiasem mówiąc godzina 16.00 jak wiadomo jest wprost
idealną porą na rozpoczynanie koncertów, bo gdyby wszystko zaczęło się
troszkę później, np. o 20.00 to publika mogłaby przybyć na koncert zaspana i
zmęczona, a w klubie nie ma przecież miejsc leżących. Następnym razem
sugeruję więc rozpocząć koncert np. o godzinie 8.00 rano.
Green Carnation - brawa dla czorta.
No cóż, w zasadzie to tylko ze względu na ten zespół udałem się tego dnia do
Proximy. Niestety również i ich występu, ze względu na spóźnienie spowodowane
niespotykaną punktualnością organizatorów, nie udało mi się obejrzeć w
całości. Co gra Green Carnation ? Muzykę, którą można określić jako
psychodelic doom metal – mamy tu bowiem długie, rozbudowane i wbrew pozorom
niesamowicie oryginalne kompozycje, będące połączeniem death/doom metalu z
dziwnymi podkładami klawiszowymi oraz fragmentami zagranymi na gitarach
akustycznych i cholera wie z czym tam jeszcze. Muzyka ta, choć doskonała, ma
wszak pewną wadę, a mianowicie wokalistkę, która podejmuje niemałe wysiłki
aby na płytach zespołu spieprzyć wszystko co się tylko da. Obawiałem się
zatem, czy zespól nie zapragnie owej pani wziąć ze sobą do Polski i ustawić
gdzieś na scenie w pobliżu mikrofonu. Pani na szczęście jednak została w domu
i mam nadzieję ze zajęła się zajęciami które wychodzą jej znacznie lepiej niż
śpiewanie, choć nie wiem czy było to szydełkowanie, robienie na drutach czy
jeszcze co innego.
Co do samego występu - zastanawiałem się, jak repertuar GC , będący raczej
mało koncertowym zaprezentuje się w wersji live. Wyszło zaskakująco dobrze.
Zaskoczony byłem zarówno ja, jak i spora grupka entuzjastycznie reagujących
na występ GC osób pod sceną. Zaskoczony był chyba nawet i sam zespół, i to do
tego stopnia ze zagrał większą niż przewidziana wcześniej ilość utworów.
Czyli w sumie bardzo udany i paradoksalnie porywający wręcz set, pomimo iż
jak wspomniałem muzyka to raczej do słuchania w domowym zaciszu niż
skłaniająca do żywiołowego machania łbem dla Sejtana. Wielkie brawa dla
twórcy zespołu, maestro Tchorta, i czekam na regularny koncert, z GC w roli
headlinera.
Kabaret „Carpathian Forest”
Zaczęło się nader interesująco – wokalista Carpathian Forest na powitanie
pomachał publicznośći ogromnym odwróconym krzyżem i zabełkotał parę słów na
temat nowych technik zwalczania chrześcijaństwa. Ale może niedokładnie
usłyszałem i tak na prawde chodziło o coś innego, bo niewykluczone, ze
skoro Biblia zdaje się mówi coś na temat konieczności dźwigania własnego
krzyża to i zainspirowany tym wokalista Carpathian Forest przydźwigał ze
sobą własny. Zwłaszcza ze przecież w Biblii nigdzie nie jest napisane w
jakiej pozycji ów krzyż podczas dźwigania powinien się znajdować. Wszystko
pobił jednakże basista - pan o gabarytach ministra Ryszarda Kalisza
wzbogaconego jeszcze o bonusowe 40 kilo, odziany głównie w odwrócony krzyż,
gitarę, łańcuchy [które jak się domyślam miały powstrzymywać obfite fałdy
tłuszczu pana basisty przed rozlaniem się po scenie] i jakieś nędzne strzępki
czegoś co mogło być kiedys męskimi spodniami. Przypuszczalnie była to jakaś
forma protestu muzyka, adresowana do producentów tekstyliów, a związana z
kłopotami, jakie ów pan, w związku z nietypową sylwetką musi mieć w nabyciu
odpowiedniej dla siebie odzieży.
Co do samej muzyki – sorry, ale kompletna amatorszczyzna i archaiczny
tandetny trublekmetal. Mamy już XXI wiek i chyba pora już wydorośleć,
panowie.
Anathema czyli meksykańska telenowela
Po Anathemie spodziewałem się nudnego, sennego i usypiającego koncertu. I
muszę powiedzieć, ze nie zawiodłem się. Wiało nudą jak z meksykańskiej
telenoweli, i kiedy już wydawało się ze nie może być gorzej nastała prawdziwa
naturalna katastrofa – na scenę weszła jakaś niewiasta, dorwała się do
mikrofonu i odśpiewała tytułową kompozycję z ostatniej płyty. W miedzyczasie
mieliśmy jeszcze takie atrakcje jak nieoceniony danny cavanagh prezentujący
publiczności świeżo wyjętą z uszu zatyczkę jako „swojego słonika”, którego
następnie pogładził czule [buhahaha, po prostu boki zrywać], czy tez
popijająnie przez pana wokalistę piwa Tatra połączone z ostrzeganiem publiki
o szkodliwości alkoholu. Coż, jeżeli to właśnie na skutek gorzałki
Anathema zaczęła nagrywać tak chu***e płyty, to ostrzeżenie pana Cavanagh
należy potraktować jak najbardziej poważnie. Na nudny i usypiający występ
Anathemy złożyły się głównie kawałki z ostatnich płyt, urozmaicone
nielicznymi starszymi kawałkami, ze tu wspomnę np. o takim „angelica” czy
zagranym na bis „sleepless”. Ten ostatni utwór przearanzowano jednak w tak
fatalny sposób, ze może lepiej było w ogóle go sobie odpuścić - to już nawet
w „pulled under 2000 mps.” było więcej czadu, energii i żywiołowości.
Dalszych bisów na szczęście juz nie było, bo aż strach pomyśleć, co zespól
byłby w stanie zrobić z "restless oblivion" czy "a dying wish".