Pionierzy trash metalu… chciałoby się napisać „powrócili”, ale nie mieli w
zasadzie skąd powracać. Bardziej można rozpatrywać w kategoriach powrotu
aktualny skład zespołu - śmierć Paula Baloffa niejako przyczyniła się do
powrotu Steve Souza, dawnego frontmana grupy. Baloff był dwa razy w Exodus
(raz na samym początku, potem po powrocie grupy w latach 90-tych aż do
nagłego zejścia w 2002), teraz drugi raz zastąpił go Souza. Souza wprawdzie
zdążył już w styczniu zeszłego roku pokłócić się z kolegami i odejść, ale
wrócił i nagrał tę właśnie płytę. „Tempo Of The Damned” to taki standardowy,
nieco archaiczny już trash metal. Niespodzianka, prawda?
Płytę charakteryzuje – jak napisałem – nieco staroświeckie, ale bardzo
solidne brzmienie. Panowie nie schodzą poniżej ustalonego poziomu. Nawalają
równo w „Scar Spangled Bander” (nie, nie ma tu żadnych instrumentalnych
odwołań do hymnu USA, może i dobrze), które rozpoczyna płytę, i nawalają tak
w zasadzie przez całą godzinę, bo tyle album trwa. Ponieważ utwory – z racji
gatunku – są do siebie dość podobne, powiem tylko, że najbardziej zapadają w
pamięć te dynamiczne, młócące (zgodnie z wymaganiami), jak „War Is My
Sheppard”, „Forward March” (tytuł zobowiązuje) czy „Sealed With A Fist”.
Miejscami – muszę to napisać – brzmienie zbliża się do AC/DC (przydługie
troszkę, za to zróżnicowane melodycznie „Blacklist”

czy Black Sabbath
(„Shroud Of Urine” z bardzo podobnym do „Children Of The Grave” wstępem).
Jedynym fragmentem, który próbuje brzmieć bardziej współcześnie niż
pozostałe - i jest najsłabszy na płycie – jest „Throwing Down”. Ale nie ma o
co kruszyć kopii, zwłaszcza że tak bardzo źle nie jest.
Dwa utwory pojawiły się już wcześniej: „Impaler” (znany z albumu
live, „Another Lessom In Violence” chociażby), brzmiący całkiem nieźle, oraz
przeróbka AC/DC „Dirty Deeds Done Dirt Cheap” (solidnie i stylowo zagrana,
grupa już kiedyś ją nagrała), która jest dodatkowym utworem na limitowanym
wydaniu płyty. Bardzo smakowite kąski.
Mimo zmiennego tempa (w granicach przyzwoitości, oczywiście), album jest
bardzo spójny i świetnie się go słucha. Być może muzyka nie jest najświeższa
(dzisiejsi metalowcy pewnie słuchają tego jak Mieczysława Fogga), ale panowie
wykonują ją żywiołowo i w ogóle można by nie myśleć o tym, że rok temu nie
wiadomo było, czy grupa jeszcze kiedykolwiek coś nagra. Pasja w grze muzyków
i w śpiewie wokalisty jest naprawdę imponująca. Pozazdrościć i pogratulować.